W Kościele widziałem już wiele osobliwych obrazów. Słyszałem, jak biskupa diecezjalnego nazywano „papieżem diecezji”. Widziałem hierarchę, który zamiast przysługującego mu pastorału, dzierżył w dłoniach krzyż papieski. Inny znów maszerował z insygnium do złudzenia przypominającym… kij hokejowy. Jednak to widok wiosła w dłoniach św. Wojciecha do dziś budzi we mnie największe zdumienie.
Lubisz nasze artykuły?
Z Libic na krańce świata
Wojciech urodził się w czeskich Libicach. Był jednym z pierwszych tamtejszych duchownych, który odebrał staranne wykształcenie na najwyższym europejskim poziomie. Po przyjęciu święceń z rąk praskiego biskupa Thietmara przeszedł głęboką duchową przemianę i bez reszty oddał się misji. Podróżował po całym kontynencie, nawiązując przyjaźnie z najpotężniejszymi władcami i wpływowymi hierarchami tamtych czasów.
Kiedy jednak wrócił do Pragi, popadł w ostry konflikt z księciem Bolesławem. Powód był dramatyczny: Wojciech stanął w obronie kobiety oskarżonej o cudzołóstwo. Mimo jego wstawiennictwa, kobietę zamordowano, a on sam musiał uchodzić do Rzymu. Tam dotarła do niego kolejna tragiczna wiadomość – w ramach zemsty rodowej wymordowano niemal całą jego rodzinę. Droga powrotna do ojczyzny została definitywnie odcięta. Wtedy Wojciech skierował wzrok na północ.

Ostatnia prosta: Kierunek Pomezania
Za namową przyjaciela, cesarza Ottona III, Wojciech postanowił ruszyć z Ewangelią do Prusów. W 997 roku dotarł do Gdańska, gdzie początkowo ewangelizował z sukcesem. Czuł jednak, że jego miejsce jest tam, gdzie o Chrystusie jeszcze nie słyszano. Opuścił bezpieczne mury miasta i ruszył w głąb dzikiej Pomezanii.

Tamtejsza ludność zareagowała na jego obecność agresją. Misjonarzowi wprost grożono śmiercią, żądając, by natychmiast opuścił ich ziemie. Mimo to, 23 kwietnia 997 roku, Wojciech wraz z towarzyszami odprawił mszę świętą na leśnej polanie. Właśnie tam dopadli ich napastnicy. Według tradycji pierwszy cios został zadany wiosłem. Chwilę później ciało biskupa przeszyło siedem włóczni.
Wiara, która musi kosztować
Czytając o jego losach, przypomniałem sobie komentarz o. Mieczysława Łusiaka SJ, który usłyszałem kiedyś w aplikacji Pogłębiarka. Odnosząc się do Ewangelii wg św. Jana (J 6, 22-29), jezuita napisał:
Wiara w to, że Bóg może spełnić nasze prośby, nic nie kosztuje i w związku z tym nie ma specjalnej wartości. Wartość prawdziwą ma tylko naśladowanie Chrystusa oparte na wierze.
Wojciech jest mistrzem tak rozumianego naśladowania. Poszedł za Mistrzem aż do końca, oddając życie za ludzi, którzy kompletnie nie byli zainteresowani jego nauką. Przecież mógł odpuścić po pierwszych groźbach i wrócić tam, gdzie przyjmowano go z honorami.
Zrobił jednak coś, co nas – współczesnych – autentycznie dziwi. Bardziej niż nietypowe pastorały czy wiosło w rękach biskupa. Może właśnie to jest wyznacznikiem prawdziwej wiary: że nie do końca da się ją „racjonalnie” zrozumieć.











