separateurCreated with Sketch.

„Umarłem 5 marca 1994 roku”. To, co przyszło później, zmieniło wszystko. [wywiad]

Philippe Croizon et Suzana Sabino, le 01 octobre 2009, dans le bassin de la piscine de Chatellerault.

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Anna Ashkova - publikacja 10.05.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Życie Philippe’a Croizona, 58-letniego Francuza, zmieniło się całkowicie 5 marca 1994 roku. Po porażeniu łukiem elektrycznym na dachu swojego domu został czterokończynowym amputantem.

Philippe Croizon po wypadku postanowił przemienić to doświadczenie w niezwykłą ludzką przygodę. Spotkanie z tym niezwykłym człowiekiem przy okazji premiery filmu „Pour le meilleur”, który od 22 kwietnia trafia do kin i opowiada jego historię.

„Umarłem 5 marca 1994 roku. Wszystko, co przeżywam dzisiaj, to już bonus” – mówi Philippe Croizon. Tego dnia, mając 26 lat, demontował antenę na dachu swojego domu w Saint-Rémy-sur-Creuse (departament Vienne). Jego ciało zetknęło się z linią wysokiego napięcia. Przez dwadzieścia długich minut przepływał przez nie prąd o napięciu 20 000 woltów. Przeżył ten wypadek w sposób niemal cudowny, dzięki odwadze sąsiada, który przyszedł mu na ratunek, ale stracił ręce i nogi.

Rozpoczęło się wówczas inne życie. Życie, które trzeba było zaakceptować, odbudować, oswoić… Wspierany przez swoje dzieci, a przede wszystkim przez Suzannę, którą poznał w 2006 roku na portalu randkowym, stopniowo na nowo uczył się iść naprzód, mieć nadzieję i znów smakować życie. Ich historia miłości, trwająca od dwudziestu lat, stała się dla niego punktem oparcia. „Suzanna dała mi chęć życia i pójścia dalej” – mówi po prostu.

Od tego czasu Philippe Croizon podejmuje wyzwania, które wydają się niemożliwe: przepłynięcie kanału La Manche w 2010 roku, połączenie pięciu kontynentów wpław w 2012 roku, rekord nurkowania w 2013 roku, a nawet udział w rajdzie Dakar w 2017 roku. Życie naznaczone próbami, ale przede wszystkim odpornością i miłością, zostało dziś przeniesione na ekran w filmie „Pour le meilleur”, który od 22 kwietnia można oglądać w kinach. Spotkanie z człowiekiem wyjątkowym.

Lubisz nasze artykuły?

Aleteia: 5 marca 1994 roku Pańskie życie zmienia się całkowicie: 20 000 woltów przechodzi przez Pańskie ciało. Przeżywa Pan w sposób niemal cudowny, ale traci ręce i nogi. Mówi Pan, że tego dnia „tamten” Philippe umarł i że potrzebował Pan ponad dziesięciu lat, by przywitać się z „nowym” Philippe’em. Jak przeżył Pan to przejście?

Philippe Croizon: To była długa droga. Przeszedłem przez słynne pięć etapów żałoby: zaprzeczenie, gniew, depresję, negocjowanie i akceptację. Ale najtrudniejszy moment ze wszystkiego, co przeżyłem, to był powrót do domu. Kiedy wróciłem do siebie, stworzyłem szósty etap: etap „idioty”. Wszyscy znają mnie jako człowieka sympatycznego, pogodnego, zawsze gotowego powiedzieć coś głupiego i zażartować. I to prawda – taki jestem. Ale wtedy nie zwracałem uwagi na innych. Byłem zrzędliwy.

Mówi się, że miłość dodaje skrzydeł – Suzanna dała mi płetwy!

Kiedy mówi Pan o etapie negocjowania – z kim Pan wtedy negocjował?

Kiedy leżałem w szpitalu i obudziłem się po dwóch miesiącach śpiączki, postanowiłem żyć dla moich dwóch synów. Myślę, że jak wiele osób, rozmawiałem wtedy z Bogiem. Powiedziałem Mu: „Jeśli jesteś, to teraz potrzebuję pomocy, bo sam sobie nie poradzę”. Odpowiedzią jest to, że wciąż tu jestem. Zostałem ochrzczony. Chodzę do kościoła, jak wszyscy, kiedy czuję taką potrzebę. Spotkałem nawet papieża Jan Paweł II w bazylice św. Marcina w Tours w 1996 roku. Pamiętam, że mrugnąłem do niego okiem. On odpowiedział tym samym. Potem chwilę rozmawialiśmy. To było zupełnie szalone! Przyznaję jednak, że nie stałem się przez to szczególnie pobożny.

W 2006 roku Pańskie życie zmienia się po raz drugi: poznaje Pan Suzannę…

Suzanna dała mi chęć życia i pójścia dalej. Mówi się, że miłość dodaje skrzydeł – ona dała mi płetwy! Nie zdawałem sobie sprawy z ogromu energii, jaką dla mnie wkładała. Tworzymy rodzinę patchworkową z pięciorgiem dzieci, a największym dzieckiem w rodzinie jestem ja. A do tego wpadłem na zupełnie szalony pomysł przepłynięcia kanału La Manche. Między dziećmi, mną i tym projektem została całkowicie pochłonięta.

Kiedy przeczytałem jej książkę „Ma vie pour deux: dans l’ombre du héros” (wyd. Arthaud, 2019), zrozumiałem, bo wcześniej nie dostrzegałem tego, co zrobiła dla mnie, dla nas. Nie widziałem jej cierpienia ani tego, że zapomniała o sobie. Po publikacji książki wyruszyła pieszo z Fatimy do Santiago de Compostela. Niedawno przeszła operację usunięcia mięśniaka ważącego półtora kilograma, a mimo to zdecydowała się iść. Po powrocie powiedziała mi: „Teraz odnalazłam samą siebie”.

Philippe Croizon przygotowuje się do startu w Rajdzie Dakar 2017 podczas kontroli technicznej w Luque w Paragwaju.

Przepłynięcie kanału La Manche to prawdziwy Everest dla pływaków. Jak przeżył Pan to doświadczenie w 2010 roku?

Każdego roku około 500–700 osób próbuje przepłynąć kanał La Manche, a udaje się to tylko około pięćdziesięciu. Ale wtedy o tym nie wiedziałem, ani Suzanna też nie. Powiedziała „tak” z miłości i z niewiedzy – tak jak ja. Zainspirowała mnie Marion Hans, pierwsza Francuzka, która przepłynęła kanał wpław 1 sierpnia 1994 roku. Oglądałem ją w telewizji ze szpitalnego łóżka. Kiedy zrozumiałem, że to 34 kilometry w linii prostej i że tylko 10% sprawnych pływaków daje radę, pomyślałem: „W co ja się wpakowałem?”. Ale było już za późno. Mark Twain powiedział: „Nie wiedzieli, że to niemożliwe, więc to zrobili”. To absolutna prawda. Za każdym razem, gdy podejmuję wyzwanie, nie wiem, że jest niemożliwe. Ruszam, a dopiero potem odkrywam, że może być trochę trudno… ale doprowadzam to do końca.

Skąd wzięła się u Pana ta odporność?

Myślę, że dziś żyjemy w społeczeństwie, w którym każdy jest ofiarą czegoś. Nikt za nic nie odpowiada. Uczy się nas bycia ofiarą, lęku, wątpliwości. Ja natomiast przestałem zadawać sobie pytanie: „Czy mogę?”. Po prostu działam. To, że otwieram drzwi, pozwala mi iść dalej. Ośmieliłem się prosić o pomoc – i to zadziałało.

Wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że się pracuje.

Dziś jestem właścicielem swojego życia. Umarłem 5 marca 1994 roku. Wszystko, co przeżywam teraz, to bonus. Ludzie mówią, że po porażeniu prądem o napięciu 20 000 woltów stałem się dystrybutorem pozytywnej energii.

Czy przepłynięcie kanału La Manche zmieniło Pana wewnętrznie?

Lubisz nasze artykuły?

Tak, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Przed rozpoczęciem treningów ważyłem o 25 kilogramów więcej niż dziś. Miałem 40 lat. Nie umiałem pływać. Musiałem stać się sportowcem na wysokim poziomie: 4000 kilometrów pływania w ciągu dwóch lat, 35 godzin tygodniowo w wodzie, sześć godzin ćwiczeń wzmacniających tygodniowo. Przez dwa lata to było cierpienie za cierpieniem – dla mnie i dla Suzanny. Jest takie zdanie, które ludzie powtarzają lekko: „po burzy wychodzi słońce”. My przeszliśmy przez huragany. A dziś jesteśmy w słońcu. Warto było cierpieć. Kocham swoje życie dzisiaj, bo coś z nim zrobiłem. Jestem szczęśliwy.

Później dokonał Pan wielu wyczynów: połączył Pan pięć kontynentów wpław w 2012 roku, pobił rekord głębokości nurkowania dla czterokończynowego amputanta w 2013 roku, a w 2017 roku wziął Pan udział w rajdzie Dakar jako kierowca… Czy to były tylko wyczyny sportowe, czy szukał Pan czegoś więcej?

To są przede wszystkim ludzkie przygody! Na początku, gdy wyruszyliśmy, by połączyć pięć kontynentów wpław, myśleliśmy, że to będzie w 90% wyczyn sportowy i w 10% przygoda ludzka. Na końcu było odwrotnie: 90% stanowiła przygoda ludzka, a wyczyn sportowy zszedł na dalszy plan.

Jakie będzie Pańskie kolejne wyzwanie?

Spać! Nie mam teraz konkretnego pomysłu na przygodę. Może jutro pojawi się jakieś pragnienie. Ale dziś lubię to, co robię. Uwielbiam moje konferencje – prowadzę ich od 80 do 120 rocznie. Chciałbym przekształcić je w formę monodramu i otworzyć dla szerszej publiczności. Zobaczymy!

Mówił Pan, że po wypadku stał się Pan zrzędliwy. Co chciałby Pan dziś powiedzieć tamtemu Philippe’owi?

Czy było warto czekać dziesięć lat?

Pańska historia trafiła dziś na scenę. Co chciałby Pan, żeby widzowie poczuli, wychodząc z sali?

Żeby wyszli z myślą: „Ja też mogę”. Niekoniecznie przepłynąć kanał La Manche, ale może napisać książkę, wrócić na studia… Wszystko jest możliwe, pod warunkiem, że się pracuje. Teraz wasza kolej!

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.