separateurCreated with Sketch.

Gdyby nie „Dzienniczek” św. s. Faustyny nie zostałby księdzem [ŚWIADECTWO POWOŁANIA]

Osoba ubrana w czarny strój trzyma Dzienniczek św. Faustyny
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
o. Michał Wielgus CSsR - publikacja 12.04.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
O. Michał Wielgus CSsR myślał o życiu małżeńskim. Lektura „Dzienniczka” pozwoliła mu wybrać inną drogę.

Chciałbym podzielić się z wami kawałkiem mojej drogi. Nie jako ktoś, kto wszystko zrozumiał i poukładał, ale jako ktoś, kto został poprowadzony. Bo jeśli mam powiedzieć jednym zdaniem, czym jest powołanie, to powiem wprost: to nie ja wybrałem. To ja zostałem wybrany.

Zachwyt nad „Dzienniczkiem”

Od początku mocno trzymają mnie słowa z Ewangelii: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem”. I naprawdę w to wierzę. Bo patrząc na swoje życie, nie widzę planu, który sam sobie ułożyłem i konsekwentnie realizowałem. Widzę raczej drogę, na której Bóg mnie znajdował – czasem bardzo dyskretnie.

Pierwszy ważny moment? Liceum. Pierwsza klasa. Nowe środowisko, nowi ludzie, nowe relacje. I wtedy poznaję koleżankę, która zaczyna mi opowiadać o „Dzienniczku” św. Faustyny Kowalskiej. Pamiętam jej zachwyt. Mówiła o tym, że najbardziej porusza ją to, że Faustyna wszystko chce przeżywać zgodnie z wolą Bożą.

o. Michał Wielgus CSsR
o. Michał Wielgus CSsR

I coś się wtedy wydarzyło. Ten zachwyt jakoś przeszedł na mnie.

Znalazłem gdzieś stary egzemplarz tego Dzienniczka – jeszcze podpisany jako sługi Bożej. Zacząłem czytać. Powoli, dzień po dniu. To nie była łatwa lektura, zwłaszcza dla chłopaka z pierwszej klasy liceum. Ale jednocześnie była czymś więcej niż książką. Była towarzyszem.

Wracałem do niej w trudnych momentach. Szukałem tam odpowiedzi. Światła. Kierunku.

Rozwalało mnie to od środka

I to, co mnie wtedy – i do dziś – najbardziej uderza, to relacja. Jak bardzo blisko może być człowiek z Bogiem. Jak bardzo konkretna może być ta więź. To już nie był dla mnie tylko „Bóg gdzieś tam”. To był Jezus, który mówi: „Nie martw się o nic, Ja się tobą zajmę”. Jezus, który mówi: „Serce mojego serca”.

To mnie rozwalało od środka.

Minęły lata. Matura, studia. Dzienniczek dalej był gdzieś obok mnie. Ale jednocześnie – i mówię to szczerze – myślałem o życiu małżeńskim. To była dla mnie realna droga. Naturalna.

I nagle przychodzi moment, którego się nie planuje.

„Ty pójdziesz do klasztoru”.

Pamiętam jedną sytuację. Miałem wtedy 27 lat. Rozmawiałem z pewnym augustianinem, w gronie znajomych, w salce parafialnej w Krakowie. I on mnie pyta: „Michał, ile ty masz lat?”. Mówię: „27”. A on na to: „To ty już się nie ożenisz. Ty pójdziesz do klasztoru”.

Wszyscy się uśmiechnęli. Ja też.

A dziś patrzę i myślę: to się stało.

I nie dlatego, że ktoś mi to powiedział. Tylko dlatego, że coś we mnie zaczęło dojrzewać. Coraz mocniej odkrywałem, że może Bóg chce ode mnie czegoś więcej. Albo inaczej – czegoś innego.

Droga walki

I tu chcę powiedzieć bardzo jasno: powołanie to nie jest droga bez walki. W „Dzienniczku” św. Faustyny Kowalskiej jest takie zdanie: „Rozpoczynam dzień walką i kończę go walką”. To jest prawda o życiu.

Jedno uporządkujesz – pojawia się następne. Jedną sprawę rozwiążesz – przychodzi kolejna. I to się nie kończy.

Ale jednocześnie uczysz się zaufania. Takiego prostego. Dziecięcego. Że On się zatroszczy.

Bardzo mnie dotykają słowa, które Faustyna zapisuje: „Nie martw się o nic… Ja się tobą zajmę”. Albo: „Dziś odpoczęło moje serce w Twoim sercu”. Wyobrażacie to sobie? Bóg odpoczywa w sercu człowieka.

Dla mnie to jest coś niewyobrażalnego. A jednocześnie realnego.

Z czasem zacząłem też inaczej patrzeć na Eucharystię. Nie jako obowiązek, tylko jako coś, bez czego nie chcę żyć. I zacząłem rozumieć też ten radykalizm Faustyny – że ona nie chce obrazić Boga nawet najmniejszym grzechem.

Nie ze strachu. Z miłości.

I jeszcze jedno mnie w niej uderza. Kiedy jest najtrudniej – choroba, cierpienie, świadomość, że życie się kończy – ona nie narzeka. Jej słowa stają się jeszcze piękniejsze. Jeszcze bardziej pełne Boga.

Bóg prowadził mnie idąc obok

I wtedy widzę, że powołanie to nie jest droga wygody. To jest droga miłości.

Dziś, patrząc na swoją drogę, widzę jedno: Bóg mnie prowadził krok po kroku. Nie jak GPS – „skręć w lewo, skręć w prawo”. Raczej jak ktoś, kto idzie obok i czasem pozwala iść trochę po omacku.

Ale zawsze jest.

I jeśli miałbym zostawić was z jedną myślą, to tą: powołanie to nie jest najpierw pytanie „co mam robić?”. To jest pytanie „komu ufam?”.

Bo kiedy naprawdę zaufasz – droga zaczyna się odsłaniać.

O. Michał Wielgus CSsR

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.