Dzieci za szkłem, tłum przed kasą
Biblioteka Kongresu USA. Stoję nad czarno-białą fotografią z 1901 roku.
Kilkunastu ludzi w eleganckich kapeluszach i kobiety w długich sukniach pozują przed budynkiem.
Nad nimi wielki napis: „Infant Incubators”. A poniżej, jeszcze dosadniej: „Infant incubators with living babies”.
Z żywymi dziećmi.
To ostatnie słowo uderza mnie najmocniej. Jakby trzeba było doprecyzować, że to nie eksponaty, nie manekiny, nie eksperyment. Że tam, za szkłem, oddychają prawdziwe maleństwa.
Pierwsza myśl jest brutalna: To jest okrutne.
Druga – jeszcze ostrzejsza: On na tym zarabiał.
Martin Couney. „Doktor Inkubator”. Człowiek bez amerykańskiej licencji lekarskiej. Człowiek, wokół którego od początku krążyły niejasności. I ten szyld, który dziś brzmi jak prowokacja.
Patrzę na tę fotografię długo. Czuję sprzeciw. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której kruche wcześniaki stają się częścią jarmarcznej rzeczywistości?
A potem czytam dalej.
I moja narracja zaczyna się rozpadać pod ciężarem własnych uproszczeń.
Czasy, gdy wcześniaki skazywano na śmierć
Był początek XX wieku. Medycyna była dumna z siebie, nowoczesna, pewna. Ale jednocześnie przesiąknięta czymś, co dziś mrozi krew w żyłach – eugeniką.
Wcześniaki? Weaklings. Słabe ogniwa. Błąd natury.
Po co ratować tych, którzy i tak – jak mówiono – przekażą dalej swoje wady, deformacje i przywary?
W medycznych czasopismach padały pytania, czy warto w ogóle podejmować wysiłek, by utrzymać je przy życiu. W przestrzeni publicznej krążyły hasła w rodzaju: „Zabijcie wadliwych, ocalcie naród”.
Dziś brzmi to jak koszmar. Wtedy było częścią poważnej debaty.
Szpitale nie chciały przyjmować takich dzieci. Opieka nad nimi była droga, skomplikowana, uznawana za niepotrzebną fanaberię. Wysoka śmiertelność wcześniaków sprawiała, że temat po prostu przemilczano.
I w tym świecie pojawił się on.
Urodzony najpewniej jako Michael Cohn – albo Cohen – w 1869 roku. Być może w Krotoszynie. Być może we Wrocławiu. Z pochodzenia polski Żyd.
Człowiek bez dyplomu przeciwko systemowi
Cohen dużo podróżował - wpierw był Paryż. Środowisko lekarzy i położników, którzy próbowali zrozumieć, dlaczego tyle wcześniaków umiera w pierwszych dniach życia. Potem Berlin: wielkie wystawy przemysłowe, gdzie najnowsze wynalazki ustawiano w rzędzie jako obietnicę lepszej przyszłości.
I inkubatory, początkowo urządzenia podpatrzone u hodowców drobiu, prezentowane tłumom jak cud techniki, jak znak, że nauka potrafi przechytrzyć śmierć.
Na to wszystko patrzył Cohen, uczeń Pierre’a Budina, ojca nowoczesnej medycyny okołoporodowej. A przynajmniej tak twierdził.
Wokół jego wykształcenia do dziś jest więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Nie ma twardych dowodów, że ukończył studia medyczne. Zmieniał szczegóły swojego życiorysu. Budował wokół siebie aurę tajemnicy.
Ale jedno jest pewne.
Kiedy inni odwracali wzrok, on patrzył na te dzieci i widział w nich nie „defekt”, lecz ludzi.
Lunapark zamiast szpitala
Jego „Infantorium” na Coney Island działało przez czterdzieści lat. Między strzelnicą a karuzelą stał oddział, który bardziej przypominał mały, sterylny szpital niż jarmarczną atrakcję.
Inkubatory miały stalowe ściany i przeszklony front. Ciepłe powietrze przepływało przez system rur zasilanych wodą z bojlerów. Były termostaty, filtry z wełny nasączonej antyseptykiem. Dbałość o higienę była obsesyjna. Personel – wykwalifikowane pielęgniarki, mieszkające na miejscu.
Rodzice nie płacili ani centa.
To publiczność płaciła za wstęp. Z tych pieniędzy opłacano sprzęt, pielęgniarki, podróże, wszystko, co pozwalało tym maleńkim sercom bić dalej.
Brzmi cynicznie? Może.
Ale alternatywą było… nic.
Człowiek przeciw okrucieństwu eugeniki
W 1903 roku opieka nad jednym wcześniakiem kosztowała 15 dolarów – ogromne pieniądze. Couney finansował to z biletów. Kiedy lunapark zamykał sezon, próbował przekazać inkubatory szpitalom. Odmawiano mu. Uważano to za fanaberię, niepotrzebny luksus.
A on trwał.
Kąpał dzieci w letniej wodzie. Dbał o karmienie piersią. Zabraniał mamkom palić i pić alkoholu. Zachęcał pielęgniarki, by brały niemowlęta na ręce, tuliły je przy publiczności. Wierzył, że dotyk ma znaczenie.
W 1907 roku w jednym z jego inkubatorów leżała przez trzy miesiące jego własna córka, Hildegarde. Urodzona sześć tygodni za wcześnie. Ważyła 1,4 kilograma.
Nie ratował więc „obcych przypadków”. Ratował także swoje dziecko.
Oskarżony o cynizm i zarabianie na niemowlętach
Krytykowano go bezlitośnie. „The Lancet” pisał o nieuczciwym sposobie zarabiania pieniędzy. Obrońcy praw dzieci mówili o uprzedmiotowieniu niemowląt. Po pożarze Coney Island w 1911 roku jego reputacja znów zawisła na włosku.
W 1934 roku zorganizował spotkanie tych, których kiedyś trzymał w inkubatorach. Dziesiątki młodych ludzi wróciły jako zdrowe, silne osoby. Żywe dowody na to, że „błąd natury” potrafi dorosnąć, kochać, pracować, mieć własne dzieci.
Szacuje się, że z około ośmiu tysięcy powierzonych mu wcześniaków uratował ponad sześć i pół tysiąca.

Finał historii? Nie…
Dziś inkubatory są standardem w każdym szpitalu. Neonatologia jest osobną, szanowaną dziedziną medycyny. W 1939 roku powstał w Nowym Jorku pierwszy szpitalny oddział wcześniaczy. W roku śmierci Couneya – 1950 – inkubatory były już częścią systemu opieki zdrowotnej.
To, co kiedyś stało między budką z zakąskami a pokazem osobliwości, stało się normą.
Kiedy wracam myślą do tych zdjęć z Coney Island, czuję coś innego niż na początku.
Już nie oburzenie.
Raczej wstyd, że tak łatwo oceniłam.
Tak, zarabiał. Tak, korzystał z mechanizmu widowiska. Ale robił to w świecie, który tych dzieci nie chciał. W świecie, który poważnie rozważał, czy ich życie w ogóle ma sens.
I to jest dla mnie sedno tej historii.
Każde ludzkie życie jest warte ocalenia. Nie dlatego, że rokuje. Nie dlatego, że będzie „produktywne”. Nie dlatego, że spełni czyjeś kryteria jakości.
Po prostu dlatego, że jest.
Eugenika w białych rękawiczkach
Z przerażeniem myślę, że powoli wracają czasy eugeniki. W Kanadzie już teraz otwarcie doradza się ludziom "nieproduktywnym", "bezwartościowym" - z depresją, z niepełnosprawnościami, że najlepiej jakby nie żyli.
Zabija się dzieci z możliwymi "defektami" –prenatalnie, aborcją, albo – co teraz proponuje się też w Kanadzie. Po urodzeniu.
Dzieci narodzone żywo po nieudanej aborcji też zostawia się same sobie by zmarły.
Historia zatacza koło.
A "wystawy żywych niemowląt" też wracają.
W postaci filmów na Tik Toku, gdzie rodziny osób z niepełnosprawnościami wygłupiają się z nimi by zarobić na sprzęt rehabilitacyjny, godne warunki mieszkaniowe, których nie są w stanie uzyskać inaczej.
Nie jesteśmy lepsi. Jesteśmy inni. Ale czasem boję się, że równie okrutni.
Nota biograficzna
Martin Arthur Couney (ur. 1869 lub 1870, zm. 1950), znany jako „Doktor Inkubator”, był pionierem opieki nad wcześniakami w Stanach Zjednoczonych. Urodził się jako Michael Cohn (Cohen) w rodzinie prawdopodobnie polskich Żydów – według różnych źródeł w Krotoszynie lub we Wrocławiu. Przez cztery dekady prowadził w USA wystawy inkubatorów z wcześniakami, finansując w ten sposób ich leczenie w czasach, gdy szpitale odmawiały im opieki. Szacuje się, że uratował życie ponad 6 500 dzieci. Dziś uznawany jest za jednego z prekursorów nowoczesnej neonatologii.










