Już niedługo wejdzie w życie modyfikacja ustawy, konkretnie – Prawo oświatowe, art. 98, która od września tego roku ma wprowadzić zakaz smartfonów w szkołach podstawowych oraz – do rozważenia, do decyzji dyrekcji – zakaz smartfonów w szkołach ponadpodstawowych.
Jest to oczywiście bardzo dobra decyzja. Z tym tylko, że wiążą się z tym konkretne problemy i konkretne zagrożenia.
Problem pierwszy: implementacja
Przede wszystkim problemem jest implementacja. Pamiętam moment, kiedy wprowadzony został nakaz używania mundurków w szkołach. Inicjatywa szlachetna, mająca zlikwidować ocenianie się nawzajem na podstawie ubrania. Jednak wiele szkół zareagowało wręcz kpiąco: "Co za głupi pomysł? Zróbmy to tak, żeby był i wilk syty, i owca cała”.
W takiej właśnie formie komunikowano to nie tylko nauczycielom, lecz także uczniom i rodzicom: zróbmy coś symbolicznego. W jednej z poznańskich szkół wprowadzono na przykład zamiast mundurków koszulki z logo placówki — co ważne, ich noszenie było opcjonalne.
Szykuje się już, że z zakazem smartfonów będzie się działo coś podobnego. Bardzo dużo będzie zależało od tego, jaka jest szkoła, na ile są rozsądni ludzie, którzy tam pracują, na ile świadomi problemu są rodzice.
Wiele szkół w Polsce już wprowadziło ograniczenia w korzystaniu ze smartfonów przez dzieci. I to nie tylko szkoły prywatne, jak można by się spodziewać, ale także szkoły publiczne.
W jakich szkołach się to udało zrobić? W takich, w których przede wszystkim dyrektor jest przekonany o sensowności takiego zakazu i potrafił o tym przekonać ciało pedagogiczne, pokazać korzyści.
A korzyści są. Korzyści są ogromne, jak można dowiedzieć się szczegółowo z raportu Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii.
Podnosi się poziom nauczania, zdolność skupienia uwagi i dramatycznie obniża się poziom przemocy rówieśniczej. Z prostej przyczyny: jeżeli smartfony są pochowane także na przerwach, dzieci nie nagrywają się nawzajem, nie wyśmiewają i nie wrzucają tego do sieci.
Problem drugi: nauczyciele
Kolejna trudność, którą obserwuję czasem, prowadząc warsztaty dla młodzieży w różnych szkołach – zarówno podstawowych, jak i ponadpodstawowych – to zachowania nauczycieli ewidentnie uzależnionych od mediów społecznościowych.
Podam przykład: prowadzimy warsztat „Prawo jazdy smartfonem”, podczas którego tłumaczymy młodzieży, w jaki sposób smartfony wpływają na ich mózgi, a jednocześnie widzimy nauczyciela, który siedzi razem z klasą i cały czas surfuje po internecie, przeglądając Facebooka. Młodzież patrzy na to i widać w ich oczach jednoznaczną ocenę: „Hipokryci. Uczycie nas jednego, a sami robicie drugie".
Uzależnieni dorośli będą zaprzeczać problemowi, bo musieliby się zmierzyć sami ze swoim uzależnieniem. A młodzież, szczególnie na poziomie szkoły ponadpodstawowej oczekuje, że dorośli będą się sami stosować do rozsądnych przecież ograniczeń.
Problem trzeci: „eksperci”
Kolejną trudnością są słyszalne już głosy tak zwanych ekspertów. Widziałam na pewnym medium wpis jednego ze specjalistów, działających od lat w dziedzinie cyberbezpieczeństwa i zdrowego korzystania z internetu, który twierdził, że ustawa została zaproponowana na podstawie ankiety wśród dzieci i młodzieży, którzy uważają, że są uzależnieni. Nie wolno w ten sposób - grzmiał specjalista - nie możemy używać etykiety uzależnienia! I w ogóle sam pomysł zakazu jest szkodliwy!
Rzeczywiście została przeprowadzona ankieta. Urząd Komunikacji Elektronicznej w lutym tego roku opublikował wyniki badania, gdzie pytano młodzież o sposób korzystania z nowych technologii. Okazało się, że znaczny procent młodzieży widzi u siebie objawy uzależnienia.
Jednak nie było to jedyne źródło stojące u podstaw decyzji. Istnieją liczne raporty i badania naukowe, pokazujące korzyści z wprowadzenia zakazu korzystania ze smartfonów na terenie szkoły.
Natomiast jeżeli pojawią się kolejne głosy eksperckie podważające sens tej decyzji, to tym trudniej będzie ją sensownie wprowadzić.
Możemy mieć sytuację podobną do tej z 1991 roku w Stanach Zjednoczonych, kiedy na komisji senackiej wystąpiło siedmiu naukowców, którzy pod przysięgą stwierdzili, że w przypadku papierosów nie możemy mówić o uzależnieniu podobnym do uzależnienia od alkoholu czy narkotyków.
Efektem było dopuszczenie reklam papierosów skierowanych do młodzieży. Czyż trzeba dodawać, że naukowcy byli hojnie sponsorowani przez przemysł tytoniowy? Podobnie jest dziś z ekspertami finansowanymi przez Big Tech.
A zatem pojawiają się głosy, że nie można mówić o uzależnieniu od smartfonów, mediów społecznościowych, pornografii czy gier.
Jednak to nie jest prawda. Uzależnienia istnieją.
Bardzo dużo dzieci i młodzieży jest uzależnionych od TikToka, gier i innych treści. Co gorsze – także od pornografii, co również potwierdzają badania (w tym polskie).
Zakaz smartfonów w szkołach może pomóc wprowadzić choćby kilkugodzinną abstynencję w ciągu dnia.
Dlaczego to budzi opór
Jeżeli przyznajemy, że uzależnienia od gier, pornografii i mediów społecznościowych istnieją i są groźne, musimy zacząć patrzeć na smartfon w rękach dziecka podobnie jakby trzymał w nich butelkę alkoholu czy papieros.
Natomiast jeżeli mówimy tylko o „trudnych zachowaniach w internecie”, problem sprowadza się do stwierdzenia, że rodzice sobie nie radzą wychowawczo.
Wtedy rozwiązaniem jest praca z rodzicami, a nie ograniczanie dostępności smartfonów czy szkodliwych treści.
Problem czwarty: wyjątki
Pierwszy wyjątek dotyczy sytuacji, w których smartfon jest niezbędny ze względów zdrowotnych. Na przykład osoby chore na cukrzycę korzystają z aplikacji monitorujących poziom cukru we krwi.
To jest rozwiązanie bardzo dobre. Niestety część dzieci, mając taki smartfon, jednocześnie korzysta z niego do przeglądania internetu, TikToka, Instagrama czy Snapchata.
Żeby to miało sens, powinny być dwa urządzenia: jedno wyłącznie do celów medycznych, drugie do innych.
Tak robią osoby, które znam osobiście – między innymi dlatego, że jedna aplikacja zużywa mniej baterii i urządzenie działa stabilniej. Tylko pytanie, czy ktoś to uwzględni.
„Cele edukacyjne” w praktyce
Drugi wyjątek to możliwość korzystania ze smartfona w celach edukacyjnych za zgodą nauczyciela, a to też jest problematyczne.
W 2023 roku UNESCO opublikowało raport „Technology in Education: a Tool On Whose Terms”, wiemy, że wykorzystanie nowych technologii w edukacji często nie poprawia wyników nauczania. Składa się na to wiele czynników, w praktyce np. fakt, że brakuje koordynacji.
Uczeń może mieć tego samego dnia podobne quizy na różnych przedmiotach. W rezultacie doświadczenie to zlewa się w jedną całość. Dziecko pamięta formę, a nie treść.
Do tego dochodzi jeszcze kwestia jakości narzędzi. Wiele tak zwanych pomocy edukacyjnych wcale nie pomaga w nauce, a badania pokazujące ich skuteczność często są badaniami konsumenckimi zlecanymi przez producentów.
Co działa i co można zrobić
Istnieją już przykłady dobrych praktyk – dobrze skonstruowane statuty i regulaminy szkół, które działają i które udało się obronić nawet przy obecnych przepisach. To oznacza, że mamy gotowe wzorce.
Mamy też szansę, żeby do września przeprowadzić dużą kampanię informacyjną, konferencje naukowe i działania edukacyjne skierowane do nauczycieli, dyrektorów, psychologów, pedagogów, rodziców i młodzieży.
Chodzi o to, żeby wszyscy zauważyli to jako szansę.
Doświadczenie szkół, które przeprowadzały konsultacje zakazu smartfonów wśród uczniów pokazały, że sama młodzież z ulgą witała pomysł by ucieknąć na kilka godzin od presji bycia online. Pod warunkiem, że zakaz będzie obowiązywał wszystkich.
To się może udać!
Podsumowując, uważam ten akurat pomysł Ministerstwa Edukacji za dobry. Mam natomiast wątpliwości co do jego implementacji.
Na szczęście do września mamy jeszcze sporo czasu, co oznacza, że istnieje szansa wprowadzenia tej zmiany w sposób, który rzeczywiście poprawi zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży.












