separateurCreated with Sketch.

Byliśmy na „Najświętszym Sercu”, piszemy czy warto iść do kina

Premiera "Najświętszego Serca"

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Tomasz Rowiński - publikacja 03.03.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Minęło już nieco dni od polskiej premiery „Najświętszego Serca”, filmu który zrobił furorę we francuskich kinach, gdzie nikt się nie spodziewał takiego sukcesu. Jako korespondent Aletei miałem okazję widzieć go nieco wcześniej, ale potrzebowałem tego czasu, by go „przeżuć” i coś o nim napisać.

Zanim jednak zanotuję tych kilka słów o wrażeniach, przemyśleniach i odczuciach chciałbym przypomnieć o jakim dziele tu mowa. 

O czym jest film?

Film w reżyserii Sabriny i Stevena Gunnell to opowieść o objawieniach Pana Jezusa, których doświadczyła św. Małgorzata Maria Alacoque w XVII wieku w Paray-le-Monial. Łączy on elementy dokumentu z fabułą, pokazuje historyczne wydarzenia obok współczesnych świadectw osób zmagających się z samotnością, zmęczeniem i brakiem sensu życia, które odnalazły nadzieję w nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusowego, które ukazane zostało Małgorzacie. 

Sukces we Francji

We Francji produkcja przyciągnęła setki tysięcy widzów – około 475-500 tys. osób już w pierwszym okresie jego publicznej prezentacji. Tam gdzie go wyświetlano ustawiały się kolejki do kin, ludzie pielgrzymowali aby go zobaczyć, a nawet pojawiały się próby utrudniania jego popularyzacji ze strony środowisk antyreligijnych.

Film ten trafił do Polski za sprawą jednego z najprężniej działających w naszym kraju wydawnictw katolickich, czyli Rafaela.

Czy warto iść do kina?

Od razu odpowiedzmy sobie na pytanie czy warto iść na ten film. Jeśli tylko ma się w sobie choć odrobinę pragnienia, by zobaczyć film religijny, to tak. Jeśli nosi się choć niewielki okruch duchowej tęsknoty za świadectwami działania Bożej miłości, to także. Jeśli szuka się doświadczenia, które może stać się furtką do bliższego poznania Pana Jezusa, to bez wątpienia też. 

Nie jest to jednak automat do przywracania wiary. To solidna produkcja, która może pomóc działać łasce Bożej. Sceptyczni nastolatkowie nie wyjdą z kina przemienieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale może nieco obojętny religijnie mąż zostanie dotknięty tym obrazem. Pewnie bardziej i prędzej poruszy on żonę, ponieważ film będzie trafiał raczej do tych odbiorców o tkliwych i uczuciowych sercach. Można zatem powiedzieć, że lepiej pójść obejrzeć „Najświętsze Serce”, bo kto wie co się w czasie jego seansu może wydarzyć. W końcu największą zaletą tego obrazu jest to właśnie, że Pan Jezus jest w jego centrum.

Fenomen popularności

To zresztą jest także, jak sądzę, przyczyną jego popularności – skupienie na tym, co najważniejsze. Poza tym warto pewnie zapytać ile we Francji powstaje takich filmów – mam na myśli katolickie filmy religijne – które prezentują poziom solidnego rzemiosła? Z pewnością mniej niż w Polsce. Z pewnością film Sabriny i Stevena Gunnell, a jeszcze bardziej jego popularność jest świadectwem wielkich duchowych pragnień, jakie wciąż żyją we francuskiej duszy. I to jest znak nie do zlekceważenia, podobnie jak religijne przebudzenie, ta “mała wiosna”, którą oglądamy statystykach życia religijnego w kraju nad Sekwaną.

Czy film będzie tak samo popularny w Polsce jak we Francji? Gdy piszę te słowa obejrzało go około 80 tys. osób. Do pół miliona jeszcze daleko, a i oferta filmu religijnego w naszym kraju jest większa. Jednak kto wie. Jest coś przyciągającego w tym dziele – i nie myślę tylko o dość powszechnej w Polsce atrakcyjności francuskiej kultury. Właściwie powinienem napisać, że to Ktoś jest w tym filmie pociągający. To Pan Jezus ze swoim Sercem gorejącym z miłości do ludzi.

Paray-le-Monial

Kult Najświętszego Serca Jezusowego szybko się w Polsce zakorzenił i nigdy nie zanikł. Wciąż jest żywy. Wielu Polaków odwiedza też współcześnie Paray-le-Monial, francuskie wspólnoty religijne – takie jak Emmanuel – mają swój głos i duchowy autorytet dla wielu katolików nad Wisłą. To wszystko sprawia, że także potencjalna publiczność filmu nie musi być wcale mała. I ona też pewnie zagłosuje nogami za „Najświętszym Sercem”. A może bardziej nawet niż za filmem to za Panem Jezusem, który bez wątpienia jest prawdziwym bohaterem dzieła państwa Gunnell. 

Czy przyjdzie jeszcze ktoś? Ktoś zagubiony lub poszukujący, ktoś nie znający Boga lub mający z nim trudną relację? Takich ludzie przecież są i w Polsce miliony. Tego nie wiemy, to może dopiero się objawi to w świadectwach z życia, w szeptanych recenzjach jakie zaczną krążyć między ludźmi. Jedno jest jednak pewne, trzeba próbować dotrzeć do dusz z dobrą nowiną o miłości naszego Pana na wszelkie możliwe godziwe sposoby. I film to dobry sposób. Bez takich prób na pewno nikt nie przyjdzie – do kina, do kościoła, na msze, po sakramenty, po zbawczą miłość. A zatem oby i z tej Bożej próby wyrosły najsłodsze owoce.

Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? Rz 10, 14-17.

Najświętsze Serce, reż. Sabrina i Steven Gunnell, Francja 2025.

Zobacz trailer filmu:

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.