Nie chce już nagród CMA, Grammy ani stadionowych świateł. Chce czegoś trudniejszego: piosenek, które mogą wejść do domu i zostawić go choć trochę bardziej uporządkowanym. Bradley Banning opowiada Bognie Białeckiej, dlaczego katolicka muzyka country nie jest niszą — tylko misją.
„Goniłem za sławą. Bóg nie pozwolił mi przebić sufitu”
Aleteia: Dla osób, które słyszą o Tobie po raz pierwszy — kim jest Bradley Banning?
Bradley Banning: Jestem konwertytą na katolicyzm i tworzę katolicką muzykę country. W świecie muzyki country jestem od dawna. Mój tata jest autorem piosenek — jego utwory były grane w radiu w Stanach Zjednoczonych, szczególnie w Teksasie — więc pisanie piosenek od zawsze było częścią mojego świata. Zawsze chciałem być artystą country.
Do Kościoła wszedłem w Wielkanoc 2015 roku. Po tym moje pisanie zaczęło się zmieniać — bo zmieniło się moje spojrzenie na muzykę. Nadal kochałem country, ale zacząłem dostrzegać pęknięcia w muzyce świeckiej. Ciągle zadawałem sobie pytanie: skoro Bóg popycha mnie, bym dalej tworzył country, to jak mogę robić to bardziej po katolicku?
To była stopniowa droga. Na początku miałem pewne sukcesy radiowe, między innymi piosenkę „Don’t Mess With Texas”, i to pozwoliło mi zająć się muzyką na pełen etat. Później ludzie zaczęli mówić: „Aha — ty robisz katolicką muzykę country”. Jeden z moich znajomych powiedział mi nawet: „Przestań się przed tym bronić. Nie jesteś tylko artystą country. Jesteś katolickim artystą country”. I pomyślałem: dobrze. Właśnie tym się zajmuję.

Lubisz nasze artykuły?
Gdy „sukces” przestaje oznaczać trofea
Tworzyłeś muzykę country na długo przed swoim nawróceniem. Jak wtedy rozumiałeś sukces — i czy to się zmieniło?
Bradley Banning: Całkowicie. I wciąż się zmienia, bo życie chrześcijańskie to ciągłe puszczanie czegoś. Wciąż uczę się rezygnować z własnych oczekiwań. Na początku było to szczególnie trudne.
Przeprowadziłem się do Nashville, gdy miałem 18 lat, i mieszkałem tam przez dziesięć lat. Zanim zostałem katolikiem, chciałem nagród. Marzyłem o największych trofeach muzyki country — CMA, ACM. Grammy też bym nie odrzucił. Chciałem grać na wielkich scenach. To marzenia, które nosi wielu artystów.
Dziś to już nie ma dla mnie znaczenia.
Nadal kocham tworzyć muzykę. Teraz chcę robić muzykę, która zmienia życie, mówi prawdę i jest zdrowa dla kultury — taka, której rodziny mogą słuchać razem. Kilka lat temu moja żona powiedziała coś, co mocno mnie poruszyło. Bardzo starałem się, żeby kolejna piosenka trafiła do radia, a ona powiedziała: „Nie wiem, czy powinieneś tak bardzo walczyć o radio. Może ważniejsze jest, żebyś trafił do domów — do rodzin”.
To zmieniło moje myślenie. W Teksasie muzyka country jest częścią życia rodzinnego. Ludzie przy niej tańczą. Jest w niej wiele dobra. Zacząłem więc myśleć: co, jeśli zachowamy to, co dobre, a usuniemy to, czym nie chcemy karmić naszych dzieci — ani własnych serc?
Nawet nazwanie siebie „katolickim artystą country” wymagało ode mnie rezygnacji z dotychczasowych schematów. Wyprowadziło mnie poza utarte ścieżki — poza Nashville, poza środowisko muzyczne Teksasu, gdzie miałem swoje sukcesy. Nie istnieje coś takiego jak przemysł katolickiej muzyki, a już na pewno nie ma przemysłu katolickiej muzyki country. Musiałem więc odpuścić kontrolę nad tym, jak to wszystko „ma działać”.
Dziś moim marzeniem jest tworzyć muzykę country dobrą dla rodzin, opowiadającą historie wiary i prowadzącą do Boga. Wszystko, co Bóg do tego doda, jest łaską.
„Ten gatunek jest przyjazny chrześcijańskim wartościom… ale trucizna jest subtelna”
Muzyka country często mówi o rodzinie, wspólnocie, lojalności — wartościach bliskich chrześcijaństwu. Gdzie więc widzisz największą różnicę między tym, co pisałeś wcześniej, a tym, co robisz dziś?
Bradley Banning: Masz rację — country to chyba najbardziej „przychylny chrześcijaństwu” gatunek świecki. Potrafi być jednym z najzdrowszych. Ale jest w nim też pewien niezdrowy nurt — i bywa on bardzo subtelny.
Czasem na tej samej płycie — a nawet w tej samej piosence — słyszysz coś o Bogu, a chwilę później pojawia się kultura przelotnych relacji, gloryfikowanie upijania się czy narkotyków. I wszystko jest przedstawione jako normalne życie. Nawet jeśli tekst jest świetnie napisany, słucham i myślę: tego nie powinniśmy przekazywać naszym dzieciom.
Jest też narracja „zapijania problemów”. Dzieje się coś trudnego, czujesz, że stoi za tym jakiś głębszy sens — ale rozwiązaniem staje się ucieczka w alkohol. To nie jest dobra historia.
Jest jeszcze jedna rzecz: gdy używasz katolickiego języka, dla niektórych brzmi to obco. Publiczność country w Stanach, szczególnie na południu, jest w dużej mierze protestancka. Słowa takie jak „kapłan”, „Msza”, „Eucharystia” potrafią budzić dyskomfort. Katolicyzm ma w niektórych środowiskach złą opinię. Ludzie nazywają go pogaństwem. Mówią o bałwochwalstwie.
A ja chcę, żeby ta rozmowa była jawna, bo życie katolickie jest piękne. To przygoda. Nie jest nudne. Nie potrzeba nadmiaru alkoholu, narkotyków ani chaosu, żeby czuć, że się żyje. Autentyczne życie katolickie jest naprawdę bogate — i czuję się wezwany, by wnieść to do muzyki country.

„Eucharystia przekonała mnie natychmiast”
Mam wrażenie, że Eucharystia jest dla Ciebie centralna — realna obecność Chrystusa we Mszy. Czy tak jest?
Bradley Banning: W stu procentach. Ludzie często pytają konwertytów: „Czy trudno było ci uwierzyć w Eucharystię?”. Dla mnie było odwrotnie. To właśnie ona przekonała mnie najszybciej.
Pomyślałem: jeśli to jest prawda — a czytałem teksty i słuchałem nauczania Kościoła — to ja tego chcę. Chcę Go przyjmować.
Przez długi czas chodziłem na Mszę Świętą, zanim wstąpiłem do Kościoła. Chyba około dwóch lat. Potem, gdy rozpocząłem formację, musiałem czekać aż do Wielkanocy. To oczekiwanie zrodziło we mnie głód. Bóg wykorzystał ten czas, by go pogłębić.
Tak — Eucharystia jest szczytem wiary katolickiej. To jeden z głównych powodów, dla których zostałem katolikiem.
Piosenka country poświęcona świętej? „Dlaczego nie?”
W Twoich utworach pojawiają się wprost katolickie treści. Robisz to świadomie?
Bradley Banning: Tak — i będzie ich więcej.
Od początku chciałem, żeby moja muzyka była spójna z moją wiarą. Napisałem piosenkę „Be a Kid”, inspirowaną św. Teresą z Lisieux. To jedna z moich świętych z bierzmowania. Mam do niej dziś nabożeństwo — choć przyznam, że na początku nie chciałem mieć z nią nic wspólnego. Nazywano ją „Małym Kwiatkiem”, a znajomy ksiądz dał mi do ręki jej relikwię. Pomyślałem: nie chcę tego.
Z czasem jednak zacząłem się od niej uczyć. Miałem trudność z dziecięcą ufnością. W modlitwie Bóg ciągle prowadził mnie ku prostszej, bardziej ufnej wierze. To stało się sercem tej piosenki.
Pisząc ją, nie powiedziałem współautorom, że chodzi o św. Teresę. Dopiero gdy utwór był gotowy, postanowiłem jej go dedykować.
Zacząłem też myśleć o „atmosferze duchowej” wokół muzyki. Słyszy się różne historie — trudno powiedzieć, ile w nich prawdy — o tym, że niektórzy świadomie wprowadzają do sztuki mrok. Pomyślałem: dlaczego nie zrobić na odwrót? Dlaczego nie powierzyć swojej pracy komuś, kto żył autentycznym życiem chrześcijańskim i uczy innych, jak żyć?
Tak właśnie zrobiłem. Wahałem się przed publikacją. Modliłem się o to przez kilka miesięcy. W lipcu mój tata miał zawał — na szczęście wszystko dobrze się skończyło — i wtedy po prostu zdecydowałem się to udostępnić.
Ludzie bardzo dobrze to przyjęli. Mój kierownik duchowy napisał, że to go poruszyło. I pomyślałem: dlaczego nie robię tego częściej? Dlaczego nie ofiaruję swojej muzyki w taki sposób regularnie? Przecież każdy z nas może tak zrobić ze swoją pracą.
Moja muzyka staje się coraz bardziej wprost katolicka. Nagrywam teraz album, który będzie jeszcze bardziej jednoznaczny — nie dlatego, że wcześniejsze utwory były sprzeczne z wiarą, ale dlatego, że sam wzrastam w odwadze nazywania tego, w co wierzę.
I tak — św. Teresa jest bardzo kochana w Polsce, więc cieszę się, że chcesz o tym wspomnieć.

Lubisz nasze artykuły?
Św. Cecylia, urodzinowa niespodzianka i „syn Dawida”
Planujesz pisać o innych świętych?
Bradley Banning: Na ten album jeszcze nie napisałem konkretnej „piosenki o świętym”, ale chcę częściej dedykować im swoje utwory.
Po nawróceniu odkryłem kalendarz Kościoła — świętych, dni świąteczne, rytm czasu. Kiedy rozeznawałem swoją drogę, dowiedziałem się, że urodziłem się we wspomnienie św. Cecylii — 22 listopada — patronki muzyki. Odebrałem to jak mrugnięcie oka od Boga. Jeszcze nie wiem, co z tym zrobię — może dedykuję jej album, może napiszę piosenkę — ale to noszę w sercu.
Pociąga mnie też pomysł, by brać Pismo Święte i zamieniać je w piosenki country — nie jako wykład, ale jako opowieść. Chcę, żeby moje utwory działały jak przypowieści, bo tak nauczał Chrystus. Piosenka może przenieść prawdę tam, gdzie argumenty nie docierają.
Napisałem utwór „David’s Son”, częściowo dla mojego taty — ma na imię David, więc jestem jego synem — ale odkryłem w tym coś głębszego. Wracałem kiedyś do Nashville i zobaczyłem tablicę rejestracyjną z napisem „Davidson” (Nashville leży w hrabstwie Davidson). Nagle wszystko się połączyło: jestem synem Davida i wracam do hrabstwa Davidson, żeby tworzyć muzykę. A potem pomyślałem o największych autorach piosenek w historii… i przyszli mi na myśl król Dawid i jego syn Salomon.
Tak działa Bóg — splata znaczenia w zwyczajnych momentach.
„Najbardziej uderza mnie to, że ludzie naprawdę wierzą, że katolicyzm jest pogański”
Gdy zacząłeś publicznie mówić o sobie jako katoliku — co straciłeś, a co zyskałeś? Co najbardziej Cię zaskoczyło?
Bradley Banning: Mam dużo łaski — w życiu osobistym nie było źle. W internecie bywa brutalnie, to prawda. Na początku było to trudne, ale dziś już się tego spodziewam i nie poświęcam temu wiele uwagi.
Najbardziej zaskakuje mnie to, jak wielu ludzi naprawdę wierzy, że katolicyzm jest pogański i bałwochwalczy. Widzę to bez przerwy w komentarzach. Skala dezinformacji jest dla mnie szokująca.
W świecie muzyki są też osoby, które po prostu nie wiedzą, co z tym zrobić. Nie ma w tym złej woli, ale niektórzy współpracownicy nie bardzo wiedzą, jak mówić o tym, co teraz robię. Rozumiem to. To coś nowego. Nadal ich lubię i nie mam do nikogo żalu.
Ale tak — bycie nazywanym bałwochwalcą jest najdziwniejsze, bo prawda jest dokładnie odwrotna: staram się prowadzić ludzi bliżej Chrystusa.
„Jeśli kochasz swoją wiarę — dlaczego ją ukrywać?”
Co powiedziałbyś młodym artystom, którzy są katolikami, pracują w branży muzycznej i boją się reakcji otoczenia?
Bradley Banning: Ostatnio mówię prosto: rób to. Mów o swojej wierze.
Spędziłem dziesięć lat w Nashville, goniąc za sukcesem. Miałem wrażenie, że ciągle trafiam na jakiś sufit — jakby Bóg pozwalał mi go dotknąć, ale nie przejść dalej, bo zależało mi tylko na sławie i pieniądzach. Dziś widzę, że chciał mi pokazać, że to wszystko przemija.
Po nawróceniu zostałem mężem i ojcem. I wtedy zaczynasz rozumieć, że kariera cię nie definiuje. Nic na tym świecie cię nie definiuje. To Bóg cię definiuje. Jesteś Jego dzieckiem.
Jeśli jesteś katolikiem, masz Eucharystię. Masz sakramenty. Nie każdy to ma. Jeśli kochasz swoją wiarę, dlaczego miałbyś się bać o niej mówić?
Przez długi czas mówiłem o Bogu i wierze, ale unikałem „katolickich” słów — Eucharystia, Msza, kapłan — bo nie chciałem zostać zaszufladkowany. W pewnym momencie pomyślałem: co ja właściwie robię? Jeśli wierzę, że wiara katolicka zawiera pełnię życia chrześcijańskiego, to dlaczego miałbym ukrywać dary, które mogą prowadzić ludzi do Chrystusa?
Dlatego mówię: nie powstrzymuj się. Naszym celem jest niebo — i pomoc innym, by tam dotarli. Dlaczego nie dzielić się całym skarbem?
Nie musisz też przekonywać siebie, że najpierw wszystko musi być idealne. Korzystaj z tego, co Bóg ci daje. Mów prawdę o tym, gdzie byłeś i gdzie jesteś. Pisz piosenki — o miłości, jak przypowieści — dobre piosenki. A resztę zostaw Bogu. Módl się. Pość. Rozeznawaj. Ale zacznij.
Na koniec
Kiedy Bradley Banning mówi „po prostu to zrób”, nie brzmi to jak hasło marketingowe. Raczej jak spokojny akt odwagi: wyznawać Chrystusa w miejscu, gdzie łatwo zostać źle zrozumianym. Może właśnie to jest w jego muzyce najbardziej „country”: mówienie prawdy prostymi słowami, bez udawania, że droga jest łatwa.
Jeśli chcesz, zrób dziś mały krok razem z nim. Zanim włączysz kolejną piosenkę, powiedz krótko:
„Panie, uczyń moje życie świadectwem — bez lęku.”
Posłuchaj całej rozmowy w języku angielskim:
Lubisz nasze artykuły?









![Twoja, nie moja wola Panie – to moje motto życiowe [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/09/Sylwia-Piotrowska_037fa3.jpg?resize=300,150&q=75)

