separateurCreated with Sketch.

Franciszkanin na motocyklu: „Staram się żyć tym, w co wierzę”

p. Niko Žvokelj
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Urška Kolenc - publikacja 13.04.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
O wierze przeżywanej w codzienności, motocyklowych pielgrzymkach i spotkaniach, które zaczynają się od zwykłej rozmowy

Franciszkanin, ojciec Niko Žvokelj, od ubiegłego lata posługuje w nowym miejscu, co jest jego dziesiątą przeprowadzką od czasu, gdy został zakonnikiem. „

Im człowiek starszy, tym trochę trudniej. Od początku towarzyszy mi rada starszego współbrata, który powiedział mi: ‘Zawsze idź tam, gdzie cię poślą. Jeśli będziesz wybierał sam, a nie będzie tak, jak sobie wyobrażałeś, będziesz musiał milczeć. Jeśli wyślą cię inni, możesz sobie też trochę ponarzekać’” – opowiada z przymrużeniem oka nasz rozmówca, którego wyróżnia długa broda, a jego wielką pasją są motocykle.

Czy jako zakonnik przez wszystkie te lata miewał ojciec także jakieś wątpliwości co do swojego powołania? Jak ojciec je przezwyciężał?

Tak, że wciąż tu jestem. 😊 Oczywiście wątpliwości pojawiały się już nieraz, nikt nie jest odporny ani na sposób życia, ani na takie czy inne życiowe drogi. Ale z każdej takiej historii człowiek czegoś się uczy i powinien wychodzić z niej mądrzejszy.

Dziś jestem wdzięczny Bogu za wszystkie te lata życia zakonnego i jeśli będzie mi dane, za cztery lata będę obchodził złotą mszę. Wiele darów, które mi dał, mogłem przeżyć i urzeczywistnić.

„Kiedy żyjesz darami, które dał ci Bóg, wtedy najlepiej okazujesz Mu swoją wdzięczność.”

p. Niko Žvokelj
Zdjęcie jest własnością ojca Nika Žvoklja

Ojciec dużo pracuje z młodymi, zwłaszcza z kandydatami do bierzmowania. Jakimi pytaniami najczęściej stawiają ojca w obliczu wyzwań?

Interesuje ich wszystko możliwe, przede wszystkim jednak to, jak żyć wiarą w codziennym życiu. Ludzie muszą w twoim życiu dostrzec, że jesteś chrześcijaninem; że nie jesteś spięty ani zgorzkniały, ale swobodny, pełen miłości i wolności. To wszystko są Boże dary.

Ważne jest także przyjmowanie różnorodnych ludzi. Sam mam to doświadczenie już z własnej rodziny, gdzie było nas sześcioro dzieci, niektórzy później mieli inne przekonania, nie chodzili do kościoła, byli nawet w partii. W mojej młodości w domu toczyliśmy dość burzliwe dyskusje, później jednak się „dotarliśmy” i zobaczyliśmy, że to właśnie szacunek liczy się najbardziej. Oznacza to przyjąć drugiego człowieka i odkrywać w nim obraz Boga – co jest największym wyzwaniem.

Wyzwaniem młodych jest także to, jak łączyć różne aktywności, których dziś mają bardzo dużo. Sporo takiego „docierania się” przeżywamy podczas przygotowania do bierzmowania – jak nauczyć się, że czasem trzeba coś poświęcić albo się umówić.

p. Niko Žvokelj
Urška Kolenc | Aleteia

Duży wpływ mają media społecznościowe. Na przykład podczas weekendu duchowego nie mają telefonów i wspólnie odkrywamy, że można tak żyć i że żywa jest ta wspólnota, w której możesz patrzeć człowiekowi w oczy, a nie w urządzenie.

W młodych jest jednak dużo dobrej woli i ciekawości, dlatego jestem wobec nich optymistą. Kiedyś ktoś wspomniał mi, że dzisiejsze dzieci są inne i trudno z nimi pracować. Odpowiedziałem mu, że dzieci w ciągu 47 lat, odkąd z nimi pracuję, w ogóle się nie zmieniły, bardzo zmienili się natomiast rodzice. Nie chodzi tu o wzbudzanie poczucia winy, ale o reagowanie na czas, czego musimy się na bieżąco uczyć. Myślę, że właściwe podejście do młodych znajdziemy wtedy, gdy będziemy umieli ich słuchać i dawać im wartości oparte na szacunku.

To, że urodził się ojciec zdrowy, miało związek z wstawiennictwem ojca patrona. Czy może ojciec opowiedzieć tę historię?

Mama opowiedziała mi o tym wiele lat później, kiedy byłem już księdzem. Urodziła mnie dwa miesiące przed swoimi 44. urodzinami. Była chorowita, trzy razy wcześniej ratowano ją od śmierci. Lekarka w czasie ciąży ze mną zaproponowała jej aborcję, ponieważ oboje byliśmy zagrożeni.

Mama, która bardzo kochała dzieci, poszła do ówczesnego proboszcza w Kranju, Franca Blaja, zwierzyła mu się i poprosiła o radę. Polecił jej, aby modliła się nowenną do św. Mikołaja, który jest patronem matek w trudnej sytuacji. Po dziewięciu dniach zawierzenia temu świętemu postanowiła, że nie dokona aborcji. Oboje przeżyliśmy, a ja urodziłem się jako silny chłopiec. Otrzymałem imię po św. Mikołaju.

Nie wiedziałem o tym aż do swojej prymicji. Kiedy decydowałem, kto będzie kaznodzieją na mojej pierwszej Mszy Świętej, poszedłem poprosić proboszcza Blaja, który był wtedy proboszczem w Retečach. Był niezwykle szczęśliwy. Później dowiedziałem się, że to również była jego zasługa, że się urodziłem. Sam mówię, że nie ma przypadków – są drogi Boże, które stopniowo odkrywasz.

Z tej perspektywy interesująca jest także ojca pierwsza motocyklowa pielgrzymka – wybór miejsca zapewne nie był przypadkowy?

Pierwsza taka pielgrzymka odbyła się w 2009 roku, kiedy obchodziliśmy 800-lecie Reguły św. Franciszka. Grupa 150 motocyklistów wyruszyła do Fonte Colombo i Asyżu, który zresztą należy do moich ulubionych motocyklowych miejsc pielgrzymkowych. Pięciu z nas pojechało następnie dalej do Bari. Po raz pierwszy w życiu uklęknąłem przy grobie św. Mikołaja i podziękowałem mu za życie. Nie mam trudności, by przyznać, że wtedy płakałem jak deszcz.

Kto w ogóle zaraził ojca pasją do motocykli? Kiedy pierwszy raz ojciec na nim usiadł?

Motocykle podziwiałem od zawsze. W dzieciństwie jako chłopcy podziwialiśmy motor sąsiada, który otrzymał go jako były niemiecki żołnierz. Pochodzę z rodziny robotniczej, więc naszym środkiem transportu był rower ojca, na nic innego nie było nas stać. Zamożniejsze dzieci w okolicy jeździły już na motorowerach Tomos.

p. Niko Žvokelj
Urška Kolenc | Aleteia

Kiedy pracowałem w Nowej Goricy, a wcześniej także w Australii, gdzie spotykałem się z weteranami wojny w Wietnamie, zacząłem słuchać muzyki motocyklowej i oglądać ich filmy. Pewnego razu z przyjacielem pojechaliśmy motocyklem do Trydentu. W drodze powrotnej prowadziłem ja, choć nie miałem jeszcze prawa jazdy. Wtedy motocykle całkowicie mnie pochłonęły, zwłaszcza choppery. Na swój własny musiałem potem jeszcze długo czekać.

Następnie trafiłem do Nowej Štifty, gdzie zaczęto na dużą skalę kupować motocykle. Jednocześnie przyjechali do mnie i poprosili o błogosławieństwo. Powiedziałem im: można, ale najpierw ojciec zrobi rundę. Rzeczywiście najpierw się przejechałem, a potem pobłogosławiłem ich motocykle. Coraz bardziej zaczęli mnie zachęcać, żebym miał własny motor. W końcu przyjaciele zebrali pieniądze i kupili mi 250-centymetrową Yamahę, a w tym czasie zrobiłem też prawo jazdy. Miałem już około 45 lat i powiedziałem swojej lekarce, że to chyba trzecia młodość. W swoim otoczeniu byłem znany jako jedyny motocyklista cięższy od motocykla – miałem prawdziwą „Kobyłę Krpana”. 😊

Od tego czasu praktycznie nie rozstaję się z motocyklem. Z wyjątkiem jednego razu, kiedy go sprzedałem, aby pomóc współbratu, którego klasztor znalazł się w trudnej sytuacji. Powiedziałem sobie, że to trening, żeby człowiek nie przywiązywał się zbyt mocno.

O czym najczęściej myśli ojciec, kiedy siada za kierownicą?

Najpierw modlę się o bezpieczną jazdę. Potem dużo śpiewam. Choć dzisiejsze kaski motocyklowe mają mikrofony, słuchawki, a nawet radio, ja tego nie lubię – śpiewam sam. Czasem ktoś przy otwartym oknie samochodu patrzy na mnie dość zdziwiony.

Czy może ojciec opowiedzieć jakąś ciekawą anegdotę związaną z motocyklem?

Kiedy pracowałem w Nowej Štifcie, pojechałem motocyklem do Loškega Potoka na konferencję kapłańską. Natychmiast otoczyli mnie starsi księża i zaczęli wypytywać mnie o wszystko, co związane z motocyklem. Potem dołączył do nas najmłodszy wikariusz i był dość niezadowolony, mówiąc, co się tak popisuję. Niespecjalnie przejmowałem się jego słowami.

Po tygodniu odwiedził mnie w Nowej Štifcie, a na szyi miał kołnierz ortopedyczny. Zapytałem go, co się stało. Powiedział, że poszedł jeździć konno i spadł z konia. Odpowiedziałem mu: widzisz? Ja mam pod sobą 35 koni, a ty nie radzisz sobie nawet z jednym. 😊

W stowarzyszeniu „Motocykliści dla motocyklistów”, którego ojciec jest współzałożycielem, jest zapewne także wielu niewierzących motocyklistów. W jaki sposób ojciec do nich dociera?

Nie przez przekonywanie kogokolwiek, ale przez to, że staram się żyć tym, w co wierzę. To zawsze działa najlepiej. Jest też bardzo wiele różnorodnych rozmów, w które staram się wplatać jakieś punkty wyjścia do dalszego namysłu.

Czasem kogoś, kto przy mnie przeklina Boga, zatrzymuję i mówię: proszę, tylko Boga nie przeklinaj, bo potem mści się na mnie. Wielu z nich potem się powstrzymuje, kiedy mnie zobaczy. Wśród motocyklistów jest bardzo dużo dobra – to szczególny sposób głoszenia.

p. Niko Žvokelj
Urška Kolenc | Aleteia

Jak ojciec odczuł, że nasza przestrzeń potrzebuje takiego stowarzyszenia?

Kiedy pracowałem w Nowej Štifcie, wkrótce po pierwszych mniejszych błogosławieństwach i po zakupie mojego pierwszego motocykla postanowiliśmy, że co roku będziemy organizować jedno większe błogosławieństwo motocyklistów. Niedługo wcześniej w Ribnicy założyliśmy klub MK Ribničan. Zdecydowaliśmy, że błogosławieństwo będzie odbywać się 27 kwietnia, w dzień wolny.

Było to pierwsze oficjalne błogosławieństwo motocyklistów w Słowenii. W następnym roku zgromadziło się już około 200 motocyklistów. Równolegle zaczęło się odbywać błogosławieństwo w Mirnej Peči. Dziś jest ich już znacznie więcej, wielu księży jeździ na motocyklach. Taki sposób głoszenia jest mi bliski i ostatecznie to Szef pokazuje, gdzie można zrobić coś dobrego.

Klub MK Ribničan musieliśmy z czasem rozwiązać, a ja zostałem w tym czasie przeniesiony do Strunjanu. Przy pewnej okazji, w rozmowie z dawnym prezesem klubu, dobrym przyjacielem, zrodził się pomysł założenia stowarzyszenia motocyklistów, które przychodziłoby z pomocą rannym motocyklistom lub rodzinom ofiar wypadków.

Tak powstało stowarzyszenie „Motocykliści dla motocyklistów”. Jego pierwszą główną działalnością jest solidarność – pomoc motocyklistom, którzy ulegli wypadkom, druga zaś to profilaktyka. W ciągu ostatnich dwudziestu lat pomogliśmy motocyklistom i ich rodzinom w trudnej sytuacji kwotą około 170 tysięcy euro.

Jakim motocyklistą jest ojciec – czy anioł stróż ma z ojcem dużo pracy? 😊

Mój anioł stróż był już nawet na zwolnieniu lekarskim. Jest trochę większy, żeby mógł zatrzymywać tę masę. (śmiech) Opisałbym się jako „easy rider”, który stara się jak najbardziej cieszyć jazdą. Szczególną przyjemność sprawiają zakręty, dlatego z kolegami motocyklistami szukamy właśnie takich dróg.

Kiedy coś pójdzie nie tak, anioł stróż ma naprawdę sporo pracy – nie tyle z powodu moich głupstw, ile mimo całej ostrożności. Na motocyklu zawsze jedziesz za dwóch – za siebie i za drugiego uczestnika ruchu. Najwięcej wypadków motocyklistów zdarza się bowiem z powodu wymuszania pierwszeństwa przez kierowców z drogi podporządkowanej.

Artykuł jest tłumaczeniem ze słoweńskiego wydania Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.