separateurCreated with Sketch.

Chciałem to Triduum przeżyć po swojemu. Wyszło inaczej

Smutny, cierpiący mężczyzna siedzi na łóżku i zakrywa swoją twarz
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Dariusz Dudek - publikacja 01.04.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Miałem bardzo ambitne plany na to Triduum: post o jednym posiłku w piątek i sobotę, codzienna liturgia godzin, codzienna adoracja minimum godzinę i udział we wszystkich liturgiach. Wyszło inaczej.

Kocham Wielkanoc, a tym samym Triduum Paschalne. Staram się je zawsze przeżyć najlepiej, jak umiem. Ale pewnego roku postanowiłem przejść je radykalnie: post o jednym posiłku tak w piątek, jak i sobotę, codzienna adoracja przez godzinę, w Wielki Czwartek jeszcze czuwanie od 23:00 do północy. Udział we wszystkich celebracjach. Ba! Nie tylko udział, ale i czynne zaangażowanie w chórze. 

Mój ambitny plan zaczął się sypać w okolicach Wielkiego Wtorku. Zaczęło się niewinne: ot, niewielki ból pod kolanem. Trochę trudno było mi chodzić, ale to wszystko. W Wielką Środę już tylko kulałem. W Wielki Czwartek nie mogłem chodzić bez bólu, siedzieć bez bólu, ani stać bez bólu – wszelki ruch nogą powodawał cierpienie. 

Nie ja wybieram cierpienie

Tuż na zgięciu za kolanem wyrósł mi jakiś uwierający guzek, który szybko rosnął. Miałem nadzieję, że odkażenie i maść wystarczą. Liturgię Wielkiego Czwartku jakoś przetrwałem – stanie wchodziło jeszcze w grę, ale czuwanie? Nie było na mowy!

W Wielki Piątek postanowiłem jednak trwać w poście o jednym posiłku. Miałem nadzieję na lekarza, ale już nie było terminów przed Świętami! Wielki Piątek był dla mnie naprawdę dniem cierpienia. Nie było to jednak to cierpienie, które sam wybrałem, ale to, które po prostu mnie dopadło. Jakoś przetrwałem liturgię – mimo gorączki, która zdążyła mnie złapać. 

W Wielką Sobotę obudziłem się ledwo żywy: zawroty głowy, głód, niemiłoierny ból opuchniętej nogi, a przede mną: śpiewanie porannej jutrzni, do czego się zgłosiłem. Doczłapałem do kuchni i rzuciłem się na paczkę ciastek – to tyle jeśli chodzi o mój post sobotni. W szafce znalazłem silne środki przeciwbólowe i jakoś dałem radę przeżyć całą Wielką Sobotę razem z Wigilią Paschalną.

Rzeczywiście przeżywałem to Triduum i to ledwo!

Cud zmartwychwstania

Kocham poranki Wielkanocne, ale ten był straszny. Dlaczego od razu nie pojechałem na SOR? Bo chciałem współcierpieć z Jezusem? Wzniosłe, czyż nie? Ale to nie był powód. Po śniadaniu wielkanocnym postanowiłem, że muszę się położyć, ale jak wstanę ruszam do szpitala.

Padłem na łóżko. Zasnąłem. Obudziłem się po jakiejś godzinie i nie czułem bólu. Ani gorączki. Dotknąłem ciała za kolanem… Guzka nie było. Nieprzyjemna zmiana pękła! Ból minął!

Wstałem jak nowonarodzony! Reszta Wielkiej Niedzieli i Poniedziałku Wielkanocnego były już po prostu cudowne. Po Świętach mogłem już na spokojnie wybrać się do lekarza i załatwić sprawę do końca.

Morał?

Jaki morał płynie z tej historii?

Czasami nie warto sobie szukać cierpienia, stawiać wysokich wymagań, dokładać sobie wyzwań, by być bliżej Jezusa – według swojej własnej miary, oczywiście. Życie ma dla nas tyle niespodzianek, że lepiej przyjać to, co jest.

I nie ma co czekać z tabletką przeciwbólową i wizytą w szpitalu. To, że mamy to pod ręką też jest łaską, a tych nie wolno marnować.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.