Siedziałam przy kuchennym stole. W domu panował ten charakterystyczny poranny chaos: ktoś szukał skarpetki, ktoś krzyczał z drugiego pokoju, że nie może znaleźć zeszytu, w czajniku zaczynała już śpiewać woda.
Gdy jedno zdanie zatrzymuje cię przed ekranem
Otworzyłam laptopa tylko na chwilę. Chciałam sprawdzić jedną rzecz.
I wtedy zobaczyłam ten nagłówek.
Artykuł w amerykańskim magazynie The Cut. Tytuł uderzał wprost: “Stories From Real Women Who Regret Having Children” – „Historie prawdziwych kobiet, które żałują, że mają dzieci”.
Przeczytałam te wyznania i komentarze pod nimi z rosnącym zdumieniem. Tekst przedstawiał je jako odważne przełamanie tabu, jakby wreszcie ktoś miał powiedzieć „prawdę o macierzyństwie”.
Czytałam. I czułam, jak narasta we mnie coś pomiędzy zdumieniem a smutkiem.
Bo jedna z kobiet twierdziła:
„Kocham mojego syna. Oddałabym za niego życie. Ale nienawidzę bycia matką.”
Zatrzymałam się przy tym zdaniu.
I pomyślałam: to się po prostu nie składa w jedną całość.
Zdanie sprzeczne
Jestem mamą. Mamą wielodzietną. W moim domu nie ma ciszy, perfekcyjnego porządku ani hygge weekendów, o których piszą lifestyle’owe magazyny.
Ale kiedy czytam zdanie: „Kocham swoje dziecko, ale nienawidzę bycia jego matką”, mam wrażenie, że ktoś próbuje rozdzielić rzeczy, których rozdzielić się nie da.
Macierzyństwo nie jest dodatkiem do relacji z dzieckiem.
Macierzyństwo jest właśnie tą relacją.
To więź, która zaczyna się zanim dziecko zobaczy świat. Gdy przewraca się z boku na bok. Kopie, ma czkawkę i wszystko to czuję przez brzuch.
To tysiące drobnych gestów: przytulenie malucha, który w nocy wturlał się do łóżka rodziców, bo go obudził koszmar. Zaplecenie warkoczyków. Mała dłoń, która nagle obejmuje twoją twarz i mówi: „Mamo, jesteś najpiękniejsza”. Straszliwy, ale pyszny naleśnik upieczony samodzielnie przez dumnego czterolatka.
Jak można oddzielić jedno od drugiego?
Czego tak naprawdę żałują te kobiety?
Kiedy czytałam dalej, zaczęłam widzieć coś jeszcze.
Nie chodziło tak naprawdę o dzieci.
W tych historiach powtarzał się jeden motyw: utracony spokój, brak "leniwych" weekendów, podczas których można leżeć w łóżku do popołudnia, mniej pieniędzy na własne przyjemności i luksusy, mniej czasu dla siebie.
Macierzyństwo jawiło się tam jak strata. Jakby kobieta coś oddała – i już nigdy nie odzyskała.
Ale przecież każdy, kto naprawdę przeżywa rodzicielstwo, wie, że jest dokładnie odwrotnie.
Tak, coś tracimy. Tracimy wygodę. Skoncentrowanie na sobie i swoich przyjemnościach. Tracimy pustkę egoizmu. Jako bonus dostajemy coś, czego nie da się kupić ani zaplanować.
Relację, która zmienia człowieka od środka.
Paradoks naszych czasów
Zastanawiałam się, jak doszliśmy do momentu, w którym publicznie opowiada się takie historie – i przedstawia je jako głos „wyzwolenia”.
Bo przecież jest w tym coś głęboko smutnego.
W jednym z komentarzy ktoś napisał, że istnieje grupa w mediach społecznościowych o nazwie „I Regret Having Children”. Ma prawie sto tysięcy obserwujących. Organizatorzy zapewniają anonimowość, bo wiedzą, że takie słowa są społecznie nie do przyjęcia.
Tak, są nie do przyjęcia. Bo wyobraźmy sobie dziecko, które kiedyś trafi na taki wpis swojej mamy.
Przeczyta zdanie, które mówi wprost: „Moje życie byłoby lepsze, gdybyś się nie urodził.”
Trudno mi nawet sobie wyobrazić tę traumę.
Test rzeczywistości
Paradoksalnie artykuł wywołał coś zupełnie innego, niż planowali jego autorzy.
W sieci zaczęły pojawiać się tysiące odpowiedzi mam. Mam miażdżących tę prymitywną propagandę.
Jedna z nich napisała:
„Nie znoszę leniwych weekendów. Bycie mamą to największa radość w życiu.”
Inna kobieta opowiedziała o chwili, kiedy jej czteroletnia córka położyła małą rękę na jej policzku i powiedziała: „Mamo, jesteś moją najlepszą przyjaciółką.”
I dodała jedno zdanie:
„Żadne pieniądze ani wolny czas nie są warte tyle, co ta chwila.”
Czytałam te komentarze i pomyślałam: to jest prawdziwa historia macierzyństwa.
Nie ta z nagłówków, a ta z codzienności.
Nie zostaliśmy stworzeni dla wygody
W tym kontekście przypomniały mi się słowa Benedykta XVI:
„Nie zostaliście stworzeni dla wygody. Zostaliście stworzeni dla wielkości.”
Macierzyństwo nie jest wygodne. Nigdy nie było.
Ale jest jednym z najpiękniejszych sposobów, w jaki kobieta może przeżyć swoje powołanie – jako żona, jako matka, jako ktoś, kto daje życie i pomaga mu wzrastać.
Najpiękniejsza odpowiedź
Kiedy zamknęłam laptopa, w kuchni cały czas było głośno.
Ktoś się śmiał. Ktoś miksował koktajl owocowy. Ktoś cały czas nerwowo szukał skarpetki.
I nagle pomyślałam, że te wszystkie artykuły o „żałowaniu dzieci” są albo zmyślone, albo opisują patologię.
Bo czy jest coś piękniejszego niż chwila kiedy dziecko przytula się bez powodu.
A drugie wręcza ci koktajl ze słowami: Wyglądasz na smutną, to cię pocieszy, pychotka".
Nie dajcie sobie obrzydzić macierzyństwa. Naprawdę nie ma kobiet, które pod koniec życia by mówiły: "Och żałuję, że nie wspięłam się wyżej na szczeblach kariery", albo "Zrobiłam sobie za mało operacji plastycznych".
Za to słyszałam wiele kobiet, które mówiły: "Żałuję, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci."
PS. Kiedy zaczęłam szukać więcej informacji o tym tekście, zobaczyłam, że podobny ton dominuje w polskich mediach głównego nurtu. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest tylko jeden artykuł. To narracja, która próbuje zmienić sposób, w jaki mówi się o macierzyństwie. Jednocześnie kanalizując instynkt macierzyński na "psieckach".
I tak sobie pomyślałam, oj kłamiecie drogie panie, kłamiecie. "Leniwe" weekendy, podczas których można leżeć w łóżku do popołudnia? Z psieckiem ujadającym od świtu, bo potrzebuje na spacer? Akurat.










