separateurCreated with Sketch.

„Sprawiedliwość owiec”: Nasz recenzent jest zachwycony

Screenshot
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
David Ives - publikacja 25.05.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Dobrze, może brzmieć to niedorzecznie, że film o owcach próbujących rozwiązać zagadkę kryminalną może skłonić człowieka do rozmyślań nad twórczością Chestertona i życiem w ogóle, ale właśnie na tym polega siła filmu „Sprawiedliwość owiec”.

Choć powieść, na podstawie której powstał film „Sprawiedliwość owiec”, czyli Three Bags Full, została opublikowana w 2005 roku — na długo przed tym, zanim seria Na noże stała się fenomenem — trudno nie wyobrazić sobie kogoś w Hollywood przedstawiającego scenariusz tego filmu słowami: „to trochę jak Na noże, tylko zamiast Daniela Craiga śledztwo prowadzą… owce”.

I ktokolwiek przekonał Amazon MGM do realizacji tego projektu, zasługuje na nagrodę, ponieważ „Sprawiedliwość owiec” nie tylko przypomina filmy z serii Na noże (ich najlepsze elementy), ale jest też jednym z najbardziej uroczych i poruszających filmów, jakie trafiły do kin w tym roku. Uwaga, spoilery.

Cudowne życie hodowcy owiec

Historia zaczyna się dość prosto. Na obrzeżach maleńkiej angielskiej wioski Denbrook pasterz George (ciepło zagrany przez Hugh Jackmana) opiekuje się swoim stadem. Każdego dnia karmi owce i podaje im lekarstwa, a każdego wieczoru czyta uważnie słuchającemu stadu jedną ze swoich ukochanych powieści kryminalnych, choć sam George nie wierzy, by owce były w stanie zrozumieć choćby słowo z tego, co mówi. W tej kwestii jednak się myli, ponieważ po każdej wieczornej lekturze owce spierają się o to, kto okaże się winowajcą historii. Lily, najinteligentniejsza członkini stada, zawsze trafia.

Gdy stado prowadzi swoje nocne dyskusje, dowiadujemy się, że owce mają pewne osobliwe przekonania. Na przykład żadna owca nie umiera. Gdy nadchodzi jej czas, po prostu zamienia się podobno w chmurę i idzie paść się na niebie. Mają też dość surową zasadę, zgodnie z którą każde jagnię urodzone zimą powinno zostać odrzucone, ponieważ… tak było od zawsze. Wreszcie okazuje się, że owce posiadają zdolność całkowitego zapominania wszystkiego, czego tylko chcą, po odliczeniu do trzech — niezwykle praktyczny talent, gdy nie chce się pamiętać niczego nieprzyjemnego.

Wstrząsające morderstwo

Wszystkie te przekonania zostają jednak wystawione na próbę, gdy pewnego ranka owce odkrywają, że ich ukochany George został zamordowany. Ich pierwszym odruchem jest oczywiście policzyć do trzech, ale Mopple — jedyna owca przeklęta niemożnością zapominania — upiera się, że zapomnienie o George’u byłoby największą krzywdą, jaką mogłyby wyrządzić swojemu pasterzowi.

Po długich sporach Lily w końcu się zgadza i postanawia wykorzystać zasady dedukcji, których nauczyły się dzięki wszystkim tym opowieściom, aby pomóc jedynemu nieudolnemu policjantowi we wsi rozwiązać sprawę. Niestety Lily może liczyć na realną pomoc jedynie ze strony niemal bezużytecznego Mopple’a, ponurego samotnika — barana imieniem Sebastian — oraz nienazwanego zimowego jagnięcia, które stado wygnało do samotnego życia pod przyczepą George’a. Jest jeszcze drobny problem: żaden z ludzi w miasteczku nie rozumie niczego, co mówi Lily.

Zaskakująco dobry kryminał

Elementy kryminalne są zaskakująco dobrze poprowadzone jak na film o owcach. Zgodnie z wymogami gatunku film pełen jest ekscentrycznych postaci tworzących grono podejrzanych: podejrzanie zachowującego się właściciela lokalnej gospody, rzeźnika zabijającego owce, sąsiedniego pasterza dzierżawiącego ziemię od George’a, tajemniczego nowo przybyłego oraz księdza skrywającego sekret.

Niech to ostatnie nikogo nie niepokoi — sekret nie ma w sobie nic gorszącego. Choć świętoszkowatych widzów może warto uprzedzić, że pojawia się krótka humorystyczna rozmowa owiec stojących przed wiejskim kościołem, próbujących zrozumieć, jak Bóg czczony przez ludzi może być jednocześnie jagnięciem, pasterzem i kawałkiem chleba. G.K. Chesterton zapewne uśmiechnąłby się na widok ich zakłopotania wobec takiego paradoksu.

Owce o sprawach ostatecznych

To, co ten szacowny pisarz z pewnością by docenił, to sposób, w jaki film podejmuje głębsze tematy. Przez większość czasu pozostaje on lekki i pełen uroku, świadomie wykorzystując absurdalność swojego pomysłu. Są jednak momenty, w których stado musi zmierzyć się z własnymi uprzedzeniami, rzeczywistością śmierci oraz konsekwencjami prób wymazywania wszystkiego, co bolesne — i te chwile uderzają równie mocno jak najlepsze ludzkie dramaty. Być może George, oprócz kryminałów, powinien był czytać owcom także Chestertona, zwłaszcza fragmenty The Ethics of Elfland, w których autor przekonuje, że pamięć o tym, jak blisko istnienie znajduje się często od nieistnienia lub katastrofy, może pogłębiać radość i chronić przed uznawaniem dobra za coś oczywistego. Może wtedy stado nie musiałoby uczyć się pewnych lekcji w tak bolesny sposób.

Dobrze, może brzmieć to niedorzecznie, że film o owcach próbujących rozwiązać zagadkę kryminalną może skłonić człowieka do rozmyślań nad twórczością Chestertona i życiem w ogóle, ale właśnie na tym polega siła filmu „Sprawiedliwość owiec”. To naprawdę zabawny film i po seansie człowiek czuje się dobrze, choć część tego dobrego uczucia rodzi się dopiero po odrobinie smutku. Wybierając się na „Sprawiedliwość owiec”, przygotujcie się na uśmiech — ale może weźcie też chusteczkę, tak na wszelki wypadek.

„Sprawiedliwość owiec” jest już w kinach.

Oficjalny trailer:

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.