To była pierwsza walentynka w historii. I była rozpaczliwym błaganiem o miłość „Mój ukochany Walentynie…” – pisała Margery do Johna, choć miał na imię… John. Zakochana dziewczyna, zbyt skromny posag, zbyt wielka nadzieja – i pierwszy w historii list zaaadresowany „My dear Valentine”...
W lutym 1477 roku młoda Angielka, Margery Brewes, postanowiła zrobić coś, na co nie każda dziewczyna w dawnych czasach by się zdobyła. Poszła do skryby i podyktowała list miłosny do mężczyzny, którego kochała, Johna Pastona.
Wiedziała, że ryzykuje wszystko. Jej posag uznawano za zbyt skromny, by mogła marzyć o takim małżeństwie. Jednak najbardziej zaskakujące było nie to, co napisała, lecz jak to zrobiła.
Zwróciła się do Johna słowami: „Mój ukochany Walentynie”. I choć jego imię brzmiało zupełnie inaczej, to właśnie ten zwrot, zapisany w lutym 1477 roku, uchodzi dziś za pierwsze w historii użycie określenia „my dear Valentine” – zwrotu, którym co roku posługują się miliony zakochanych na całym świecie.
Rodzina, która pisała listy – skarb z XV wieku
Rodzina Pastonów należała do najznamienitszych rodów Anglii późnego średniowiecza. Początkowo drobni właściciele ziemscy, dzięki sprytowi i determinacji stali się wielkimi posiadaczami ziemskimi we wschodniej Anglii. I co ciekawe – dokumentowali wszystko.
Ich archiwum, znane jako „Paston Letters”, zawiera ponad 2000 listów, w tym także te najbardziej intymne – o sercowych zawirowaniach, dylematach i rodzinnych dramatach. To dzięki tym listom możemy dziś poznać losy Margery i Johna.
On miał wybór. Ona miała tylko serce do oddania
Margery miała niewiele ponad dwadzieścia lat, John – trzydzieści trzy. Mężczyzna miał już na koncie kilka związków, a w czasie, gdy Margery pisała swój list, rozważał inne kandydatury na żonę. Nie był jednak bawidamkiem – był drugim synem, który nie miał co liczyć na spadek. Jedyną szansą na zabezpieczenie przyszłości było małżeństwo z kobietą z dużym posagiem.
Margery, choć córka szanowanego rycerza, nie mogła spełnić tego warunku. A ojciec dziewczyny, sceptyczny wobec związku z „wyrachowanym” Johnem, nie chciał podnieść kwoty posagu. Margery wiedziała, że jej szanse są nikłe. A mimo to – napisała. I to jak!
„Mój czcigodny, kochany Walentynie, z całego serca pragnę wiedzieć, jak się masz. Ja zdrowa nie jestem – ani ciałem, ani duszą – i nie zaznam ulgi, póki nie usłyszę od Ciebie wieści. Żadna istota nie zna cierpienia, które noszę w sercu. Nie zdziwiłby mnie już nawet ból śmierci…” „
Jeśli mnie kochasz – a wiem, że kochasz – nie zostawisz mnie. Nie porzuciłabym Cię nawet, gdybyś miał mniej niż połowę tego, co masz. A jeśli powiesz, żebym była Ci wierna – będę. I choć przyjaciółki mówią, że to głupota, nie zmienię zdania. Modlę się, by ta wiadomość pozostała tylko między nami.”
List kończy się podpisem: „Twoja, Margery Brewes”.
Czyli jednak – Walentynki to święto średniowieczne!
Wbrew obiegowej opinii, święto zakochanych nie jest wynalazkiem współczesnych producentów czekoladek. Dowód? Właśnie ta historia.
Margery odwołuje się do dnia świętego Walentego w taki sposób, jak robimy to dziś – jako do święta miłości. A przecież już sto lat wcześniej, w 1382 roku, poeta Geoffrey Chaucer pisał w „Parlamencie ptaków” o tym, że 14 lutego ptaki wybierają sobie pary. W średniowiecznej Anglii ten dzień był znany, a zakochani wykorzystywali go jako okazję do wyznawania uczuć.

Niecodzienne wsparcie
W całej tej historii jest jeszcze jeden wątek, który czyni ją jeszcze bardziej intrygującą: matka Margery. Elizabeth Brewes widziała cierpienie córki i, wbrew oporowi męża, postanowiła interweniować. Sama pisała listy do Johna, przekonywała go, że Margery to „skarb większy niż tysiąc monet”, i zaprosiła go na obchody św. Walentego: „W ten piątek przypada św. Walentego – dzień, gdy ptaki wybierają swych partnerów. Chciałabym, abyś przyjechał do nas – w czwartek wieczorem, zostań do poniedziałku. Mam nadzieję, że porozmawiasz z moim mężem i że rozmowa ta przyniesie dobre owoce.”
I rzeczywiście – przyniosła. Dwa miesiące później Margery i John wzięli ślub. Jej posag nie był duży, ale miłość – ogromna. Kilka lat później Anglię dotknęła epidemia dżumy. Wśród ofiar znalazł się starszy brat Johna – ten, który był przeciwny małżeństwu i dziedzicem majątku. W efekcie John odziedziczył cały rodzinny majątek. A razem z Margery prowadzili życie pełne czułości i wzajemnego oddania. Listy, które sobie pisali w czasie jego podróży służbowych, wciąż istnieją. I wciąż mówią o miłości – tej, która przetrwała wszystko.
Miłość nie jest sezonowa
Narzekamy w Polsce na różne święta "importowane". Jednak wśród nich Walentynki wydają się świętem wartym przeżywania. Oczywiście nie na poziomie czekoladek i kiczowatych kartek pocztowych.
Może więc zamiast kolejnego symbolicznego gestu warto zrobić coś bardziej ryzykownego. Usiąść. Wziąć kartkę. Napisać list. Do męża. Do żony. Do rodziców. Do przyjaciela.
Napisać, za co jesteśmy wdzięczni. Co w nich podziwiamy. Dlaczego są dla nas darem.
Bo miłość potrzebuje wyrazu. A słowo zapisane – zostaje. Jak w archiwum Pastonów. Jak wyznanie miłosne sprzed pięciu wieków.
Ktoś dziś może czekać na Twoje zdanie tak, jak Margery czekała na odpowiedź Johna.
Nie czekaj na idealny moment.
Napisz.










