Św. Piotr Chanel dzień przed śmiercią powiedział: „Nie szkodzi, jeśli ja umrę. Religia chrześcijańska już tak zapuściła korzenie na tej wyspie, że nie zostanie zniszczona mimo mojej śmierci."
Kierunek: wyspa kanibali
Cuet, departament Ain, Francja. Rok 1803. W ubogiej wiejskiej rodzinie rodzi się chłopiec, który zanim skończy dwanaście lat, będzie pasał owce, a nim skończy trzydzieści siedem – stanie się pierwszym męczennikiem całej Oceanii. Piotr Ludwik Maria Chanel wyrósł w świecie spokojnym do bólu: burgundzkie łąki, wiejski ksiądz Trompier uczący go łaciny przy wieczornym stole, a potem seminarium w Belley i pierwsza parafia – zaniedbana, ale ożywiona w trzy lata jego cichą gorliwością.
Marzył jednak o czymś innym. Czytał listy misjonarzy z Azji i Ameryki i wiedział, że nie urodzi się po to, by całe życie spędzić nad Rodanem. W 1831 roku wstąpił do Towarzystwa Maryjnego – marystów – kongregacji, którą papież Grzegorz XVI rok później wysłał na podbój Pacyfiku. L'esprit missionnaire – duch misyjny – płonął w w nim z mocą.

12 listopada 1837 roku szalupa marynarzy wyładowała na piaszczystym brzegu Futuny skromny dobytek księdza Piotra, brata zakonnego Marie-Niziera Delorme'a i angielskiego świeckiego Tomasza Boaga. Wyspa miała zaledwie 83 kilometry kwadratowe i duszną atmosferę świata, który dopiero co porzucił kanibalizm.
Vikasio – człowiek najlepszego serca
Miejscowy król Niuliki przyjął przybyszów przychylnie. Przez długie miesiące ojciec Piotr uczył się języka futunijskiego, nie głosząc jeszcze kazań. Zamiast tego opatrywał rany, pracował w ogrodzie, siedział przy łóżkach chorych. Wyspiarzom to wystarczyło. Szybko obdarzyli go przydomkiem Vikasio – „człowiek najlepszego serca". Jego największą bronią misyjną nie były długie kazania ani chwyty retoryczne, lecz gotowość do przytulenia trędowatego i uśmiech.
Był i inny wymiar tej historii, bardziej niepokojący. W 1839 roku potężny cyklon zniszczył niemal wszystkie domy i plantacje na wyspie. Część tubylców uznała kataklizm za zemstę bogów – karę za zbliżanie się do obcej wiary. Inni szeptali, że biały czarownik sam ściągnął huragan. Ziarno nieufności kiełkowało powoli, ale konsekwentnie.

Sam ojciec Piotr pisał do brata zakonnego ze spokojem, który graniczył z heroizmem: „Na tak trudnej placówce misyjnej powinniśmy być świętymi". I dodawał do codzienności: opatrunki, modlitwa różańcowa na wieczornej plaży, nauka języka, ogród.
Gra o tron i dusze
Król Niuliki nie był głupcem. Rozumiał doskonale, co oznacza chrześcijaństwo: jeśli jest jeden Bóg, to on – jako najwyższy kapłan i władca boskiego pochodzenia – traci fundament swojej władzy. Przez dwa lata znosił misjonarza, obserwując, jak kolejni wyspiarze przychodzą do jego chaty po naukę. Starszyzna plemienna była podzielona. Czas pracował przeciwko królowi.
Miarka się przebrała, gdy Meitala – syn samego Niuliki – wyraził wolę przyjęcia chrztu. To był akt nieposłuszeństwa wobec ojca i wobec bogów jednocześnie. Król zareagował tak, jak reagowali władcy w obliczu zagrożenia dla swojego boskiego mandatu: wysłał oprawców.
Na czele grupy stanął Musumusu – zięć króla i jego najbardziej zaufany wojownik. Był człowiekiem odważnym i bezwzględnym. Zanim jednak wykonał rozkaz, udał się do ojca Piotra z udawaną raną na głowie. Misjonarz – który tamtego dnia był sam, bo brat Marie-Nizier wyruszył w odwiedziny do chorych – opatrzył ranę bez słowa podejrzeń. Vikasio nie potrafił odmówić.
28 kwietnia 1841
Kiedy Musumusu był opatrywany jego kompani wdarli się przez drugie wejście i zaczęli demolować chatę. Wojownik chwycił motykę ogrodową i zadał śmiertelną ranę. Ojciec Piotr przyjął go niemal bez oporu. Przekazy mówią, że powtarzał tylko: „Nie szkodzi". Przed ostatnim ciosem wypowiedział słowa, które zdają się wyjęte z innego porządku: „Moja śmierć jest dla mnie jedynie dobrem".
Córki Niuliki były przy nim, gdy konał z powodu śmiertelnej rany.. Pochowały go potajemnie, nim król zdążył nakazać zbezczeszczenie zwłok.
Wiadomość o śmierci dotarła do biskupa Pompalliera w Nowej Zelandii dopiero po kilku miesiącach. Kiedy w grudniu 1841 roku do brzegów Futuny przybił francuski okręt wojenny, Musumusu był już królem. Czekał spokojnie na aresztowanie przez żołnierzy. Żaden nie przyszedł.

Nawrócenie kata
To, co wydarzyło się w kolejnych miesiącach, wymknęło się wszelkim politycznym kalkulacjom Niuliki. Katechumeni, których ojciec Piotr zdążył przygotować do chrztu, sami zaczęli głosić Ewangelię sąsiadom. W niespełna pięć miesięcy po męczeństwie wszyscy mieszkańcy wyspy Futuna przyjęli chrzest.
A Musumusu? Zabójca Vikasio poprosił o katechezę. Przyjął chrzest. Wyznał swój grzech publicznie. I zanim umarł, wyraził ostatnie życzenie: pochować go przed wejściem do kościoła w Poi – tak, żeby każdy, kto przychodzi oddać hołd świętemu Piotrowi, musiał przejść wprost po jego grobie.
Owoce
Futuna jest dziś wyspą w niemal stu procentach katolicką. Tradycyjny drewniany bęben – lali – zwołuje wiernych na Eucharystię zamiast kościelnego dzwonu. Papież Pius XII kanonizował Piotra Chanela w 1954 roku, ogłaszając go pierwszym męczennikiem i patronem Oceanii. W 1977 roku relikwie powróciły na wyspę.

28 kwietnia jest na Wallis i Futunie świętem państwowym.
L'esprit missionnaire ojca Piotra okazał się niezniszczalny.
Źródła: Wikipedia, peterchenel.info, maristarchives.omeka.net, opoka.org.pl, kosciol.wiara.pl, www.wn.catholic.org.nz, betweenthepa.ws,











