separateurCreated with Sketch.

Już dosyć o tych skrzywdzonych w Kościele (?)

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Joanna Kucharska - publikacja 10.02.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Kiedy dziś, wśród ludzi zaangażowanych w życie Kościoła i kochających go, słyszę: „już dosyć o tych skrzywdzonych!”, widzę w tym przede wszystkim lęk.

Już wkrótce Dzień modlitwy i solidarności z osobami skrzywdzonymi seksualnie. Oddajemy głos osobie, która na co dzień wspiera osoby skrzywdzone.

Moje spotkanie z osobami skrzywdzonymi

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z osobą skrzywdzoną w Kościele. To nie był manifest osoby, która krzywdą chciała zrewolucjonizować Kościół lub przeprowadzić rewoltę. Było dużo ciszy, napięcia, trudność w dobraniu słów i łapaniu oddechów. Ogromna ostrożność. Jakby każde kolejne słowo trzeba było najpierw sprawdzić. Czy naprawdę wolno je wypowiedzieć? Czy zostanie przyjęte i zrozumiane? Czy nie zostanie użyte przeciwko niej?

To spotkanie opisałam kiedyś w tekście dla Fundacji Świętego Józefa o moim doświadczeniu i refleksji na temat tego, jakie cechy mają osoby i wspólnoty otwarte na skrzywdzonych. Dziś widzę jeszcze wyraźniej, że to tamto doświadczenie postawiło mnie na drodze, którą idę i w której na szczęście nie jestem sama. Z czasem przyszły kolejne osoby, a wraz z nimi historie pisane łzami i bólem. Były to osoby zgłaszające się do Fundacji Składak, z którą współpracuję, przychodzące z prośbą o pomoc, wsparcie terapeutyczne i przy zgłoszeniach spraw do sądów kościelnych. To były spotkania z ludźmi, którzy przez wiele lat milczeli, jednak ze względu na działania fundacji i jej otwartość na skrzywdzonych zdecydowali się napisać, bo nie mieli już siły dźwigać tego sami.

Dokrzywdzenie

Trauma nie kończy się w momencie przemocy. Ona zapisuje się w ciele. W układzie nerwowym, który latami pozostaje w stanie gotowości. W jelitach, które reagują bólem, napięciem. W emocjach, które często wielokrotnie powracają do doświadczenia traumy w objawach PTSD (zespołu stresu pourazowego), odłączeniu od ciała (dysocjacji) czy zaburzeniach odżywiania. W trudnościach z bliskością, z zaufaniem, z poczuciem bezpieczeństwa. Mówię o tym, jak ciało „pamięta” krzywdę i jak często osoby skrzywdzone słyszą, że powinny już „iść dalej”. Jakby to była jedynie kwestia decyzji, a nie traumy i biologicznych zmian, które jej towarzyszą.

Niektóre osoby skrzywdzone niestety nadal doświadczają Kościoła jako domu, który rani albo boli. Podczas spotkania dla osób skrzywdzonych w Kościele „Dotknięci”, realizowanego we współpracy z Fundacją Świętego Józefa, część z uczestników mówiła wprost, że to nie sam moment wykorzystania był dla nich najbardziej niszczący, ale to, co wydarzyło się później. Zderzenie się z brakiem wrażliwości kościelnego systemu podczas zgłaszania spraw czy spotkania z „kurialistami”, które zamiast pomóc, pogłębiały poczucie winy i odrzucenia. Ponadto dla wielu osób sakramenty, liturgia, modlitwa – rzeczy, które mogłyby być źródłem ukojenia i duchowego wzmocnienia – stają się przestrzenią wyzwalającą lęk, a czasami również flashbacki (nagłe powroty wspomnienia traumy, w którym ciało i emocje reagują tak, jakby krzywda działa się tu i teraz, a nie była wydarzeniem z przeszłości). To nie jest kwestia słabej wiary. To jest konsekwencja przemocy, która wydarzyła się w miejscu uznanym za bezpieczne i święte.

Plakat 10. Dnia modlitwy i solidarności z osobami skrzywdzonymi

Towarzyszyłam znajomemu ze wspólnoty w zgłaszaniu jego sprawy. Widziałam, jak bardzo wtórnie raniące potrafi być zderzenie z systemem. Milczenie kurii. Brak jasnych informacji o przebiegu procesu. Konieczność samodzielnego dopytywania delegata o to, co właściwie dzieje się ze zgłoszeniem. To wtedy po raz pierwszy bardzo mocno dotarło do mnie, że dla wielu osób skrzywdzonych instytucja Kościoła staje się kolejnym miejscem przemocy – tym razem już nie fizycznej czy seksualnej, ale systemowej.

Już dosyć o tych skrzywdzonych!

Kiedy dziś, wśród ludzi zaangażowanych w życie Kościoła i kochających go, słyszę: „już dosyć o tych skrzywdzonych!”, widzę w tym przede wszystkim lęk. Lęk będący niejako paniczną próbą obrony przed utratą obrazu Kościoła jako miejsca jednoznacznie dobrego i bezpiecznego. Lęk przed przyznaniem, że autorytet, któremu ufaliśmy, mógł zawieść. Łatwiej wtedy uznać, że to temat przesadzony, że już więcej nie trzeba albo że przecież krzywda dzieje się też w domach, szkołach, ośrodkach sportowych. To prawda. Jako pedagog szkolny spotykałam też dzieci, które doświadczyły przemocy seksualnej poza Kościołem. To, co jest ważne, to to, że dając głos i przestrzeń skrzywdzonym tworzymy bezpieczniejszą przestrzeń dla innych. Doświadczyłam, że kiedy w szkole mówiłam wprost o granicach, o krzywdzie i o tym, że ona naprawdę się dzieje, o tym, że można przyjść i powiedzieć – dzieci przychodziły. Mimo wstydu. Mimo strachu. Wiedziały, że ktoś je usłyszy i potraktuje poważnie. Dlatego tak ważne jest mówienie o krzywdzie, jaką jest wykorzystanie seksualne, również w Kościele. Może to dać przestrzeń tym, dla których nazwanie i wyrażenie swojego bólu na głos jest zbyt trudne wśród systemowej ciszy. To powiedzenie: „jestem tu dla ciebie, wierzę ci” wobec tych, którym sprawca prawdopodobnie wielokrotnie powtarzał: „jesteś z tym sam/a, nikt ci nie uwierzy”.

W Kościele wciąż mamy z tą otwartością i przejrzystością ogromny problem. Historia niekończącego się powoływania „Komisji niezależnych ekspertów do zbadania zjawiska wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele katolickim w Polsce” dobrze to obrazuje. Biskupi Konferencji Episkopatu Polski na spotkaniu plenarnym w marcu 2023 roku podpisali się pod pomysłem jej powstania. Deklarowali wolę zmierzenia się z prawdą. A jednocześnie – co krok po kroku opisuje kalendarium „Więzi” – wśród biskupów pojawiały się działania podważające sens tej decyzji. Doszło do tego, że rada prawna KEP na posiedzeniu w marcu 2025 roku, zachęcała biskupów do rezygnacji z komisji, uzasadniając to sugestią, że hierarchowie nie wiedzieli, na co się decydują.

Z kolei obecnie, anonimowy zespół bp. Sławomira Odera, powstały po odwołaniu zespołu abp. Wojciecha Polaka, zaproponował rozwiązania ograniczające zakres działań i niezależność komisji. Pojawiła się w związku z tym koncepcja komisji na różne sposoby uzależnionej od Konferencji Episkopatu Polski – komisji, która sprawia wrażenie troski o skrzywdzonych, ale w praktyce nie ma realnej niezależności. Ksiądz Grzegorz Strzelczyk wraz z grupą specjalistów wyraźnie nazwali tę tendencję niepokojącą.

To wszystko sprawia wrażenie Kościoła jako pięknego domu, w którym niektóre drzwi są zaryglowane. Wiemy, że za nimi ktoś płacze. Wiemy, że dzieje się tam coś złego. Ale ktoś trzyma klucz i przekonuje, że lepiej nie otwierać, bo tylko narobimy zamieszania. A przecież Kościół to nie jest tylko sprawa biskupów. To jest sprawa wspólnoty wierzących. Nas wszystkich. Krzywda wyrządzona przez sprawców, ale też milczenie biskupów i obojętność świeckich powodują, że Kościół przestaje być bezpiecznym i wiarygodnym miejscem. Będąc wśród osób skrzywdzonych i towarzysząc im w tej drodze, na swojej skórze czuję, jak bolesna może być obojętność, próba przemilczenia i przeczekania lub nieuzasadnione oskarżenia. Nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić jak bardzo boli to „na skórze” skrzywdzonej i poranionej. Ciało Jezusa – Kościół – cierpi i krwawi. Jeśli nie będziemy domagać się przejrzystości, prawdy, sprawiedliwości i zadośćuczynienia, to ta rana Chrystusa nigdy się nie zagoi. 

Towarzyszenie osobom skrzywdzonym

Są dwie takie sceny w trylogii „Władca Pierścieni”, które przychodzą mi na myśl w doświadczeniu towarzyszenia osobom skrzywdzonym w Kościele. Frodo, który wbrew sobie został obciążony misją zniszczenia pierścienia w ogniach Mordoru i uratowania Śródziemia, rusza w podróż i mówi: „Pójdę do Mordoru sam”. Jego przyjaciel Samwise odpowiada na to: „Oczywiście, że tak. A ja z tobą”. Później, gdy Frodo jest już blisko celu i opada z sił, Sam, biorąc go na ramiona mówi mu: „Nie mogę ponieść pierścienia, ale mogę nieść ciebie razem z nim”. Czym jest towarzyszenie w drodze? Ono oznacza, że nie poniosę tego jarzma – nie mogę przejąć cudzej krzywdy. Ale nie pozwolę, by ktoś szedł z nią samotnie. Dla mnie to jest obraz Kościoła, który może być bezpiecznym domem. Wspólnoty, która nie boi się słuchać, która pozwala się zranić historiami krzywd osób skrzywdzonych, aby w tych zranieniach im towarzyszyć. Aby nieść je razem. 

Nie będzie „dosyć o skrzywdzonych”, dopóki osoby wykorzystane i zranione przez system kościelny nie doświadczą realnej troski. Dopóki zamiast prawdziwego ukojenia dla poranionego i skrzywdzonego Ciała Chrystusa, będziemy proponować półśrodki, zbywać problem milczeniem i liczyć, że temat ucichnie. Nie będzie „dosyć o skrzywdzonych”, dopóki kolejne osoby będą odbijały się od niechęci i opieszałości kurialnych urzędników... Dopóki skrzywdzeni nie otrzymają prawa do informacji i uczestnictwa jako strony w procesach sądu kościelnego (obecnie mają oni jedynie status świadków, którym nie należy się informacja o przebiegu procesu i wyroku w ich sprawie)… Dopóki kolejni skrzywdzeni będą słyszeli od „braci i sióstr” we wspólnocie, że „atakują wspólnotę Kocioła”, albo są „dziećmi diabła”, występującymi przeciwko „świętości kapłaństwa”... Dopóki biskupi i duchowni, ale też liderzy wspólnot nie zrozumieją, jak ważna jest prewencja, profilaktyka i ochrona osób małoletnich i bezbronnych w Kościele, ale też zadośćuczynienie skrzywdzonym i jawna sprawiedliwość względem sprawców. Dopóki Kościół nie wyjdzie wspólnie z zamkniętej twierdzy obojętności i nie zaopiekuje się tymi, którzy czekają latami w jej przedsionkach.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.