Na nadzwyczajnej sesji rady gminy Tarnowo Podgórne, w połowie kwietnia 2026, poświęconej zdrowiu psychicznemu dzieci i młodzieży, alarmowano, że młodzi mieszkańcy gminy znajdują się w dramatycznym kryzysie psychicznym i wymagają natychmiastowej pomocy. Brzmi poważnie. Problem w tym, że alarm oparto na ankiecie przeprowadzonej w szkołach za plecami rodziców, wyłącznie na podstawie samooceny nastolatków i autorskiego narzędzia badawczego, którego wnioski zaczęły funkcjonować jak ostateczny werdykt.
Nadzwyczajna sesja i nadzwyczajna diagnoza
Nadzwyczajne sesje rady gminy nie zdarzają się codziennie. Tym razem powód miał być wyjątkowo poważny: alarmujące wyniki raportu o stanie zdrowia psychicznego młodzieży w Tarnowie Podgórnym. Radni, dyrektorzy szkół, psycholodzy i pedagodzy szkolni usłyszeli, że nastolatki są w bardzo złej kondycji, zmagają się z poważnymi trudnościami, a dorośli stoją wobec kryzysu, który należy jak najszybciej opanować.
Lubisz nasze artykuły?
Na tej podstawie zaczęto mówić o konieczności rozszerzenia opieki psychologicznej i psychiatrycznej nie tylko na uczniów szkół, lecz także na dzieci w przedszkolach. Logika wydaje się prosta: skoro dane wskazują na dramat, odpowiedzią powinna być szeroka, systemowa interwencja. Tyle że za tym „dramatem” stoją nie diagnozy kliniczne, lecz kwestionariusz wypełniany w szkolnych ławkach.
Ankieta, która miała być fotografią, a stała się wyrokiem
Podstawą całej tej narracji o kryzysie jest diagnoza świadomości zdrowia psychicznego i behawioralnego adolescentów, przeprowadzona w styczniu 2026 roku. Z zewnątrz wygląda to przekonująco: obszerny raport, tabele, wykresy, precyzyjne procenty. W rzeczywistości mamy do czynienia z klasycznym badaniem audytoryjnym – ankieterzy wchodzą do klas, rozdają kwestionariusze, a uczniowie wypełniają je jednocześnie, pod nadzorem dorosłych.
Kwestionariusz jest autorski, osadzony według deklaracji autorów w literaturze socjologicznej, modelu Lalonde’a i teorii rezyliencji. Innymi słowy - autorzy ankiety mieli już konkretne założenia i z tymi założeniami wchodzili do klas. Uczniowie odpowiadali na pytania o samopoczucie, stres, relacje, korzystanie z pomocy, ale także o sytuację finansową rodziny, status cywilny rodziców, liczbę rodzeństwa, wykształcenie mamy i taty. Wszystko to w warunkach szkolnej sali, w obecności rówieśników, co sprzyja presji rówieśniczej.
Nie są to dane kliniczne, lecz wyłącznie deklaracje – subiektywne odczucia nastolatków. Sam raport określa je jako „poziom świadomości” zdrowia psychicznego, a nie rozpoznanie zaburzeń. Nie zbierano danych od rodziny, szkoły, poradni. Nie przeprowadzono nawet standaryzowanych badań zdrowia psychicznego. To była tylko ankieta. Mimo to w przestrzeni publicznej ankieta zaczęła funkcjonować tak, jakby stanowiła obiektywny dowód na skalę problemów wymagających natychmiastowej interwencji.
Tajemnica przed rodzicami
Najbardziej uderzające w tej historii jest to, czego w oficjalnym raporcie… nie ma. W nocie metodologicznej znajdziemy szczegółowy opis szkół, liczebności klas, terminy badania oraz zastosowane analizy statystyczne. Nie ma natomiast informacji o tym, w jaki sposób i kiedy poinformowano rodziców o samym badaniu.
Tymczasem wiadomo, że ankiety przeprowadzono bez świadomej zgody rodziców. W styczniu bieżącego roku wywołało to niemałe poruszenie. Dzieci pytano nie tylko o wrażliwe dane dotyczące sytuacji rodzinnej, ale także o myśli samobójcze, depresję i inne trudności, a rodzice zostali z tego procesu całkowicie wyłączeni. Najpierw z decyzji, potem z interpretacji, a na końcu sprowadzeni do roli odbiorców gotowych rozwiązań, które gmina zamierza im „zapewnić”.
Lubisz nasze artykuły?
Z badań świadomości do polityki zaburzeń
Autorzy raportu podkreślają socjologiczny charakter badania. Miało ono pokazać, jak młodzież rozumie zdrowie psychiczne, jakie widzi zagrożenia i jak ocenia dostępność pomocy. Problem pojawia się w chwili, gdy taka „fotografia świadomości” zaczyna stanowić podstawę decyzji o charakterze systemowym.
Na podstawie ankiet planuje się rozszerzanie interwencji psychologicznych i psychiatrycznych, traktując szeroką grupę uczniów jako populację podwyższonego ryzyka. Pojawiają się zapowiedzi objęcia wsparciem także najmłodszych dzieci. Mimo, że ankieta obejmowała tylko nastolatków ze starszych klas szkoły podstawowej i szkół średnich.
Tymczasem deklaracja w anonimowej ankiecie, wypełnianej w szkolnej klasie, nie zastępuje diagnozy. Nie uwzględnia kontekstu, rozmowy ani relacji. Co więcej, sam raport wskazuje na niski poziom zaufania młodzieży do szkoły jako miejsca wsparcia. W takiej sytuacji nasuwa się pytanie, czy odpowiedzią powinno być zwiększanie liczby procedur, czy raczej budowanie relacji.
Kto naprawdę potrzebuje diagnozy?
Patrząc na tę sytuację z dystansu, można odnieść wrażenie, że diagnozy wymagają nie tylko nastolatki, lecz przede wszystkim system, który ma im pomagać.
Jeśli badanie oparte na samoocenie, przeprowadzone bez udziału rodziców, staje się podstawą do ogłaszania kryzysu i planowania szerokich interwencji, pojawia się problem proporcji. Jeśli dane o rodzinie zaczynają służyć do identyfikowania „grup ryzyka”, pojawia się pytanie o szacunek dla tych rodzin. Jeśli rodzice dowiadują się o wszystkim na końcu – z raportu i nagłówków z mediach – trudno mówić o zaufaniu.
Co gorsza, gdy zaczynamy traktować całą populację dzieci i młodzieży jako zaburzoną klinicznie, paradoksalnie pogłębiamy tylko w młodych poczucie bezradności, nieszczęścia, porzucenia. Zamiast niezbędnej profilaktyki zdrowia psychicznego – czyli pokazywania pozytywnych wzorców dbania o siebie, swoje zdrowie psychiczne, fizyczne i relacyjne, traktujemy wszystkich jako osoby zaburzone, wymagające pomocy specjalistycznej. W dodatku w tajemnicy przed najważniejszym czynnikiem chroniącym zdrowie psychiczne nieletnich – przed ich rodzicami.
Jak powinna wyglądać prawdziwa, prozdrowotna edukacja? Przeczytaj ważny artykuł na ten temat:
Lubisz nasze artykuły?











