O Romanie Ziębie pisaliśmy już kilkakrotnie na Aletei. O jego pielgrzymkach o jego ikonach. Dziś zapraszamy do wyjątkowego wywiadu o drodze nawrócenia, jej głębi i wielu warstwach procesu.
Robert Tekieli: Roman Zięba: piszący ikony, pielgrzym… Były przemytnik, członek azjatyckiej organizacji przestępczej, specjalista od manipulacji — to też jest część Twojej historii. A dzisiaj: kim jesteś?
Roman Zięba: Myślę, że jestem ojcem, dziadkiem… i nadal człowiekiem poszukującym. Kimś „w drodze”. Odkrywam ciągle to, co jest najważniejszym celem człowieka.
Pamiętam, że już po tej stronie — mówię „po tej stronie nawrócenia” — odkryłem słowa Viktora Frankla. Pisał, że każdego człowieka może w pewnym momencie dosięgnąć odkrycie, które poeci i filozofowie powtarzali od wieków: że miłość jest najwyższym i najczystszym celem ludzkiego życia. On uważał, że nawet ktoś, komu odebrano wszystko, ktoś, kto upadł na dno, albo jest w sytuacji tragicznej, może doświadczyć prawdziwego szczęścia — choćby na krótką chwilę — jeśli tylko potrafi skupić serce i myśli na kimś, kogo kocha.
A więc chodzi o relację z osobą. Ja długo to odkrywałem. I wciąż jest dla mnie tajemnicą, że prawdziwe szczęście to relacja. I że Bóg to relacja.

Robert Tekieli: Słuchając Cię, myślę o tym, że ja chyba potraktowałem wejście do Kościoła i do serca Jezusa Chrystusa jak taki moment: „bum” — i już. A od Ciebie uczę się, że tak, to był ten moment „bum”… tylko że potem każdego dnia dalej jesteśmy w drodze.
Roman Zięba: Ja prawdziwe życie odkrywam ciągle. Mam — powiem chrześcijańskim językiem — łaskę dziecięcych odkryć. Ktoś to kiedyś nazwał „radykalnym zdumiewaniem się”. Dzieci to mają. I ja chyba dostałem taki dar: zdumiewać się na nowo.
Ja, jako dawny przemytnik — ktoś, kto używał kłamstwa i manipulacji profesjonalnie, żeby przetrwać — dzisiaj bardzo badam świat. Szukam. Pragnę doświadczać ludzi w sposób autentyczny i uczciwy. To słowo „uczciwość” bardzo się u mnie pojawia.
Szukam sytuacji, w których mogę być prawdziwy i mogę spotkać kogoś prawdziwego. Tak, żeby usunąć nadmiarowość w relacjach.

Robert Tekieli: Mówisz „nadmiarowość” — czyli co?
Roman Zięba: Że często w relacji jest jakiś „program” — nawet podświadomy — ukrytej korzyści. I dopiero na poziomie dusz, jak mówiła Edyta Stein, może się wydarzyć prawdziwe spotkanie. To mnie kiedyś mocno zatrzymało: „spotkanie na poziomie dusz”. Czyli bez interesowności.
I ja mam takie wielkie pragnienie: przeżyć tak relację z Bogiem, żeby nie zwracać się do Niego „w moich interesach”. Żeby Go nie używać.
Bo ja siebie znam. Znam dawne nawyki: odruch, żeby coś uzyskać. Rezultat. Kontrolę.
Robert Tekieli: I to łączy się z ikoną?
Roman Zięba: Bardzo. Na początku ikony jest zawsze biała deska. Albo biała ściana, gdy to polichromia w kościele. I w tej bieli dochodzi do mnie pytanie: „Co widzisz?”. A dalej: „Co teraz zrobisz? Dokąd pójdziesz?”.
I tu jest ta zasada ikonografa: najpierw modlitwa o wierność przedstawienia i czystość intencji. Żeby oddać dłoń Duchowi Świętemu. Żeby On prowadził.
Bo inaczej zaczynam tworzyć obraz na własne podobieństwo. Tworzę Boga na swój obraz. Te iluzje wchodzą w nas bardzo podstępnie.
A proces oczyszczenia… Ojcowie duchowości opisali to genialnie. Teresa z Ávili mówi o tym dużo. Ignacy z Loyoli daje narzędzia. Mała Teresa ma taki obraz: ja podnoszę nogę, ale to Pan Bóg wkłada ją na następny stopień. Udział łaski jest oczywisty — a jednocześnie, kiedy zderzasz się z prawdą o sobie, możesz się załamać.
Możesz też uznać fakt, oddać to Bogu i iść dalej.
Robert Tekieli: Ty mówisz o tym jak o ruchu „z zera do stu”.

Roman Zięba: Tak. Bo w tym akcie przyznania się do ciemności nie ma „półśrodków”. To jest 0/1. Albo wchodzę w prawdę do końca, albo zostaję w pozorze.
I ja to przeżyłem bardzo konkretnie przy jednej pracy.
Robert Tekieli: Przy Trójcy?
Roman Zięba: Tak. W Pleśnej pod Kołobrzegiem. Wykonywałem dużą polichromię ikony Rublowa — 3,5 metra, może prawie 4. Konsultowałem to z biskupami. Biskup Dajczak miał tę pracę pod duchową opieką, modlił się za mnie.
To jest ikona szczególna, bo Rublow zawarł w niej coś, co się nazywa najlepszą syntezą teologiczną w chrześcijaństwie: relację Osób Boskich, miłość, która się daje — i nie zmniejsza, tylko rośnie. Paradoks i istota doświadczenia chrześcijańskiego.
A ja, przystępując do tej pracy, chciałem ją ogarnąć „sobą”. Talentem. Metodą. Kontrolą. I zrobiłem błąd, przed którym sam ostrzegam na warsztatach.
Jest zasada, że dużą ikonę robi się równocześnie we wszystkich elementach. Na początku wszystko jest chaosem, niedopracowaną formą — i tak ma być wszędzie. Nie można „dopieszcząć” jednego fragmentu po to, żeby mieć poczucie, że coś już wyszło. Bo to jest właśnie mój szlak: szukam wysp kontroli.

A ja zrobiłem te wyspy. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja tego nie zharmonizuję. Że ten obraz mi się rozjechał. Że nie oddam Trójcy tak, jak ona „powinna być”.
I wtedy przyszła noc. Ciemność. Panika.
Pamiętam zimę, sztorm pod Kołobrzegiem. Chodziłem po plaży, fale waliły o brzeg, a we mnie tłukło się coś strasznego. Byłem zamknięty w rozpaczy.
I wtedy leżałem w pokoju, patrzyłem w sufit, byłem sam w tym ośrodku przy kaplicy. I nagle ktoś zapukał. To był biskup Dajczak. Przyjechał zupełnie niespodziewanie.
Byliśmy sami w dużym ośrodku. Szum sztormowego Bałtyku cały czas w tle.
I kiedy stanął w drzwiach, ja po twarzy się domyśliłem, że on cierpi. On się borykał z depresją — to były okolice jego rezygnacji. To był chyba pierwszy biskup, który miał odwagę powiedzieć publicznie, że zmaga się z ciężką depresją.
A ja… we mnie obudził się „stary przemytnik”. Badanie twarzy. Gestów. Odruchów. Sprawdzanie, czy to, co usłyszę, będzie prawdziwe. Bo ja już nie chcę być wodzony pozorem.

Robert Tekieli: I co się stało?
Roman Zięba: On zapytał, czy możemy pójść do kaplicy. Chciał zobaczyć anioły.
Mnie ścisnęło za gardło. Myślę: „Zobaczy ruinę. Katastrofę. Pogorszy się i jemu, i mnie”.
Ale poszliśmy. Jak na stracenie.
I wtedy stało się coś, czego się nie dało przewidzieć. Ten ruch „z zera do stu”.
On stanął przed tą ścianą — a ja patrzę na niego tym moim, dawnym wzrokiem: czy to jest prawdziwe? Czy to tylko uprzejmość? Czy teatralny gest?
A u niego w oczach była cała głębia. Zachwyt. On doświadczył na widok tych aniołów czegoś bardzo prawdziwego.
A ja spojrzałem na ścianę i myślę: „Co on widzi? Przecież to jest katastrofa”.
I dopiero po chwili, kiedy popatrzyłem na dłoń Boga Ojca, na wzrok Syna, na pokorne pochylenie głowy Ducha… coś mi się otworzyło. Jakby nowy świat.
Już nie świat „z mojego pragnienia, żeby było najlepiej”. Tylko świat, który się objawił.
Wewnętrzna epifania.
On spojrzał na mnie z taką wdzięcznością, że nie miałem wątpliwości: stoimy przed czymś, co nas przerasta. I w tym momencie zrozumiałem: „Ja dam radę”. Nagle wiedziałem, jak to zrobić. Jak załatać dziury. Jak połączyć przestrzenie.
Poprosiłem go o modlitwę. Uklęknąłem w pustym kościele. Słychać było, jak fale biją o brzeg. Pamiętam, że delikatnie drżały mu ręce na mojej głowie. Ciepłe, dobre dłonie.
Powiedział krótką modlitwę. A ja poczułem, że stoimy jakby w słupie światła, który zaczyna się wysoko i obejmuje nas ciepłem.

Robert Tekieli: I to było spotkanie dwóch ludzi w deficycie.
Roman Zięba: Tak. Śmiertelnik spotkał śmiertelnika.
To mi się potem skleiło z historią Abrahama z 18. rozdziału Księgi Rodzaju. Abraham ma 98 lat, jest zmęczony, siedzi przed namiotem w najgorętszej porze dnia. Widzi trzech wędrowców. Zmęczonych drogą. Zakurzone sandały. I — jak czytałem u Marcina Majewskiego — w hebrajskim pojawia się słowo „kenosz”: śmiertelnik.
Abraham widzi trzech śmiertelników, śmiertelnie znużonych, jak on. Mówi do nich najpierw w liczbie mnogiej, a potem jak do jednego.
I to właśnie wyraża Trójca.
I my wtedy — ja w panice, on w depresyjnym cierpieniu — staliśmy przed ikoną, która mówi o relacji miłości. I nagle wszystko się odmienia.
To było niewyrażalne, ale weszło do serc. I zostało.
A dla mnie to jest też bardzo mocny obraz procesu: ikona jako droga oczyszczenia. Że ja nie „produkuję sacrum”. Ja mam dać się poprowadzić. Odrzucić kontrolę. Przestać rzeźbić własne wyspy bezpieczeństwa.
I wtedy — paradoksalnie — to, co najprawdziwsze, zaczyna się objawiać.
Robert Tekieli: I w tym sensie pisanie ikon jest jak terapia na „starego manipulanta”.
Roman Zięba: Tak. To jest praca, w której nie da się żyć w pozorze. Ikona natychmiast obnaża intencje. Jeśli chcesz kontrolować, natychmiast pojawia się pęknięcie.
A równocześnie… jest w tym wielka łagodność. Bo nawet kiedy upadniesz na dno, możesz uznać fakt, oddać to Bogu i iść dalej. To jest ta droga. Dzień po dniu. Z białej deski — ku czystości intencji.
Robert Tekieli: Słucham cię i mam wrażenie, że w twojej historii wszystko wraca do jednego. Do tej białej deski na początku ikony. Do tego momentu, w którym człowiek chce mieć kontrolę, a potem odkrywa, że to go właśnie gubi. I że dopiero wtedy zaczyna się coś prawdziwego.
Roman Zięba: Tak. Bo na początku drogi ikony jest zawsze biel. I w tej bieli naprawdę słyszysz pytanie: „Co widzisz?”. A zaraz potem: „Co teraz zrobisz? Dokąd pójdziesz?”.

I to pytanie zostaje ze mną nie tylko przy ikonie. Ono wraca w relacjach. W spotkaniach. W tej mojej potrzebie, żeby już nie być wodzonym pozorem, gestem, teatralnością. Żeby słowo publiczne i słowo prywatne przestały się rozjeżdżać.
Ja już wiem, że ten „moment bum” istnieje — i jest prawdziwy. Tylko że potem każdego dnia człowiek musi znów oddać dłoń Duchowi Świętemu. Bo inaczej robi stare rzeczy: buduje wyspy, chce coś sobie udowodnić, coś uzyskać, coś kontrolować.
A kiedy puszczasz kontrolę, paradoksalnie świat się nie rozpada. On się zaczyna objawiać.
I chyba to jest dla mnie najprostsze podsumowanie. Że prawdziwe życie i prawdziwa wiara nie są o tym, żeby „zrobić to idealnie”. Tylko o tym, żeby nie udawać. Żeby spotkać Boga nie w swoich wyobrażeniach, tylko w prawdzie — i w relacji.
Całej historii Romana Zięby posłuchaj tutaj:








![Roman Zięba: Nawrócony przemytnik, który z różańcem w ręku przeszedł pieszo Amerykę [rozmowa i zdjęcia]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2019/09/pielgrzymka-_krzyzcc87-ameryki_-e28093-fot.-roman-ziecca8ba14-e1567600441501.jpg?resize=300,150&q=75)

![Roman Zięba: Dlaczego piszę ikony? Potrzebowałem drogowskazu w chaosie, jakim było moje życie [rozmowa]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2023/10/roman-zieba-ikony.jpg?resize=300,150&q=75)