separateurCreated with Sketch.

Słowo Boże to nie zabawka. O czytaniu w kościele przez dzieci

Mikrofon na tle krzyża i stuły
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Dariusz Dudek - publikacja 15.04.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Słowo Boże jest zbyt cenne, by czytać je byle jak. Jako ochrzczeni mamy je rozumieć i głosić.

Słowo Boże, które jest proklamowane na Eucharystii, ma charakter zbawczy: to nie tylko teksty z przeszłości lub mądrościowe przypowieści. To żywe Słowo, które działa z mocą. Gdy odczytujemy Pismo Święte na liturgii przemawia do nas sam Jezus. Skoro zatem otaczamy tak wielką czcią i troską Najświętszy Sakrament, powinniśmy to samo robić z czytaniami na Mszy. Dlatego dzieci – poza wyjątkami – nie powinny ich czytać. 

Słowo otoczone troską

W starożytnych kościołach znajdowały się dwa tabernakula: jedno z Najświętszym Sakramentem a drugie na Pismo Święte. Obecnie często stawiamy ewangeliarz na ozdobnym pulpicie. Ambona ma służyć tylko odczytywaniu Pisma i nie wolno z niej przemawiać bez związku z liturgią. Przez wieki tylko księża czytali czytania, a po Soborze Watykańskim II papież św. Paweł VI przywrócił posługę lektora, która do 2021 r. była zarezerwowana dla dorosłych mężczyzn. Papież Franciszek dopuścił do tej posługi także kobiety. 

Zadaniem lektorów jest nie tylko czytanie czytań, ale też przewodniczenie niektórym nabożeństwom, błogosławieństwom oraz prowadzenie grup parafialnych (uwaga: nie mylić z nastoletnimi ministrantami, którzy choć nazywani są lektorami, nie przyjmują posługi, ale tylko błogosławieństwo do czytania)

Niestety, ta posługa – przynajmniej w naszym kraju – jest traktowana po macoszemu i przyjmują ją tylko (lub prawie tylko) kandydaci do święceń. Co więcej, o ile widać troskę o przyjmowanie Komunii: z czystym sercem, po przyklęknięciu lub na kolanach, to odczytywanie Słowa Bożego zwykle jest powierzane dzieciom-ministrantom, które często źle czytają, a zwykle nie wiedzą, o czym czytają. To zrozumiałe! Czytanie przed publicznością to trudna sztuka, a Biblia nie jest bajką napisaną prostym językiem. 

Słowo Boże to nie zabawka

Nie mam nic przeciwko zaangażowaniu dzieci w liturgię. Jednak Słowo Boże, które ma charakter zbawczy: spełnia to, o czym mówi – uzdrawia, napomina, ewangelizuje, głosi prawdy wiary – jest zbyt cenne, by czytać je byle jak. Dla wielu ludzi, którzy na stałe lub czasowo nie mogą przyjmować Eucharystii, to właśnie Słowo jest najlepszą drogą do zjednoczenia z Jezusem. 

Ktoś powie, że to urocze, gdy mały człowiek ledwo wystający zza ambony chwyta lekcjonarz i duka trudne słowa z Nabuchodonozorem na czele. Sam mam małe dziecko. Ale wzruszający występ mojej pociechy, w którym nieważna będzie dykcja ni słowa zostawię na przedszkolne przedstawienie. Zdarzało się, że musiałem w czasie Mszy wyciągać telefon i patrzeć na czytania, bo nie miałem pojęcia o czym czyta mały ministrant. To nie jest to, czego szukam na Eucharystii. 

Jednym z klasycznych tekstów rodziców, gdy widzą, że dziecko bierze jakiś drogi przedmiot jest: „Zostaw, to nie zabawka”. Podobnie jest ze Słowem Bożym, przy czym to zdanie powinni wziąć sobie do serca dorośli, którzy są odpowiedzialni za czytające na Mszach dzieci.

By nie wylać dziecka z kąpielą

Myślę, że najlepszym rozwiązaniem jest zaangażowanie dorosłych w czytanie Słowa Bożego i to do tego stopnia, by mogli przyjąć posługę lektoratu. Jestem pewien, że w każdej parafii znajdą się ludzie do czytań podczas Mszy w niedziele. To świetny sposób na zaangażowanie świeckich w parafii!

Oczywiście tam, gdzie dzieci już czytają, nie ma co tego surowo zabraniać, ale – to warunek konieczny – nie dawać trudnych czytań (np. z listów Pawła) i ćwiczyć z nimi. Powinni to robić rodzice w domu i księża w kościele przed Mszą. Co więcej, dzieci muszą się uczyć nie tylko czytania, ale i… ustawiania mikrofonu! 

Pamiętam, że jako dziecko śpiewałem w kościele Psalmy. Ktoś mi powiedział, że za słabo mnie słychać. Kolejny raz zaśpiewałem z mikrofonem tuż na wargach. Wydaje mi się, że jedno co było słychać to dudnienie i szum. Nikt ze stojących przy ołtarzu mi nie pomógł odsuwając mikrofon. Dopiero po liturgii stary kościelny delikatnie zwrócił mi uwagę, że mikrofon był za blisko. Tak się tym przejąłem, że na kilka miesięcy nie podszedłem do ambony, by śpiewać. A wystarczyło pokazać, jak ustawić poprawnie jedno proste urządzenie.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.