Były to czasy wojny w Wietnamie, moralnego zamętu, francuskiego maja ’68 i hasła „zabronione jest zabraniać”. Kampusy studenckie kipiały gniewem, różnymi ideologiami, eksperymentami z marihuaną i pogardą dla tradycji. Kościół – przynajmniej po ludzku patrząc – nie miał wielkich powodów, by spodziewać się z tej gleby nowych powołań.
A jednak właśnie tam zaczęła się historia, która dziś nazywa się: opactwo benedyktynów Clear Creek Abbey.
Broszura w skrzynce i trzej profesorowie
Jednym z tych studentów był 18-letni Philip Anderson. Pewnego dnia do jego domu trafiła broszura zapowiadająca seminarium z „Wielkich Ksiąg”. Niby zwykła ulotka, a jednak – jak sam później przyznawał – coś go do niej przyciągnęło.
Program Pearson Integrated Humanities nie był standardowym kursem. Trzej profesorowie – John Senior, Frank Nelick i Denis Quinn – nie karmili studentów sloganami. Dali im Homera, św. Augustyna, Dantego. Uczyli zachwytu nad prawdą, dobrem i pięknem, a nie nad rewolucją.
Podczas jednej z dyskusji do sali wpadł rozwścieczony młody człowiek, krzycząc: „Precz z faszystami!”. Spodziewał się rewolucji. Tymczasem odpowiwedziała mu cisza. Profesorowie zachowali spokój. Intruz wyszedł zawstydzony.
Wielu studentów przeszło wtedy na katolicyzm. A około dziesięciu z nich zaczęło odczuwać coś jeszcze: powołanie do życia głębią wiary.
Francja: 25 lat próby
Kandydaci trafili do Francji, do tętniącego życiem opactwa Notre-Dame de Fontgombault, należącego do kongregacji Solesmes. Tam mieli rozeznać, czy rzeczywiście są gotowi na życie według Reguły św. Benedykta.

Łatwo nie było. Surowa asceza. Milczenie. Studium filozofii i teologii. I język francuski, z którego… nie znali ani słowa!
Gęste mgły nad Loarą, przenikliwe zimno i codzienność zupełnie inna niż ta z Kansas. Anderson po latach mówił, że każdy dzień był „cudem Bożym”. Bo po ludzku wszystko wskazywało na szybki powrót do domu.
Nie wrócili. Zostali 25 lat. Dojrzewali. Umacniali się w powołaniu. Marzenie o fundacji w Ameryce czekało na realizację

Ranczo, skunks i McDonald’s
W latach 90. rozpoczęły się poszukiwania miejsca w Stanach Zjednoczonych na założenie klasztoru. Mnisi przemierzyli niemal cały kraj. Bywały sceny jak z westernu: grupa czarnych habitów w McDonald’s, długo wybierająca posiłek i prosząca o sztućce do hamburgerów (opat z Francji nie jadał rękami).
W końcu znaleźli ranczo nad strumieniem Clear Creek, w diecezji Tulsa, w stanie Oklahoma. Hulbert – mała miejscowość w hrabstwie Cherokee, wśród wzgórz Ozark.
Początki były surowe. Drewniana chata z bali, stodoła i stajnia po koniach. Boksy zamieniono na cele. Stodołę – na kaplicę. Mnisi karczowali teren, kopali rowy, wznosili pierwsze budynki.
A przy tym – uczyli się pokory. Okolica roiła się od skunksów. Jeden z braci, spryskany przez rozdrażone zwierzę, próbował się oczyścić, ale zapach towarzyszył mu jeszcze długo podczas Liturgii Godzin. „Myślę, że powinieneś się przebrać” – usłyszał od współbrata. „Najgorsze jest to, że już to zrobiłem” – odpowiedział.
Różaniec i kamień
W 1999 roku powstał przeorat Matki Bożej w Clear Creek. W 2010 wspólnota została podniesiona do rangi opactwa, a ojciec Philip Anderson – dawny student z Kansas – został pierwszym opatem.

Kościół w stylu romańskim wznoszono etapami. Kamień po kamieniu. Most nad Little Clear Creek. Krypta. Skrzydła mieszkalne. Ostateczne prace ukończono w 2014 roku, a kolejne budynki – już w następnych latach.
Dziś opactwo może pomieścić około 60 mnichów. I – wbrew ogólnoświatowym statystykom – przyciąga kolejne powołania.
Źródlo: eldebate.com, Centinela, Clear Creek Abbey





![Gdyby nie „Dzienniczek” św. s. Faustyny nie zostałby księdzem [ŚWIADECTWO POWOŁANIA]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/04/czytajac-dzienniczek.jpg?resize=75,75&q=25)




