separateurCreated with Sketch.

To był nasz Dawson. James Van Der Beek nie żyje. Osierocił szóstkę dzieci

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Redakcja - publikacja 13.02.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Miał 48 lat. Dla jednych był ikoną młodości z „Jeziora marzeń”. Dla innych – przede wszystkim mężem i tatą. Zostawił żonę i sześcioro dzieci. I pustkę, której nie da się zagrać na żadnym planie filmowym.

Nie tylko Dawson

James Van Der Beek odszedł w wieku 48 lat. W Polsce znamy go przede wszystkim z roli w serialu „Jezioro marzeń”. Dla wielu z nas był twarzą młodości: pierwszych poruszeń serca, pytań o przyjaźń, miłość, sens życia. Dorastaliśmy razem z bohaterami serialu, nie zdając sobie sprawy, że aktor, który grał „chłopaka z sąsiedztwa”, sam kiedyś stanie się ojcem wielodzietnej rodziny, próbując pogodzić świat Hollywood z bardzo zwykłym, a zarazem niezwykłym światem domowego ogniska.

Grał w filmach i serialach takich jak „Varsity Blues”, „Jay i Cichy Bob kontratakują”, „Straszny film”, „CSI: Cyber”, „How I Met Your Mother” czy „Ugly Betty”, jednak z czasem kariera aktorska przestała być w jego życiu najważniejsza. Coraz częściej mówił o czymś innym: o ojcostwie. Jego wpisy i wywiady pokazywały człowieka, który nie uciekał od odpowiedzialności, ale traktował rodzinę jak swoje największe powołanie.

Sześć razy „tato”

Zmarł 11 lutego 2026 r. w wieku 48 lat, po zmaganiach z rakiem jelita grubego w trzecim stadium. Nowotwór zdiagnozowano u niego wcześniej, publicznie o chorobie opowiadał od 2024 r., mówiąc, że jest w trakcie leczenia i stara się normalnie funkcjonować.

W oświadczeniu rodzina napisała, że „odszedł spokojnie” i że swoje ostatnie dni przeżył z odwagą, wiarą i łaską, prosząc jednocześnie o prywatność w czasie żałoby.

Osierocił sześcioro dzieci: Olivię, Joshuę, Annabel, Emilię, Gwendolyn i Jeremiaha. Dla nich nie był gwiazdą z telewizji. Był tym, który odwozi do szkoły, czyta wieczorne bajki, niesie na barana, kiedy małe nogi odmawiają posłuszeństwa. Był tatą.

„Bycie ojcem jest dla mnie największym zaszczytem w życiu. Dziękuję moim dzieciom za to, że nauczyły mnie na nowo, jak żyć, śmiać się, kochać i być obecnym w moim życiu i w świecie”.

Śmierć ojca nie mieści się w medialnym nagłówku. Za każdym krótkim „R.I.P.” kryje się cisza w domu, puste miejsce przy stole, pytania bez odpowiedzi. Ktoś, kto już nie przytuli. Ktoś, kogo zabraknie w zwyczajny piątkowy poranek.

W świecie show-biznesu naturalna wielodzietność jest sensacją. Sześcioro dzieci z jedną żoną? To ewenement. On mówił o niej spokojnie. Jako o darze. Jak o czymś ważniejszym niż kolejne role.

Prawdziwa wielkość

Dzisiaj myślimy o jego żonie, o jego dzieciach, o wszystkich, którzy będą go opłakiwać nie jako „idola z ekranu”, ale jako męża, przyjaciela, tatę. Prośmy Boga o pocieszenie dla nich, o ludzi, którzy będą potrafili towarzyszyć w żałobie, o światło wiary wbrew ciemności śmierci. Niech Pan przyjmie wszystko dobro, które James zdążył dać swojej rodzinie i światu – na scenie, przed kamerą i przede wszystkim w czterech ścianach domu.

Dziękujemy za emocje, za historie, za to, że potrafił poruszyć serca całych roczników widzów. Dziś już nie wróci na plan, ale może – w tajemnicy Bożego miłosierdzia – wszedł w zupełnie inną opowieść, w której każda łza zostanie otarta.

Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.
R.I.P., James Van Der Beek.

„… Musiałem spojrzeć śmierci w oczy [i] stanąłem przed pytaniem: »Jeśli jestem tylko zbyt chudym, słabym facetem chorującym na raka, to kim jestem?«. Zastanawiałem się nad tym i znalazłem odpowiedź: jestem godny miłości Boga po prostu dlatego, że istnieję. A jeśli jestem godny miłości Boga, to czy nie powinienem być również godny miłości własnej? To samo dotyczy również ciebie”.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.