Dziewięcioletni Józef odchodził otoczony modlitwą. W domu codziennie odprawiano Msze Święte, przy jego łóżku odmawiano różaniec, a on sam – mimo ogromnego cierpienia – modlił się za innych. Jego krótkie życie pozostawiło ślad w sercach wielu ludzi.
Krótkie życie, które pozostawiło światło
Kilkanaście lat temu wśród swoich najbliższych odszedł mały, dziewięcioletni Józinek. Miesiąc po jego śmierci rodzice opisali czas jego choroby i odchodzenia w liście do zaprzyjaźnionego z nimi księdza arcybiskupa Józefa.
To właśnie on kiedyś napisał do nich w liście: „Jak będzie syn, to powinien być Józef”.
List, z którego pochodzi poniższy fragment, został datowany na wigilię świętego Józefa w 2013 roku. Rodzice podzielili się w nim świadectwem niezwykłej drogi wiary swojego dziecka. Oddajmy głos rodzicom:

Doświadczyliśmy wielkiej miłości Kościoła
Jak już Ksiądz Arcybiskup wie, ostatnie lata to dla naszej rodziny okres walki z chorobą Józia, jego umieranie i w końcu śmierć. Przez ten czas – obok cierpienia – doświadczyliśmy także wielkiej miłości Kościoła i Pana Boga.
Święty Józef był Józinkowi dobrym patronem nie tylko przy śmierci, ale przez całe życie, a szczególnie w okresie choroby i bólu. Bo Józinek nie przypadkiem otrzymał na chrzcie świętym imiona Józef Maria.
Chrzest przyjął na Jasnej Górze, wczesną komunię świętą w parafii na Wildzie, a bierzmowanie – w obliczu zagrożenia życia – w szpitalu. Te sakramenty dały mu wiarę i siłę.
Przez ten czas, tak jak słabły jego siły fizyczne, tak rosły jego wiara i duch. W ostatnich miesiącach i tygodniach sensem jego życia stała się modlitwa.

Józinek, otoczony modlitwą
Sam modlił się regularnie – szczególnie korzystając z koronki do Bożego miłosierdzia i z różańca. Bardzo często odmawiał także modlitwy do anioła stróża i do św. Michała Archanioła, a także litanię do świętego Józefa.
Ale podtrzymywała go nie tylko własna modlitwa.
Przez wszystkie te miesiące w niezwykły sposób towarzyszyła mu także modlitwa innych. Ci, którzy modlili się za Józinka, spotykali się na mszach świętych, zwoływali kolejne nowenny w jego intencji, umawiali się na różaniec przy jego łóżku. Niektórzy szli też w jego intencji z pielgrzymką.
W ostatnich dwóch miesiącach życia Józia w naszym domu codziennie odprawiana była msza święta. Odprawiali ją najróżniejsi księża i zakonnicy – czasem nawet nam wcześniej nieznani, a później już wszyscy równie bliscy.
Józinek mógł dzięki temu codziennie korzystać z łaski Mszy Świętej i z komunii świętej. Podczas tych Mszy modlił się przede wszystkim za chorych i cierpiących, za grzeszników, niewierzących oraz za kapłanów.

Odejście w czasie różańca
Odszedł do nieba w niedzielę, tuż po Mszy Świętej, około południa, gdy odmawialiśmy przy nim różaniec.
Ostatni raz westchnął w chwili, gdy odmawialiśmy piątą tajemnicę bolesną – śmierć Pana Jezusa na krzyżu. Chwilę wcześniej dopaliła się jego gromnica.
Pozostaliśmy z pewnością w sercu, że króciutkie życie naszego synka nie zostało przerwane, ale właśnie się wypełniło.

Pomóż mi być dobrym zuchem
Na pogrzebie Józia w Wierzenicy zgromadziło się wielu ludzi, którzy poznali go w czasie choroby. Wśród nich była także liczna grupa dzieci i młodzieży – harcerzy i zuchów.
Niektórzy z nich wcześniej śpiewali przy jego łóżku piosenkę, którą bardzo lubił i którą sam często nucił w czasie choroby: „Pomóż mi być dobrym zuchem”.
Od jednej z pielęgniarek otrzymał nawet znaczek zucha, który przypiął do oparcia swojego łóżka.
Oczy to nic…
W czasie Bożego Narodzenia Józio stracił wzrok w związku z postępem choroby. Tłumaczyliśmy zmartwionemu, że istnieje większe i ważniejsze światło niż to słoneczne, którego już nie widzi. Że jest światło, które rozjaśnia wszystkie ciemności i dzięki któremu można zobaczyć więcej – dużo więcej.
Józio skinął główką i obiecał wypatrywać tego światła oraz pobiec za nim, gdy tylko je zobaczy. Po chwili wyszeptał: „Oczy to nic… najważniejsze, żeby nie oślepło mi serduszko”. I rzeczywiście – jego serce widziało dużo więcej.
Nigdy nie skarżył się na to, co go spotkało. Nie pytał: dlaczego. Pewnego dnia powiedział, że „cierpi po to, aby inni mogli się zbawić”. Gdy ból stawał się nie do zniesienia, wołał cichutko: „Boże, pomóż”.
Mówił też po swojemu, że Pan Bóg nigdy nie daje większego cierpienia, niż można unieść. A gdy ból nie ustępował – że jeśli Pan Bóg daje cierpienie, to daje także siłę, aby je nieść”.

W niebie może zrobić jeszcze więcej
Po śmierci Józinka ojcowie benedyktyni powiedzieli nam, że teraz nie można dawać Józinkowi spokoju – bo tam, w niebie, może zrobić jeszcze więcej.
Pierwsza okazja pojawiła się podczas pielgrzymki do sanktuarium św. Józefa z Poznania. Wielu młodych rozpoczęło ją spod kapliczki św. Józefa przy naszym domu, którą wybudowaliśmy na samym początku choroby.
Niektórzy z tych młodych modlili się wcześniej za Józia w dwudziestoczterogodzinnym różańcu przez wiele dni, a nawet tygodni. My także poszliśmy w tej pielgrzymce.
Już nie po to, by prosić – jak dawniej – o zdrowie dla Józia, ale aby prosić świętego Józefa, a trochę i po cichu także samego Józia, o potrzebne wszystkim łaski.
Gdyby aniołowie mogli zazdrościć…
Na Mszy Świętej przy trumnie małego Józefa Marii ksiądz Marcin Węcławski – który kilka lat wcześniej udzielił mu wczesnej komunii świętej podczas Mszy Świętej w rycie trydenckim, a później także bierzmowania – przywołał w kazaniu słowa świętej Faustyny Kowalskiej:
„Gdyby aniołowie mogli nam zazdrościć, zazdrościliby dwóch rzeczy: cierpienia i Komunii świętej”. Kapłan dodał wtedy:
„Józio – dzięki decyzji świętego papieża Piusa X sprzed ponad stu lat – przez niemal trzy lata przyjmował komunię świętą, zawsze z wielką wiarą i pobożnością.
Chciałbym tu dodać, z całą odpowiedzialnością za to, co teraz wypowiadam: jestem głęboko przekonany, że Józio w swoim życiu nigdy nie popełnił grzechu śmiertelnego.
Bierzmowany wcześniej – za zgodą księdza biskupa Grzegorza Balcerka – umocniony przez sakrament bierzmowania, żyjąc krótko, przeżył czasów wiele.
Ofiarowywał swoje cierpienia za Ojca Świętego i za kapłanów.
Choć w jego sercu było pragnienie kapłaństwa i nie było mu dane kapłaństwo sakramentalne, to kapłaństwo polegające na włączeniu się w ofiarę Chrystusa – wypełnił. Zdał egzamin życiowy na najwyższą ocenę”.

Milczenie przed Bogiem
W dalszej części kazania ksiądz Węcławski wyjaśnił, że wolą rodziców było, aby Msza Święta pogrzebowa została odprawiona – jak mówił papież Benedykt XVI – w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.
Jest to forma liturgii, w której od ponad tysiąc pięćset lat sprawowana jest Msza Święta w Kościele rzymskokatolickim. Jej głębia polega na tym, że zarówno wierni, jak i kapłan zwracają się wspólnie ku Bogu. Najważniejsza część mszy – kanon, modlitwa eucharystyczna i słowa konsekracji – wypowiadane są w ciszy.
A właściwie w czymś więcej niż cisza. W milczeniu. Milczenie to trwanie przed obliczem wszechmogącego Boga.
W tym milczeniu jest coś z doświadczenia, które znamy także z modlitwy: prosimy Boga w różnych sprawach, a nie wszystko spełnia się tak, jak sobie wyobrażamy.
To milczenie Boga – mówił kaznodzieja – jest wyrazem Jego nieskończonej miłości i mądrości. Boga, który wszystko wie i wszystko widzi.
Boga, który wyznacza nam na ziemi określony czas i który w słowie Bożym przypomina, że nasze życie jest pielgrzymką.
Nasze życie nie jest celem samym w sobie. Celem jest niebo. Życie na ziemi jest próbą i przygotowaniem do niego. Po grzechu pierworodnym na świat weszły cierpienie i śmierć.
Ale przez Chrystusa cierpienie i śmierć otrzymały sens i wartość. To przez cierpienie i śmierć Chrystus zbawił świat. A przez cierpienie – mówił kapłan – człowiek może dojść do świętości i przyczyniać się do zbawienia świata.



![„Umarłem 5 marca 1994 roku”. To, co przyszło później, zmieniło wszystko. [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/04/Philippe-Croizon-et-Suzana.jpg?resize=75,75&q=25)






