Rok temu wróciła do Polski po ponad trzech dekadach pracy misyjnej na Filipinach. Doświadczenie kataklizmów, skrajnej biedy, ale też niezwykłej wiary i wdzięczności ludzi, stało się dla niej szkołą autentycznego chrześcijaństwa. Dziś – już jako przełożona prowincjalna swojego zgromadzenia w Polsce – wciąż sercem jest z tymi, których zostawiła po drugiej stronie świata.
Zachęcamy do włączenia się w akcję Misjonarz na Post. Aleteia jest jednym z patronów medialnych tej akcji.

Przypadkiem na Filipiny
Aleteia: Z jakiego zgromadzenia siostra pochodzi?
S. Ewa Lidia Mazur: Jestem ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego. To międzynarodowe zgromadzenie, którego dom prowincjalny w Polsce znajduje się w Raciborzu. Należymy do tzw. rodziny arnoldowej, założonej przez św. Arnolda Janssena – razem z werbistami i siostrami od wieczystej adoracji dzielimy wspólny charyzmat misyjny.
Filipiny to dość nieoczywisty kierunek misyjny. Jak się tam siostra znalazła?
To historia, w której po ludzku było sporo „przypadków”, a po Bożemu – żadnego. W 1989 roku wyjechałam z Polski z myślą o Rzymie, gdzie miałam pracować w placówce medycznej. Potem pojawiła się Irlandia – nauka języka angielskiego – a stamtąd miałam wyjechać do Ghany.
Ostatecznie Ghana w tamtym roku nie przyjmowała misjonarzy, ze względu na tzw. roczny limit, a ja wciąż byłam w formacji początkowej. Przełożone zdecydowały więc, że pojadę na Filipiny – by tam studiować pielęgniarstwo i kontynuować formację zakonną. Ostatecznie studiowałam psychologię i duchowość. Przyjechałam w 1991 roku, dokładnie 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Dzień wcześniej, 14 sierpnia – w święto św. Maksymiliana Kolbego – wylatywałam z Rzymu. Bardzo szybko stał się on patronem mojej misyjnej drogi.

Jakie było pierwsze zderzenie z Filipinami?
Bardzo mocne. Dotarłam tam tuż po wybuchu wulkanu Pinatubo – pył wulkaniczny pokrywał miasta, drogi, domy. Zaraz po przyjeździe siostry zabrały mnie na pomoc poszkodowanym w wyniku tego kataklizmu. Potem przyszło trzęsienie ziemi, a ja sama wylądowałam na Filipinach w samym środku tajfunu, który trwał kilka dni.
Do tego ogromna wilgotność, upał, błoto, zalane ulice… Pamiętam, że pomyślałam: „To chyba koniec świata”. A jednak właśnie tam zaczęła się moja prawdziwa misja.
Samarytanie
Filipiny są wyjątkowe religijnie – to jeden z dwóch katolickich krajów Azji. Jak wygląda tam przeżywanie wiary?
Wiara jest bardzo emocjonalna, żywa, głęboko zakorzeniona w codzienności. W 2021 roku Filipiny obchodziły 500-lecie chrześcijaństwa. Ludzie są silnie związani z Kościołem, praktykują, modlą się, pielgrzymują.
Są też bardzo charakterystyczne formy pobożności. W Manili czczony jest Czarny Nazareńczyk, a w Cebu – gdzie spędziłam ponad 30 lat – centralnym kultem jest Dzieciątko Jezus (Santo Niño), bardzo podobne do Dzieciątka Praskiego. Co roku odbywają się tam milionowe pielgrzymki, procesje na lądzie i morzu, a w każdy piątek sprawowane są Msze święte do Serca Pana Jezusa dla setek tysięcy wiernych.
Czym siostra zajmowała się na misjach?
Od początku współpracowałam z werbistami. Jednym z pierwszych apostolatów była praca na miejskich wysypiskach śmieci – ekstremalne doświadczenie. Jeździliśmy tam co tydzień: by być z ludźmi, rozmawiać, modlić się, sprawować Eucharystię, ale też przywieźć podstawową pomoc – opatrunki, jedzenie, drobne rzeczy dla dzieci.
Równolegle pracowałam z dziećmi ulicy w samym mieście Cebu. Z czasem te dwa światy zaczęły się spotykać.

Tak powstał Dom Dobrego Samarytanina?
Tak, w 2009 roku. To było miejsce, które połączyło pomoc materialną, edukację i formację duchową. Dzieci przychodziły na codzienne posiłki, korepetycje, katechezę, uczyły się podstaw higieny, siadania przy stole, trzymania ołówka.
Po 15 latach widzimy owoce: wychowaliśmy nauczycielki, pracowników socjalnych, inżynierów, mechaników, budowlańców. Dla wielu dzieci był to jedyny realny start w życie. Powstała też wielka wspólnota rodzin – taka prawdziwa „rodzina Dobrego Samarytanina”.
Filipiny często doświadczają kataklizmów…
Niestety, w ostatnich latach wyjątkowo dotkliwie. W samym Cebu w ciągu jednego roku było więcej klęsk żywiołowych niż przez poprzednie 30 lat. Ostatnia powódź przyszła nad ranem, zabierając ludziom dosłownie wszystko: motocykle, rowery, sprzęt, ubrania, szkolne mundurki dzieci.
Uratowało się jedno: wspólnota. Domy były połączone ścianami – nie popłynęły z nurtem. To dla mnie bardzo symboliczne: razem można przetrwać nawet największą falę.

Druga ojczyzna
Dziś siostra jest już w Polsce…
Tak, od grudnia 2024 roku. Siostry wybrały mnie na prowincjalną zgromadzenia w Polsce – na trzyletnią kadencję. Ale Filipiny to moja druga ojczyzna. To moja rodzina.
Wciąż utrzymuję kontakt, organizuję pomoc, animuję akcje misyjne, m.in. w ramach inicjatywy „Misjonarz na Post”.
Jaką rolę w misjach odgrywa modlitwa?
Jest absolutnie centralna. Bez modlitwy nie ma misji. Pomoc materialna jest ważna, ale to modlitwa łączy nas najgłębiej – ponad kontynentami.
Wracając do Polski, bardzo mocno doświadczyłam, jak wielu ludzi modli się za misjonarzy. To ogromna siła – szczególnie w najtrudniejszych momentach.
Wdzięczność i uśmiech
Czego my, w Polsce, możemy nauczyć się od Filipińczyków?
Wdzięczności i uśmiechu. Oni mają tak niewiele, a potrafią być szczęśliwi, życzliwi, pogodni. My żyjemy w ogromnym dobrobycie, a często narzekamy.
Chciałabym, żebyśmy częściej się do siebie uśmiechali, patrzyli na siebie z życzliwością. Wszystko jest darem – dopóki oddychamy, mamy za co dziękować. I naprawdę nie ma powodu, by się załamywać, bo Bóg jest z nami.









![Gigantyczna procesja z figurą Czarnego Nazarejczyka: 2 mln wiernych [ZDJĘCIA]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2020/01/web3-black-jesus-manila-crowd.jpg?resize=300,150&q=75)
