Temat ten przez długi czas był tabu, jednak w ostatnich latach „można dostrzec wyraźną zmianę: ludzie stają się bardziej świadomi, że tego tematu nie da się uniknąć, że trzeba stawić mu czoła, że zadają pytania i angażują się” – zauważa niemiecki jezuita o. Hans Zollner, ceniony teolog, psycholog i psychoterapeuta, który kieruje Instytutem Antropologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriana w Rzymie. Jest on jednym z czołowych międzynarodowych ekspertów w dziedzinie ochrony nieletnich i osób bezbronnych.
Lubisz nasze artykuły?
Ostrzega on jednak, że sama świadomość nie wystarczy i że czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Musimy być „znacznie bardziej szczerzy, konsekwentni i przejrzyści w braniu odpowiedzialności – dotyczy to zarówno tych, którzy dopuszczali się nadużyć, jak i tych, którzy nie potraktowali tych spraw właściwie lub nienależycie stosowali normy kościelne”.
O. Zollner podczas wizyty w Słowenii udzielił pogłębionych odpowiedzi na pytania dziennikarzy słoweńskiej redakcji Aletei.
Walka z nadużyciami
Od wielu lat pracuje Ojciec w obszarze walki z wykorzystaniem w Kościele. Co daje Ojcu siłę, by trwać przy tym wymagającym zadaniu?
Po pierwsze, oczywiście moja wiara w to, że to Jezus Chrystus powołał nas, byśmy szli za Nim i Jego przykładem: by być dla ludzi, towarzyszyć im w drodze poszukiwania Boga i żyć tym, czego chce Ewangelia – kochać Boga, bliźniego i samego siebie. A to w szczególny sposób oznacza bycie przy tych, którzy są mali, bezbronni lub zranieni. Wierzę, że to, co robię, jest częścią misji Kościoła, częścią głoszenia Ewangelii.
Drugą rzeczą, która umacnia mnie przez lata, są spotkania z osobami skrzywdzonymi. To ludzie, którzy doświadczyli nadużyć, ale poszli naprzód i nie pozwolili, by to doświadczenie stało się ich jedyną definicją. Wiele ofiar, które spotkałem na całym świecie, głęboko mnie poruszyło tym, jak mierzyły się ze swoim cierpieniem. Słuchanie tego nie zawsze było łatwe, podobnie jak znoszenie napięć i różnych oczekiwań. Jednak wielu z nich mówi mi wprost, że mają nadzieję, iż będę kontynuował tę pracę.

Trzecia kwestia: dla wielu ludzi, których spotykam – studentów naszego instytutu na Gregorianie oraz wielu osób na wykładach na całym świecie – jest bardzo ważne, aby dalej realizować tę misję. Widzę, że istnieje zainteresowanie, nawet jeśli jest to trudne, i że ludzie chcą brać w tym osobisty udział.
Klerykalizm
Papież Franciszek często mówił o klerykalizmie jako o jednej z przyczyn nadużyć. Jak objawia się on w codziennym życiu kościelnym i co mogą zrobić świeccy?
Klerykalizm wynika z przekonania, że dana osoba jest postrzegana jako nadrzędna, nietykalna i sama tego wymaga. „Skoro jestem księdzem lub zakonnicą, skoro jestem dyrektorką katolickiej szkoły lub katechetką, mogę robić i brać to, na co mam ochotę”. Nie ogranicza się to tylko do duchownych. Chodzi o poczucie nietykalności: „Nie wolno mnie krytykować, nie mogę popełniać błędów, jestem lepszy, mądrzejszy, silniejszy od innych”. To jest perspektywa sprawców.
Istnieje jednak również strona świeckich, którzy przez wieki stawiali księży na piedestale i nie pozwalali sobie na ich krytykę.
Wiele osób skrzywdzonych opowiada, że próbowali powiedzieć rodzicom, iż ksiądz lub zakonnica zrobili im coś złego, ale rodzice ich odrzucali: „To niemożliwe”. Albo: „To twoja wina, to ty go sprowokowałeś”. Albo nawet jeśli uwierzyli, nie podejmowali działań, nie szli do sądu kościelnego czy cywilnego, lecz próbowali zamieść sprawę pod dywan – również w imię ochrony dobrego imienia Kościoła lub wspólnoty.
To jest właśnie przykład konsekwencji klerykalizmu. Można go przełamać tylko wtedy, gdy z jednej strony osoby na stanowiskach zrozumieją, że ich posługa nie oznacza nietykalności, lecz wymaga większej odpowiedzialności. A z drugiej strony – gdy wierni będą mogli wyrażać krytykę w sposób pełen szacunku i zgodny z regułami – nie szeptem czy poprzez wybuchy gniewu, lecz konstruktywnie.
Osoby skrzywdzone w centrum
Często mówi Ojciec, że ofiary, osoby skrzywdzone, muszą być w centrum. W jaki sposób wspólnota parafialna może stać się miejscem, gdzie skrzywdzeni odważą się mówić, nie bojąc się, że „zaszkodzą wizerunkowi Kościoła”?
To nie jest proste. To proces uczenia się, który wymaga ogromnej cierpliwości ze wszystkich stron. Najpierw od samych skrzywdzonych, ponieważ we wspólnocie parafialnej z pewnością nie ma wyłącznie ludzi otwartych, ale są też tacy, którzy mają własne wyobrażenia – na przykład, że Kościoła, bez względu na to, co się dzieje, nigdy nie wolno publicznie krytykować. Osobom skrzywdzonym bardzo trudno to zaakceptować.
Wspólnota stoi przed wyzwaniem wspólnego kroczenia drogą wraz ze skrzywdzonymi, ponieważ każda taka osoba ma inne potrzeby. Co powinna zrobić wspólnota? Jedni skrzywdzeni pragną modlitwy, inni chcą uczestniczyć w określonych organach decyzyjnych. Jeszcze inni mogą potrzebować wsparcia finansowego lub innego rodzaju pomocy. Niektórzy chcą być znani publicznie i otwarcie o tym mówić. Inni potrzebują miejsca w parafii, by móc się spotykać i rozmawiać. Ale to nie jest rozwiązanie dla każdego.
Dlatego dla parafii, diecezji czy zgromadzenia zakonnego wyzwaniem jest zawsze dotarcie do konkretnego człowieka i zrozumienie, że nie ma jednego rozwiązania, które pasowałoby do wszystkich skrzywdzonych. Myślę, że najważniejsze byłoby zaakceptowanie faktu, iż jest to proces nauki. Nie ma jednej, uniwersalnej recepty – to wspólna droga nawrócenia, która musi angażować rozum, serce i emocje.

Sprawa Marko Rupnika
Jak ocenia Ojciec działania Kościoła w sprawie Marko Rupnika – zarówno pod kątem przejrzystości, jak i z perspektywy osób skrzywdzonych?
Kilka tygodni temu przyszły do mnie Gloria Branciani i Mirjam Kovač (kobiety wykorzystane przez Rupnika – przyp. red.). To była ich inicjatywa i bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać i porozmawiać. W samą sprawę Rupnika nie jestem bezpośrednio zaangażowany. Ja również wiem tylko tyle, ile widzę w mediach.
Główny problem widzę jednak w przejrzystości, której było i jest za mało. Dla mnie kluczowym pytaniem jest: jak ustalić, kto był kiedy za co odpowiedzialny? I w tym przypadku prawdopodobnie nigdy nie zajdziemy tak daleko, by dowiedzieć się, kto co wiedział i kto powinien był interweniować, a tego nie zrobił, lub wręcz uniemożliwił interwencję innym.
Rozumiem, że opinia publiczna w każdym przypadku oczekuje nazwisk, twarzy osób ukaranych lub jasnych danych o tym, kto co zrobił. Jednak często pewnie nie będziemy w stanie tego ustalić. I to jest złe. Ale jeszcze gorsze jest to, że w każdym przypadku istnieje wielu przełożonych, wiele kompetencji, wiele momentów podejmowania decyzji i często mnóstwo zaangażowanych osób, bez jasności, kto w danym momencie ponosił odpowiedzialność. To jest nasz największy problem strukturalny.
Jest to również największy problem w kontekście wyciągania konsekwencji. Tylko jeśli ktoś ma świadomość – jako biskup, prowincjał, dyrektor czy ktokolwiek inny – że to jest jego odpowiedzialność i musi się z nią zmierzyć, może przyjąć konsekwencje. Jeśli natomiast w danej sytuacji jest trzech mniej więcej równorzędnych decydentów, każdy powie: „Nie, nie byłem sam, ty też przy tym byłeś”.

Wielu ludzi było zachwyconych nauczaniem Rupnika, jego interpretacjami teologicznymi i duchową mocą jego sztuki. Zarzuty o nadużycia przyniosły więc ogromne rozczarowanie. Jaką postawę należy wobec tego przyjąć?
Po pierwsze, co najważniejsze: rozczarowanie i gniew trzeba naprawdę poczuć, zaakceptować i przynieść przed Boga lub przed ludzi. Trzeba być szczerym wobec siebie: „To mnie boli, gniewa, smuci, to mnie dezorientuje”. Najpierw należy dostrzec swoją ludzką i duchową reakcję i przyjąć ją, czyli uczyć się akceptacji. To nie jest łatwe. Im bardziej człowiek się z czymś utożsamia – z osobą lub dziełem (artystycznym) – tym trudniej przyjąć rozczarowanie.
Po drugie: w tym procesie nauki, w tej wewnętrznej pracy, ważne jest, by zauważyć, jak rośnie moja wolność. Wolność do spojrzenia na to, czego Bóg chce ode mnie w tej sytuacji. Ewidentnie byłem tak oczarowany tym rodzajem teologii, sztuki czy duchowości, że zbyt mocno się z nią utożsamiłem. Co Bóg chce mi powiedzieć poprzez to, że stawia mnie przed tym rozczarowaniem?
Jeśli spojrzymy na historię Starego i Nowego Testamentu oraz dzieje Kościoła, ten moment rozczarowania jest bardzo częsty. Król Dawid, wielki bohater, każe zabić męża swojej ukochanej i ma z nią dziecko. Jak to możliwe?! Wielki król, wielki wybawca Izraela! Albo Judasz, jeden z dwunastu apostołów, który zdradził Jezusa.
Lubisz nasze artykuły?
Chodzi o to, byśmy się nauczyli, że wolność dzieci Bożych, o której mówi św. Paweł w Liście do Rzymian, naprawdę oznacza stawanie się wolnym, a nie bezkrytycznie utożsamionym czy wręcz całkowicie zależnym. To (uzależnienie) jest znakiem złego ducha. A jeśli ktoś czyni innych zależnymi od siebie lub manipuluje władzą, by zaspokajać własne potrzeby, jest to jasny znak działania złego ducha.
Dlatego ważne jest rozpoznanie również tego: mimo całego rozczarowania i gniewu, nowa wolność jest możliwa. Mogę wzrastać i odkrywać, że w Kościele zawsze byli i są ludzie, którzy mimo całej swej niedoskonałości szukają Boga i są dla innych. To bolesna, ale konieczna droga wiary w Boga, który pragnie nas prowadzić ku wolności dzieci Bożych i ku pełni życia.
Tłumaczenie ze słoweńskiej edycji Aletei.










![Wykorzystanie seksualne osoby małoletniej jest zabójstwem psychologicznym [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2021/06/shutterstock_1612232029.jpg?resize=300,150&q=75)


