separateurCreated with Sketch.

„Okradziona” z końca ciąży. Przedwczesny poród zmienił jej życie i powołanie

Romana Boznar Bzin
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Katarina Berden - publikacja 21.02.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Romana po raz pierwszy zetknęła się z przedwczesnym porodem i jego konsekwencjami zarówno osobiście, jak i zawodowo.

Romana Božnar Brzin jest dyplomowaną położną, pracuje na oddziale dla chorych noworodków. Jest żoną i mamą trójki dzieci. Mówi, że bardzo kocha dzieci i że „jest dzieckiem w duszy”.

Chętnie chodzi do kościoła i stara się stawiać Boga na pierwszym miejscu, ponieważ – jak mówi – to jej największe oparcie. „Mam poczucie, że On ‘trzyma mnie’, żebym ja mogła trzymać tych, którzy zostali powierzeni mojej trosce – w domu moje dzieci, w pracy także wszystkie inne”.

Swój zawód przeżywa jako powołanie i misję. Jednocześnie podkreśla, że jest on również krzyżem, który niesie – a wraz z nią niesie go także jej rodzina, ponieważ Romana bywa nieobecna w niedziele, święta oraz podczas nocnych dyżurów.

Kiedy była w pierwszej ciąży, sama doświadczyła przedwczesnego porodu, który głęboko ją naznaczył.

Jak wspomina Pani narodziny swojej pierworodnej córki?

Już w czasie ciąży przeczuwałam, że coś jest nie w porządku. Wtedy pracowałam już na oddziale dla chorych noworodków w lublańskim szpitalu położniczym, więc miałam pewną wiedzę i doświadczenie. Miałam niewielki brzuch, dlatego zaczęłam naciskać na swoją ginekolog, by dokładniej przyjrzała się rozwojowi dziecka.

Ponieważ była czujna i doświadczona, potraktowała mnie poważnie. Odkryła, że dziewczynka poważnie odstaje we wzroście i jest ewidentnie niedożywiona. Szybko skierowano mnie do Lublany i zdecydowano, że będzie lepiej, jeśli natychmiast rozwiąże się ciążę przez cesarskie cięcie i przeniesie dziecko do inkubatora.

Nasza córka urodziła się w 33. tygodniu ciąży, około siedem tygodni za wcześnie, z bardzo niską masą urodzeniową. To był dla mnie ogromny cios. Byłam młoda, wyobrażałam sobie, że „wszystko będzie pięknie” i że do domu zabierzemy pulchnego noworodka. Tymczasem córka była tak wychudzona, że bardziej przypominała małego kosmitę.

Najpierw bałam się o jej życie. Potem o to, czy wszystko będzie z nią w porządku i czy nie pozostaną żadne następstwa. Dziś jest zdrową, zwyczajną 14-latką, bardzo inteligentną, uprawia sport, działa w skautingu. Jesteśmy z niej dumni. A jednak pierwsze tygodnie pozostaną w mojej pamięci na całe życie. Mogę powiedzieć, że jestem wdzięczna za to doświadczenie.

Romana Boznar Bzin

W jaki sposób to doświadczenie zmieniło Pani spojrzenie na rodziców w podobnej sytuacji?

Przede wszystkim stałam się bardziej współczująca i mądrzejsza. Dopiero dzięki własnemu doświadczeniu naprawdę zrozumiałam, przez jakie cierpienie przechodzą rodzice, którzy boją się o swoje dziecko. Wiele matek nosi w sobie ciężkie poczucie lęku i winy. Mogą reagować szokiem, wybuchami złości albo odrętwieniem, unikać opieki nad dzieckiem lub przeciwnie – być nadmiernie opiekuńcze. Niektóre popadają w depresję albo rozwijają zaburzenia lękowe.

Jeśli w rozmowie wspomnę o swoim doświadczeniu, często czują, że naprawdę je rozumiem. Trzeba jednak być ostrożnym. Celem dzielenia się własną historią powinno być jedynie to, by dać im poczucie, że taką sytuację można przeżyć i że nic złego nie ma w tym, jeśli człowiek płacze i czuje się naprawdę fatalnie. Nie mogą stać się filtrem, przez który będę odprowadzać własne nierozwiązane lęki i traumy.

Romana Boznar Bzin

Bliska jest mi szczerość. Jeśli rodzicom podaje się wyłącznie „posłodzoną” wersję wydarzeń, mogą poczuć się jeszcze bardziej samotni. Szczerość kosztuje – wymaga odsłonięcia własnej kruchości. Wierzę jednak, że właśnie w prawdzie jest siła, nawet jeśli czasem wygląda się na słabą i zbyt wrażliwą.

W swojej pracy coraz wyraźniej widzę, że miłość jest ważniejsza niż zdrowie – to znaczy, że można kochać także chore, umierające dziecko. Niejednokrotnie spotkałam rodziców, którzy żegnali swoje dzieci z ogromem miłości i wdzięczności. Ważne jest, aby zapewnić im warunki do spokojnego pożegnania.

Miała Pani poczucie, że została „okradziona” z ostatnich tygodni ciąży. Dlaczego ten czas jest tak ważny?

W ostatnim, najpiękniejszym trymestrze zachodzi proces budowania więzi między matką a dzieckiem. Wtedy matka zaczyna intensywnie przygotowywać się na przyjęcie nowego członka rodziny. Tworzy w wyobraźni jego obraz, kupuje ubranka, przygotowuje pokój i wyprawkę. Psychicznie i fizycznie przygotowuje się do porodu. To proces zarówno psychologiczny, jak i fizjologiczny, który ją kształtuje.

Jeśli ten okres zostanie nagle przerwany, proces budowania więzi zostaje przerwany.

Zamiast miłości i radości przy narodzinach może pojawić się szok i lęk. Może się zdarzyć, że trudno jest przyjąć dziecko, trudno na nie spojrzeć. Dlatego tak ważne jest, aby matka usłyszała, że to normalne, jeśli na początku nie odczuwa natychmiastowej miłości. Czasem, gdy mówię to którejś z mam, wybucha płaczem, ale rozmowa potrafi znacząco złagodzić emocjonalne napięcie. Słowo leczy.

Romana Boznar Bzin

Czego rodzice najbardziej wtedy potrzebują?

Potrzebują bezpiecznej przestrzeni, w której mogą wyrazić swój smutek. Nawet jeśli dziecko przeżyje, wchodzą w proces żałoby, ponieważ opłakują doświadczenie porodu, o jakim marzyli.

Sytuacje są bardzo różne: od śmierci dzieci i narodzin w 24. tygodniu z bardzo złym rokowaniem, po te, które przyszły na świat kilka tygodni za wcześnie i nie mają poważnych problemów. W każdym przypadku matka może się „rozpaść”. Nie osądzamy, a przynajmniej staramy się nie osądzać, ponieważ każdy rodzic przychodzi z własnymi lękami, ranami i historią.

Bardzo ważna jest współczująca komunikacja, bez narzucania, jak rodzice „powinni” się czuć. Istotne jest, by otrzymali informacje. Zachęcamy ich: pytajcie, spisujcie listę pytań. Pediatrzy potrafią przekazywać informacje w sposób jednocześnie budujący nadzieję i realistyczny.

Romana Boznar Bzin

Problem pojawia się wtedy, gdy rodzice z różnych powodów nie otrzymują lub nie przyjmują informacji. Zaczynają wówczas rozpamiętywać i szukać odpowiedzi w internecie oraz na forach. To zwykle pogłębia ich cierpienie, ponieważ niefiltrowane treści przyciągają jeszcze więcej niepewności i lęku.

W swoim świadectwie wspomina Pani o trudnym doświadczeniu męża. Co przeżywają ojcowie i jak można ich wspierać?

Ojcowie dziecka są bardzo ważni, często stanowią pierwszy filar wsparcia dla matki. W stresie my, kobiety, się zmieniamy – pojawia się wiele łez i emocjonalnych burz, czasem padają trudne słowa. Mąż często to wszystko „wchłania”.

Mój mąż wtedy okazał prostą, mocną wiarę. Powiedział mi, że córka jest piękna, podziękował mi za to, że ją urodziłam, i nigdy w nią nie zwątpił. To bardzo mi pomogło. Z drugiej strony byłam na granicy depresji, rozwinęłam zaburzenie lękowe. Mąż, z powodu wymagającej pracy, nie miał dla nas wiele czasu, byłam zbyt często sama i nierozsądnie wykorzystywałam ten czas. Przez pierwsze dwa miesiące niemal bez przerwy przeszukiwałam internet i czytałam badania o skutkach niedożywienia u dzieci.

Dziś mówię rodzicom: nie przesadzajcie z przeszukiwaniem sieci – to zbędne informacje, które nie mają związku z waszym dzieckiem. Na dziecko trzeba patrzeć sercem, a nie przez pryzmat badań i statystyk.

Jakiej rady udzieliłaby Pani rodzicom – jak mają wspierać się nawzajem w takiej sytuacji?

Ojciec powinien wziąć pod uwagę, że żona może być bardziej napięta, może dużo płakać i bywać trudna. Trzeba starać się ją zrozumieć i jak najbardziej włączać się w opiekę nad dzieckiem: rozmawiać z personelem medycznym, mówić także o własnych trudnościach – nie uciekać. Jeśli to konieczne, warto poszukać pomocy specjalisty.

Matce poradziłabym, aby zastanowiła się, w jaki sposób zwraca się do męża. Czasem dobrze jest najpierw zapisać swoje uczucia, nieco je uporządkować, a dopiero potem o nich mówić – nie w formie oskarżeń i emocjonalnych wybuchów. Mąż nie powinien stać się „koszem na emocjonalne odpady”.

Radziłabym także, by ciężar emocjonalny rozłożyć między kilka osób. Trochę zwierzyć się mężowi, trochę przyjaciółce. Najlepiej potrafią sobie pomagać ci, którzy mają podobne doświadczenie. Na naszym oddziale często rodzą się przyjaźnie między rodzicami wcześniaków.

Ważne jest także, kim człowiek się otacza w takiej sytuacji. Niektórzy nie potrafią zachować się właściwie, zadają niestosowne pytania, nadmiernie panikują. Wtedy dobrze jest przynajmniej na jakiś czas się od nich zdystansować. Na oddziale zachęcamy rodziców, by przychodzili do personelu medycznego. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za rozmowy z rodzicami. Czasem już jedna rozmowa potrafi pomóc matce nie popaść w depresję.

Romana Boznar Bzin

Czy później wspólnie przepracowaliście to doświadczenie?

Szczerze mówiąc – popełniliśmy wiele błędów i zachowywaliśmy się zupełnie inaczej, niż dziś doradzam rodzicom na oddziale. W tamtym czasie często reagowałam emocjonalnie i przenosiłam swoje napięcie na męża, a on reagował wycofaniem.

Na szczęście przetrwaliśmy ten okres, ponieważ stosunkowo szybko okazało się, że córka jest bystra i nie ma poważnych następstw. Miała jednak problemy ze wzrokiem i z układem oddechowym. Bardzo trudne były też kłopoty z karmieniem. Po dwóch miesiącach zaczęła odmawiać mleka.

Z tego powodu słabo przybierała na wadze. Ciągle trafialiśmy do szpitala z powodu zbyt niskiej masy ciała. To było chyba najtrudniejsze. A jednak, ponieważ miała tak ujmujący charakter, łatwiej było nam to wszystko znosić.

Jeśli problemy są poważniejsze i trwają dłużej, takie doświadczenie może pogrzebać małżeństwo. Zdarza się, że ojciec nie wytrzymuje i matka zostaje sama z bardzo chorym dzieckiem. W innych przypadkach próba jeszcze bardziej umacnia małżeństwo.

Co jest najtrudniejsze w Pani zawodzie – a co najpiękniejsze?

Najtrudniej jest wtedy, gdy leczenie się komplikuje albo dziecko umiera, choć wszyscy wierzyli, że przeżyje. Pojawia się poczucie bezradności, nawet jeśli wszystko zostało wykonane prawidłowo. My, pracownicy medyczni, również opłakujemy te dzieci. Rodzice tracą dziecko, my tracimy owoc pracy naszych rąk.

Gdy leczenie kończy się śmiercią, trzeba pogodzić się z tym, że nasze wysiłki nie przyniosły rezultatu. Cały trud, opieka, starania i energia… Wtedy na oddziale panuje ciężka atmosfera. Bardzo boli także widok pogrążonych w żałobie rodziców.

Romana Boznar Bzin

Nasza praca jest ogromnie odpowiedzialna i psychicznie wymagająca. Jedna drobna pomyłka może mieć poważne konsekwencje dla zdrowia dziecka, dlatego musimy być nieustannie skupieni – wszystko sprawdzać, powtarzać, wzajemnie się kontrolować. Najwięcej znaczy dla mnie moment, gdy wracam do domu z czystym sumieniem, że zrobiłam wszystko, co w danej chwili było możliwe.

Najpiękniejsza w mojej pracy jest więź z koleżankami. Jesteśmy naprawdę jak jedno „plemię”: wszystkie za jedną, jedna za wszystkie. Każda opiekuje się określoną liczbą dzieci i zawsze może liczyć na pomoc innych.

Najpiękniejsze jest także to, że trudne doświadczenia przepracowujemy razem. Tego ciężaru nie można przynosić do domu, ponieważ bliscy nie są w stanie unieść opowieści o cierpieniu chorych dzieci i ich rodzin. Między sobą możemy wszystko wypowiedzieć, pocieszać się i dodawać sobie otuchy. Większość z nas ma poczucie, że jesteśmy dla siebie jak druga rodzina – a dla niektórych nawet pierwsza.

Co powiedziałaby Pani rodzicom, którzy dziś są w podobnej sytuacji, jak Pani kiedyś?

To, co powiedziała mi koleżanka: „Zaufaj i wierz. Powierz to Bogu”. Powtarzałam sobie te słowa, gdy było mi najtrudniej. I powtarzam je do dziś, kiedy przeżywam kryzys.

Jeśli będzie zbyt ciężko, szukajcie pomocy. Na końcu będzie dobrze – w taki czy inny sposób. Wiele cierpienia sprawiamy sobie sami, nosząc w głowie obraz tego, jak powinno być. Kluczem jest przyjęcie tego, co się wydarza, zaufanie i nadzieja na lepsze czasy. A przede wszystkim – miłość do życia.

Artykuł pochodzi ze słoweńskiej edycji Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.