„Nie lubię wierzyć”
Aleteia: Dlaczego zajął się pan Pismem Świętym i to profesjonalnie, jako biblista?
Piotr Zaremba*: Zaczynałem w czasach, gdy kładziono nacisk na prawdę. Chrześcijaństwo pod względem wyznaniowym jest podzielone, a ja chciałem wiedzieć, jaka jest prawda. Pomyślałem zatem, że trzeba dotrzeć do źródeł, które są po hebrajsku, aramejsku i grecku. W tamtym czasie stawiano wiele zarzutów różnych wyznaniom. Te zarzuty miały logiczne podłoże i oparte były oparte także na historii.
O mojej wierze i zainteresowaniu się Pismem zadecydowała przemiana życia. Gdy związałem swoje życie z Jezusem, doznałem dogłębnej przemiany, która trzyma mnie do dziś. Nie mogę uciec od realności tego doświadczenia! To sprawiło, że w sposób naturalny ludzie zaczęli mnie pytać o powody mojej zmiany i zacząłem odpowiadać na pytania. Pomyślałem wtedy, że jeśli mam mówić o moim doświadczeniu na podstawie międzypodmiotowo sprawdzalnych i komunikowalnych faktach, to muszę zgłębić tę rzeczywistość.
Czym jest dla pana wiara?
Nie lubię wierzyć. Myślę, że Bóg nie zaplanował dla nas życia w wierze. Ona jest przejściowa. To droga do rzeczywistości. Bóg zaplanował dla nas ścieżkę od wiary do wiedzy. Mam taki obraz: stoimy przed zamkniętymi drzwiami pokoju. Zamiast kłócić się o to, co jest w środku, wolę otworzyć drzwi, wejść i przekonać się. Nie chcę wierzyć, opierać się na poglądach, tworzyć partii – chcę wejść. Przesłanie Nowego Testamentu jest takie, że dążymy do tego, by poznać tak, jak sami zostaliśmy poznani. To jest dla mnie wielką inspiracją.
Wiara nie jest dla mnie sprawą przekonań dogmatycznych. One są potrzebne, bo trzeba jakość streścić lub podsumować, co na konkretny temat mówi Pismo Święte. Tzw. „Wyznania wiary” nie są jednak dla mnie rozstrzygające i nie poprzestaję na Credo, choć rozumiem ich zasadność. Wiara jest dla mnie narzędziem, katalizatorem. Mam kolejny obraz, tym razem z rynku pracy. Podpisuje pan umowę z pracodawcą, wierząc, że dostanie pan wypłatę, a pracodawca wierzy, że zapłaci za to, co pan wykona. Rządzi nami przy tym rodzaj społecznego zaufania i podobnie jest w sprawach dotyczących Boga.
25 lat pracy nad tłumaczeniem
Przetłumaczył pan Pismo Święte na język polski. Ile to panu zajęło?
To był wieloletni proces. Dużo czasu nie zajęło może samo tłumaczenie, ale jestem mężem żony, ojcem trójki już dorosłych dzieci – żyłem pełnią życia, np. pierwsze meble do domu zrobiłem sam, bo jestem z wykształcenia inżynierem budowlanym – nie zawsze był czas na tłumaczenie. Po 25 latach zrobiłem jednak dwa przekłady, co jest prędkością kosmiczną w dziedzinie tłumaczeń Biblii (śmiech).
W środowisku katolickim trwają prace nad kolejną wersją Biblii Tysiąclecia. W proces edycji zaangażowanych jest przynajmniej kilkunastu biblistów, a pracują już ładnych parę lat i to nie tłumacząc od zera! Rzeczywiście ma pan niezłe tempo!
Lata temu byłem w gronie tłumaczącym tzw. przekład ekumeniczny. Spotykaliśmy się bodajże raz w miesiącu na jeden dzień. Dla mnie to było za mało! Chciałem zrobić więcej i szybciej. Podsunąłem wtedy pomysł na sposób tłumaczenia, ale że byłem najmłodszy. Może dlatego nie wzięto pod uwagę młodej, gorącej głowy. Wykorzystałem moje pomysły we własnym tłumaczeniu i zdążyłem zrobić dwa przekłady, nim bibliści przekładu ekumenicznego ukończyli swoją pracę.

Dwa przekłady? W domu mam przetłumaczone przez pana Stare i Nowe Przymierze…
Pierwszy przekład był literacki, odpowiadający obecnym tendencjom. Ale istnieje też zapotrzebowanie na przekłady tzw. dosłowne. Czytelnicy nie zawsze ufają tłumaczom. Zastanawiają się, czy tłumacz rzeczywiście dobrze oddał to, co mówi Biblia? Dlatego został wydany również przekład dosłowny z komentarzem. Takie przekłady też są bardzo potrzebne. Osobom mniej zaznajomionym z kwestiami rękopiśmienniczymi wydaje się, że Biblia tłumaczona jest z jakiegoś jednego oryginału. Otóż tzw. oryginał jest rozproszony – kilka tysięcy różnych manuskryptów, które czasami różnią się w drobnych, ale istotnych szczegółach! We wspólnotach chrześcijańskich głoszone są różne poglądy. Myślałem, że gdy dosiądę do tekstów oryginalnych, to poznam prawdę, np. dotyczącą powtórnego przyjścia Jezusa. Okazało się, że są to teksty wieloznaczne! Zdziwiło mnie, że na podstawie tekstów niepewnych powstają pewne poglądy teologiczne. Teologia pewniejsza niż tekst źródłowy?!
Zbierając efekty moich poszukiwań i pracy nad oryginałami powoli powstawał przekład dosłowny.
A kiedy powstał ten drugi, literacki?
Przekłady Pisma są w pewnym stopniu zmonopolizowane przez poszczególne wyznania w obrębie chrześcijaństwa. Sądzę, że wyznania te robią to w dobrej wierze i w ramach tego, co uważają za słuszne. Mnie natomiast zależało na przekładzie, który mówiłby głosem dokumentów biblijnych, a nie był dziełem apologetycznym tej czy innej opcji teologicznej. Gdy studiowałem teologię, jeden z profesorów powiedział nam studentom, że przekłady Pisma są po to, by kaznodzieja i wierni mieli ten sam tekst, ale zadaniem kaznodziei jest przygotowywać kazania na podstawie tekstów oryginalnych. Tym swoim trafnym spostrzeżeniem ten profesor zdefiniował moje życie. Zawsze chciałem głosić to, co jest napisane w dokumentach Pisma Świętego. W pewnym momencie w Polsce pojawiła się Liga Biblijna. Jej przedstawiciele poprosili mnie o przekład literacki, gdyż na taki przekład mieli duże zapotrzebowanie w ramach ewangelizacji.
Ostatecznie przekład literacki został opublikowany wcześniej niż dosłowny. W 2016 ukazał się literacki, a 2019 – dosłowny.
Biblia i wyznaniowe okulary
Czy powinny powstawać przekłady konfesyjne? Czy Biblia jest katolicka, protestancka czy po prostu jest sobą?
Nie robię baptystycznego przekładu Pisma Świętego: sięgam do dokumentów, to przekład akademicki. Czy w 100%? Jeśli pan znajdzie w nim coś, co nie jest akademickie, to proszę dać znać – zmienię to (śmiech).
Prawda jest rzeczywistością i rzeczywistość jest prawdą. Nie lubię podejścia, które skupia się na definicjach, a jeśli rzeczywistość nie podporządkuje się definicji, to biada rzeczywistości! W uczelniach świeckich, jeśli ktoś odkryje coś nowego, to zostaje nagrodzony, otrzymuje pochwały i profesurę. A na uczelniach wyznaniowych cnotą jest nic nie znaleźć i pozostać wiernym temu, co było. Podejrzane jest to, że ktoś odkryje coś nowego w Piśmie Świętym. Bibliści się boją, że ktoś ich oskarży o herezję, odbiorą im pensję i będą sprzedawać hot-dogi.
Gdy byłem na studiach pewien, nieco starczy ode mnie, człowiek powiedział mi, że nie da się czytać Biblii inaczej, niż przed wyznaniowe okulary. Nie dyskutowałem z nim o tym wtedy. Gdy zrobiłem już przekład, zadzwoniłem do niego i przypomniałem mu to. On potwierdził swoje przekonanie, a ja powiedziałem, że można czytać i tłumaczyć Biblię bez okularów wyznaniowych. Dokumenty biblijne to jedno, a interpretacja to coś innego: wyciągane przez nas wnioski są warunkowane kulturowo.
Jesteśmy jedno
Czy studiowanie Biblii może nas, chrześcijan, zbliżyć do jedności?
Zasadniczo w Chrystusie już jesteśmy jedno. Bo przecież Jezus Chrystus nie jest podzielony. Apostoł Paweł pisze, że kto znalazł się w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. Apostoł nazywa go ostatnim Adamem a jednocześnie drugim człowiekiem. W chrześcijaństwie chodzi o zjednoczenie z Chrystusem, z Osobą, a nie a nie o zgodę wszystkich na jednakowe zrozumienie zbioru ksiąg zwanego Pismem Świętym. Kto korzysta z Pisma Świętego, by połączyć się z Chrystusem, wchodzi w jedność z Nim i z tymi, którzy są w Nim. Jezus powiedział: „Zagłębiacie się w Pisma, gdyż wam się zdaje, że macie w nich życie wieczne, a tymczasem one składają wyraźne świadectwo o Mnie. A jednak nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie”. Studiowanie Biblii pod kątem życia w Chrystusie z pewnością zbliża nas do jedności, a otwarcie przed Nim swego wnętrza w tę jedność wprowadza.
*Piotr Zaremba – biblista, wykładowca akademicki, tłumacz z języków hebrajskiego i greckiego i duszpasterz.











