Było już dobrze po północy. Siedziałyśmy w samochodzie zaparkowanym pod domem i – jak to się nam zdarza – nadal rozmawiałyśmy. Taka rozmowa „po wszystkim”, kiedy nikt się nie spieszy, a słowa płyną swobodniej niż w ciągu dnia.
Przyjaciółka odwoziła mnie po konferencji do domu, a ja się nagle rozgadałam.
Znam siebie dobrze: potrafię zaczynać jedno zdanie, by po chwili skręcić w boczną uliczkę, potem w jeszcze jedną. Moja przyjaciółka żartuje, że zamiast trzymać się obranej trasy, wjeżdżam na propozycję google maps: "wolniej o 40 minut".
Ja wolę myśleć, że po drodze mijam za dużo ciekawych widoków, żeby ich nie skomentować. Ale zawsze – prędzej czy później – wracam do punktu wyjścia.
Kiedy myślenie zamiast pomagać — zaczyna ciążyć
Tym razem wróciłam do tematu, który od dawna mnie uwierał. Postanowienia wielkopostne. Wypowiedziałam je z irytacją, niemal ze złością. Bo ilekroć próbuję zastanowić się, co powinnam w sobie zmienić, zaczynam być dla siebie bezlitosna. Jako mama i żona widzę wszystkie swoje niedoskonałości pod lupą.
Czy robię wystarczająco dużo dla dzieci?
Czy nie popełniłam błędu, który wróci rykoszetem za kilka lat?
Czy mój mąż ma we mnie realne wsparcie — czy tylko moje zmęczenie i rozproszenie?
Czy nie powinnam być już w domu zamiast siedzieć w samochodzie i zalewać przyjaciółkę moimi lękami?
Zamiast nadziei pojawia się ciężar. Zamiast impulsu do dobra — poczucie winy. Im dłużej myślę, tym więcej „a co jeśli”. A „a co jeśli” to bardzo żyzna gleba dla lęku.
Przyjaciółka słuchała, a jej twarz mówiła więcej niż słowa. Znam ten wyraz: lekko przechylona głowa, uśmiech, który oznacza „za bardzo to komplikujesz”.
Mały obrazek, który zatrzymał spiralę
Wtedy przyjaciółka wyciągnęła z kieszeni mały, brzydki kartonik. Naprawdę brzydki. Kiczowate tło, nieporadne pismo. Żadnej wartości artystycznej ani nawet estetycznej. Spojrzała na mnie i powiedziała:
— Nie wiem, czyje to. Znalazłam kiedyś pod ławką w kościele. Dla ciebie to pewnie badziewie, brzydkie. Ale ma dobry tekst.
Na kartoniku było jedno zdanie:
„Pomódl się, zanim zaczniesz się zamartwiać.”
Nie było w tym nic wyszukanego. Żadnej symboliki, żadnej subtelnej metafory. A jednak trafiło dokładnie tam, gdzie trzeba. W sam środek mojej potrzeby kontroli. Mojego lęku przed porażką i rozczarowaniem. W sam środek myślenia, które chce wszystko przewidzieć, zaplanować, zabezpieczyć — dzieci, małżeństwo, przyszłość.
I wtedy już wiedziałam, że to moje jedyne postanowienie. Nie „naprawić siebie”. Nie „być lepszą wersją”. Tylko jedno: nie zamartwiać się. Bo nadmierne martwienie się tworzy problemy, których wcześniej nie było. Niszczy to, co dobre. Odbiera pokój.
Prosta modlitwa, może akt strzelisty. Może "Jezu, ufam Tobie"? W chwili gdy rozkręca się spirala zamartwiania to prawdziwy ratunek.
To rezygnacja z iluzji, że wszystko zależy ode mnie. To oddech. Zgoda na to, że nie muszę wszystkiego dźwigać sama.
Ten mały kartonik noszę dziś w portfelu.
I patrzę za każdym razem.
Zanim zacznę się zamartwiać o dzieci. Zanim wejdę w spiralę lęku o męża, dzieci, pracę, przyszłość.
Zanim spróbuję jeszcze raz wszystko kontrolować.
Najpierw modlitwa. Potem oddech.










