separateurCreated with Sketch.

Wojna wybuchła, ja kupiłam bilet. I wtedy wydarzyło się coś większego

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Monika Górska - publikacja 24.02.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Kiedy przychodzi wiadomość, która może spełnić marzenie odkładane od lat, serce zaczyna bić szybciej. A dzień później wybucha wojna. Co robisz — lecisz czy zostajesz?

W końcu Najlepszy Scenarzysta Świata spełni też moje marzenie. Tylko on nie nosi zegarka. Więc czasem trzeba trochę poczekać.

A było to tak…

22.02.22 o godz. 22 słyszę delikatne „ping”. Pisze mój Anioł Stróż. Mój muzułmański Anioł Stróż, o którym opowiadam w Zaufaj i puść. Poznałam go w samolocie, kiedy w 2019 roku leciałam po raz pierwszy do Galilei. Potem niespodziewanie spotkaliśmy się znowu, gdy miesiąc później leciałam do Jerozolimy na spotkanie z siostrami, które pamiętają jeszcze ciocię Dziunię. Mieszka w okolicach Nazaretu, a trochę w Polsce. Ma na imię Sharif.

Czytam wiadomość: „From 1 March can visit here”.

Czytam jeszcze raz. To chyba jednak nie żart. Izrael się otwiera. Nareeeeeszcie. Czekałam na to dwa lata! Sprawdzam loty. 59 zł w jedną stronę. No bajka. Grzech by było nie polecieć. Tak za trzy tygodnie, żeby się na spokojnie jeszcze przygotować.

Piszę jeszcze do przyjaciela. Obiecaliśmy sobie, że jak tylko otworzą granicę, to z naszą grupką przyjaciół lecimy.

Odpowiada natychmiast: 3-6 marca. Możesz?

To już za tydzień. Trochę za szybko, ale… czemu nie. Na co tu czekać.

A może by zostać tam dłużej? I właśnie tam pisać książkę?? Żebym nie poszła z torbami? Izrael drogi.

Mój przyjaciel ma zaprzyjaźnioną siostrę w Betlejem. Elżbietanki prowadzą tam dom opieki dla palestyńskich dzieci i młodzieży. U nich będziemy nocować. To może tam?

Dzwonię.

U nas dom pełen dzieci. Jedna osoba więcej nie robi różnicy.

Czy ja dobrze słyszę? Mogę się u nich zatrzymać i pisać? Naprawdę? Aż mi się robi gorąco. Nie wierzę, że to się dzieje. I nagle coś mi każe zapytać:

- A zna może siostra kogoś w Galilei? Może w Tabdze?

Czekam z biciem serca…

- Tak, tam jest polski franciszkanin. Ojciec Tymoteusz. Wyślę pani numer.

Zakonnik z Polski. I w dodatku, Tymoteusz. Jak mój syn? Teraz to dopiero serce zaczyna mi walić.

Dzwonię. Nie odbiera. Piszę.

Wreszcie pika odpowiedź na WhatsAppie:

„Niech zadzwoni o 21. Ja od 4 rano do wieczora na nogach. Teraz nie mam czasu”.

Wieczorem chwilę rozmawiamy. Boże, jaki radiowy głos. Niski, mocny. Choć słychać, że trochę nieufny. Pozwala mi mówić. Potem długo milczy. Opowiadam o książce, jeszcze dodaję, że kilka już napisałam, że robię filmy, że jestem dziennikarzem…

- Wiem, wiem, już panią wygooglałem. No jest u nas taki domek rekolekcyjny. Zawsze zajęty. Ale teraz, od pandemii stoi pusty. A pani by chciała z jedzeniem? Bo u nas męskie grono. Jemy coś na szybko. Nie mam czasu na gotowanie. A tu nie ma niczego w okolicy.

- Mogę i sama. Mogę też coś ugotować raz na jakiś czas, jeśli Ojciec się nie boi ryzykować. Lepiej sobie radzę ze słowami niż z jedzeniem. Ale mogę też pościć. Zaraz Wielki Post.

- To niech zadzwoni jutro wieczorem.

O Boże… ale próba cierpliwości. No trudno. Z przejęcia nie mogę zasnąć.

Tak czy siak, lecę.

W środę 23.02.22 kupuję bilet. Tym razem w jedną stronę. Pierwszy raz w życiu.

W czwartek 24.02.22 wojska rosyjskie bombardują Ukrainę. Wojna.

Nasz lot jest równo za tydzień. Co robić? Zamiast się cieszyć, coraz bardziej się boję.

Że Tymek… Że wojna… Że nie wiadomo, co będzie dalej. Że polecę i mnie nie wpuszczą. Że będę musiała kupować drogi bilet na samolot i wracać do Polski. Że jeśli test na granicy mi wyjdzie pozytywny i dziesięć dni spędzę poddana kwarantannie w Izraelu. Na swój koszt.

Boję się czegoś, czego nie ma. Albo raczej jest – w mojej głowie. Niby ufam, a jednak, po raz kolejny, silniejszy od mojego zaufania okazuje się lęk. Jestem już sobą trochę zmęczona.

Wiadomość od o. Tymoteusza: „Niech przyjeżdża. U nas spokojnie”.

Po raz kolejny się przekonuję, że mogę móc i mogę nie móc. Ale żeby móc, najpierw muszę podjąć decyzję.

I zrobić ten pierwszy krok. A potem następne. I zaufać, że jeśli jest to zapisane w Najlepszym Scenariuszu Świata, to będzie mi dane.

Jedno wiem. Książka ma być napisana. Tak czuję każdą komórką ciała. I wiem, że tutaj nie dam rady. Ale może jednak powinnam pomagać Ukrainie tu, na miejscu? Rozmawiam jeszcze z Tymkiem i z moją siostrą Werką. Znajdujemy rozwiązanie. I nagle, tak z serca, wszystko puszczam. Z pełną ufnością oddaję się w dobre ręce. Najlepsze.

Tak działa moja metoda „na ogrodnika”: Po owocach poznacie.

Lecę. Jeśli ma to być dobre, to będzie mi dane. A jeśli nie, to widocznie nie miało być dobre. Najwyżej wrócę. Przecież to nie koniec świata. I nagle czuję, jak dosłownie rozlewa się w moim wnętrzu i dociera do każdego koniuszka mojego ciała taki cichy, nienachalny pokój.

Fragment książki Moniki Górskiej: Zaufaj, puść i kochaj.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.