Pisze Jeanne Larghero.
Mądrość starożytnej Grecji miała tylko jeden cel: nauczyć nas, jak pogodzić się ze śmiercią . Skoro musimy żyć, to przynajmniej żyjmy dobrze. Unikajmy zatem lęku przed własną śmiercią, przytłoczenia śmiercią bliskich i zgorszenia samą myślą, że życie może się skończyć. Kilka szkół myślenia okazało się skutecznych w tym względzie.
Epikur uważał, że śmierć jest niczym: niczym dla ciebie, który żyjesz, i niczym dla ciebie, gdy umrzesz, ponieważ… będziesz całkowicie martwy. Szkoła stoicka namawia do nauki znoszenia tego, czego nie da się uniknąć, uznając, że wszystkie pozornie nieprzyjemne zdarzenia egzystencji układają się w bardzo przemyślany, ogólny porządek: deszcz psuje wakacje, ale jest pożyteczną koniecznością klimatyczną; choroba i śmierć nas smucą, ale pożytecznie przyczyniają się do kontroli populacji.
Co więcej, te szkoły filozoficzne nie są zwykłymi teoriami, gdyż służą wręcz do określenia pewnej cechy charakteru: o wujku Bidule powiemy, że jest epikurejczykiem, a o cioci Machine, że jest stoiczką… Krótko mówiąc, nie myślmy o śmierci lub ją znośmy, a to zapewni nam akceptowalny sposób życia.
Absolutny skandal
Ostatnie kilka dni, miniony tydzień spędzony na towarzyszeniu człowiekowi zmierzającemu ku śmierci, podążając za Żydem z Nazaretu o imieniu Jezus, młodym rabinem, któremu pisana jest świetlana polityczna przyszłość, straconym jak przestępca na oczach przerażonych rodzin i przyjaciół, wciąga nas w świat, który już nigdy nie będzie taki sam. Przestańmy szukać wymówek dla śmierci, nie próbujmy nadawać sensu temu, co go nie ma, nie zamęczajmy się próbami oswojenia się z tym, co boli. Przestańmy sprzeciwiać się naszej najgłębszej intuicji, że śmierć, nasza i cudza, jest i zawsze pozostanie absolutnym skandalem.
Chrystus pogrążył się w śmierci, wiedział co to znaczy być potępionym przez przyjaciela, porzuconym przez ludzi, których kochasz, maltretowanym aż do ostatniego tchnienia.
Chrystus nie przyszedł, by nam tłumaczyć śmierć, by nas uspokajać o naszej własnej, ani przekonywać, że łzy to strata czasu i energii, z tą myślą, że po tej nieprzyjemnej chwili wszystko będzie lepiej. Zanurzył się w śmierć; wiedział, co to znaczy być zdradzonym przez przyjaciela, porzuconym przez bliskich i maltretowanym do ostatniego tchnienia. Czy chciał nam powiedzieć, że śmierć jest niczym? Nie. Poza tym Jezus przebywał w śmierci przez trzy dni; jego ciało pozostawało w grobie aż do trzeciego dnia.
Doświadczenie Wielkiej Soboty
Tak więc ta Wielka Sobota, poprzedzająca Zmartwychwstanie, ten dzień, w którym czas i przestrzeń zdają się zawieszone, jakby opuszczone przez Stwórcę, zanurza nas w radykalnym i wyjątkowym doświadczeniu. Doświadczamy absolutnej katastrofy, jaką jest śmierć dla nas wszystkich, którzy zostaliśmy stworzeni do życia i do życia szczęśliwego. A jednak oddychamy już innym powietrzem – życiem wiecznym, otwartym przez Zmartwychwstanie Jezusa. To życie wieczne, które płynie już w żyłach ochrzczonych, nie jest kojącym znieczuleniem, nie jest dziecięcą bajką, mającą uśpić nasze wieczorne lęki. To zmartwychwstałe życie, przygotowywane w Wielką Sobotę z głębi ziemi i historii, w którą Jezus wkroczył przed porankiem wielkanocnym, jest już tutaj… ale jeszcze nie teraz.
Wykorzystajmy ciszę przed Wielkanocą, by uchwycić się tej prawdy: śmierć jest powodem do płaczu i potrzeba czasu, abyśmy zapłakali. Skoro Jezus nie zmartwychwstał w mgnieniu oka, ledwo zstępując z krzyża, to miało ku temu powód. Ale wiemy, że odtąd jesteśmy zbawieni od śmierci i nic nie może nas pogrążyć w rozpaczy.







![Bóg angażuje się w nasze życie [Nowenna przed Zesłaniem]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/05/NOWENNA-DUCH-1.jpg?resize=75,75&q=25)

