Klaudia i Łukasz Janiccy przez dwa lata patrzyli na cierpienie Michała, którego nie potrafili uleczyć najlepsi specjaliści. Gdy medycyna rozkładała ręce, a codzienność przepełniał lęk o syna, odkryli jedyne schronienie: modlitwę. Dziś, z sercami pełnymi wdzięczności opowiadają o cudzie: Bóg całkowicie uzdrowił ich dziecko.
To była chwila. Trzylatek wskoczył na bieżnię elektryczną, po czym spadł z niej tak niefortunnie, że taśma bieżni oparzyła mu skroń. Początkowo lekarze zbagatelizowali ranę. Jednak, gdy po kilku dniach wyglądała coraz gorzej, zaniepokojeni rodzice zwrócili się do najlepszego specjalisty w okolicy. Stwierdził oparzenie trzeciego stopnia i zalecił operację, by wyciąć martwe tkanki i przeszczepić skórę.
Wkrótce Janiccy zauważyli dziwną zależność: rana goiła się, przez tydzień do dwóch jej nie było, i pojawiała się z powrotem.
- Bardzo się baliśmy – mówi Klaudia Janicka. – Modliliśmy i równocześnie byliśmy w szoku. Czuliśmy się, jakbyśmy byli bohaterami jakiegoś strasznego filmu.

Rana była wciąż większa
Lekarze nie wiedzieli, co Michałowi dolega. Szukali rozwiązania, przenosząc go z jednego oddziału dermatologii i chirurgii na drugi – w różnych szpitalach na Śląsku. Wybitny specjalista od ran zalecił badania w Krakowie mówiąc, że ten przypadek jest tak dziwny, że nadaje się do czasopism medycznych. Wycinki analizowali tam najlepsi wirusolodzy i immunolodzy. Bezskutecznie.
- Byliśmy przerażeni – mówi pani Klaudia. – To był czas koronawirusa, gdy z każdym przyjęciem do szpitala wiązało się nieprzyjemne pobieranie wymazów z nosa i gardła. Syn przeszedł kilka kolejnych operacji bez skutku. Rana po nich była jeszcze większa. Powoli traciliśmy nadzieję.

Bliscy prosili o pomoc
Rana jątrzyła się i rodzice bali się zakażenia. Mocno krwawiła po każdym otarciu. Dlatego Michał nie mógł chodzić do przedszkola, bawić się w piaskownicy, problemem była zwykła kąpiel. Rodzice pilnowali go w nocy i przewracali na drugi bok, by nie urażał rany. Kupowali najlepsze maści, to znów odstawiali je zupełnie. Nic nie pomagało. Kolejni specjaliści rozkładali ręce.
Rana jątrzyła się przez dwa lata.
- Byliśmy zrozpaczeni - mówi Klaudia. – Doszliśmy do punktu, w którym już kompletnie nie wiedzieliśmy, co robić. Rodzina starała się nam pomóc - przyjaciółka zapalała świece w intencji Michała w katedrach w Niemczech, gdzie mieszka. Dziadkowie codziennie prosili Boga o pomoc dla Michała. Żyliśmy jak w złym śnie.
Lubisz nasze artykuły?

Wyjątkowe spotkanie
We wrześniu 2022 roku Klaudia poszła do nowej pracy, do szkoły w Pyskowicach. Dzieckiem zajęła się babcia. Dziewięć miesięcy później podczas jednej z rozmów, Klaudia zwierzyła się ze swojego problemu s. Elżbiecie ze Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej, nauczycielce w tej samej szkole. Siostra opowiedziała jej o Służebnicy Bożej, s. Dulcissimie, która za życia pomagała chorym, i zmarła w opinii świętości w ich klasztorze w Brzeziu. Zapewniła, że do dziś wyprasza ludziom szczególne łaski.
- Zacznijcie modlić się nowenną do Niej – zachęciła. – Codziennie. Gdy skończycie dziewiąty dzień, zaczynajcie znów od pierwszego.

Zobaczycie: wszystko będzie dobrze
Klaudia, Łukasz i Michał od razu zaczęli modlitwę i… ze zdziwieniem zauważyli, że rana zaczęła się goić. Byli jednak ostrożni: przecież najpóźniej po dwóch tygodniach zawsze znów się pojawiała. Czuli się jakby siedzieli na bombie: bali się, że zaraz wybuchnie. Wciąż jednak nic złego się nie działo. „Zobaczycie, wszystko będzie dobrze” – s. Elżbieta dodawała im otuchy. Minęły trzy tygodnie, potem miesiąc i wszystko było w porządku. Powoli zaczęli wierzyć, że zdarzył się cud. Karolina odstawiła wszystkie maści. Chłopiec zaczął spać bez opatrunku.
- Byliśmy przeszczęśliwi.
Wtedy pojechali pierwszy raz do Raciborza-Brzezia, gdzie spoczywa s. Dulcissima, by jej podziękować. Zapalili znicze, położyli kwiaty. Michał był zdziwiony, że Dulcissima nie żyje - był pewien, że jest inaczej. Za drugim razem spotkali się z siostrami.

Bóg przemawia przez ludzi
Szczęśliwi, wrócili do zwyczajnego życia. Mogą z Michałem chodzić na basen, plac zabaw, jeździć w góry. Dziś Michał ma 8 lat. Z radością patrzą, jak się rozwija i trenuje piłkę nożną. Dużo czasu spędzają całą rodziną na powietrzu: na grach sportowych i wycieczkach. Lubią wspólnie gotować i grać w planszówki.
A gdy rok temu powitali swoje drugie dziecko, córeczkę, nadali jej to samo imię, które s. Dulcissima dostała na chrzcie: Helenka. Chcieli w ten sposób podziękować Jej za opiekę.
Nowennę do s. Dulcisimmy odmawiają cała rodziną codziennie do dziś. Michał zna ją na pamięć. A rana już ani razu się nie pojawiła.
- Bóg przemawia także przez innych ludzi – mówi Klaudia Janicka. – I bywa, że spotyka się kogoś takiego w ciemnym momencie życia.
- Jesteśmy żywym przykładem tego, że wiara czyni cuda – dodaje. – Gdy po ludzku wszystko zawiodło, uratował nas Bóg, przez wstawiennictwo Służebnicy Bożej s. Dulcissimy. Warto uświadomić sobie, że świat duchowy – chociaż go nie widać – istnieje, a cuda się zdarzają.









