To nie było łatwe: uciec z ulicy, z prostytucji, z całej tej sieci… Potrzeba było czasu, zaufania, ostrożności, a czasem i ryzyka. Ale przede wszystkim woli, by się wyrwać – mówi dziś Amy. Dziś ma plany i marzenia. Jednak droga do wolności była długa i naznaczona cierpieniem. Amy urodziła się w stanie Edo w Nigerii. Jej dzieciństwo naznaczone było biedą i dramatem – była wykorzystywana seksualnie przez własnego ojca. Nigdy nikomu o tym nie powiedziała.
W 2016 r., gdy uczyła się zawodu piekarza, poznała kobietę, która obiecała jej nowe życie. Włochy, praca w dużej piekarni, znajomości „z ważnymi ludźmi”. – Byłam pracowita, zdolna, młoda. Mówiła, że mam talent i urodę, że mogę wiele osiągnąć – wspomina. Wszystko brzmiało wiarygodnie. Zgodziła się wyjechać.
35.000 euro i przeprawa przez piekło
Marzenie zamieniło się w koszmar jeszcze przed dotarciem do Europy. Okazało się, że koszt podróży wynosi 35.000 euro. Amy zobowiązała się odpracować tę kwotę po przyjeździe. Musiała złożyć przysięgę podczas tradycyjnego rytuału juju.
– Wtedy ta suma nic dla mnie nie znaczyła. Myślałam, że w Europie pieniądze mają inną wartość. Obiecałam posłuszeństwo i spłatę długu. Powiedziano mi, że jeśli złamię obietnicę, ucierpi moja rodzina.
Przez sześć miesięcy w Libii była zmuszana do prostytucji. Potem łodzią została przerzucona do Włoch. – To cud, że nie utonęłam – mówi. – A kiedy myślałam, że najgorsze mam już za sobą, ta sama kobieta powiedziała mi, że pieniądze z prostytucji w Libii nie zaliczają się na poczet podróży… i nie mają nic wspólnego z ustaloną na początku kwotą… Że będę musiała dalej płacić.
Pilnowana i zastraszana nie miała innego wyjścia, jak tylko kontynuować prostytucję. W 2017 r. trafiła do Francji. Na ulicach Paryża doświadczała kradzieży, przemocy i manipulacji. Bała się iść na policję. Nie znała języka. Była sama.
– Nie mogłam nawet pójść na policję. Bałam się, że zostanę aresztowana albo odesłana do swojego kraju – wyznaje. Bez znajomości języka francuskiego i w sytuacji skrajnej podatności na zranienie czuła się samotna.

Wyciągnięta dłoń i przywrócona godność
Przełom przyszedł wraz ze spotkaniem ze stowarzyszeniem Aux captifs, la libération, założonym w 1981 r. przez ojca Patricka Girosa. Organizacja wspiera osoby w skrajnej biedzie i kobiety uwikłane w prostytucję.
– Powiedzieli mi, że wszystko może się ułożyć, że mogę odzyskać normalne życie. Nie oceniali mnie, gdy mówiłam, że sprzedaję ciało, by zapłacić za jedzenie i rachunki. Dali mi poczucie, że mogę być chroniona – opowiada.
Zaczęło się od lekcji francuskiego i warsztatów komputerowych. Potem kurs szycia, wspólne wyjścia, wyjazd do Mont-Saint-Michel. Równolegle pomoc prawna i administracyjna, rozmowy, budowanie planów zawodowych.
– Dla sutenerów kobiety są portfelem. U nas odzyskują świadomość swojej godności – mówi Céline Weymann, dyrektor operacyjna programu ds. prostytucji i handlu ludźmi w stowarzyszeniu.
Artykuł pochodzi z francuskiej edycji Aletei.










