Przejdz do tresci glownej

Dyplomacja to za mało. Jak chiński premier został benedyktyńskim mnichem

4 min czytania
Lu Zhengxiang jako dyplomata i opat benedyktyński

Autor: Domena publiczna | MKoala | CC BY-SA 4.0 | Aleteia

Lu Zhengxiang jako dyplomata i opat benedyktyński

Życie Lu Zhengxianga to gotowy scenariusz dobrego filmu z mnóstwem zwrotów akcji. Oto człowiek, który z dyplomaty i polityka stał się… benedyktyńskim opatem!

TODO MESSAGE :

Lu Zhengxiang – człowieka, który z samych nizin wdrapał się na szczyty chińskiej władzy, by ostatecznie odnaleźć pokój w benedyktyńskim habicie. Jego historia pokazuje, jak nieoczywistymi ścieżkami potrafi prowadzić ludzkie życie, gdy pozwoli się działać Opatrzności.

Lubisz nasze artykuły?

Z biedy do paryskich salonów

Lu urodził się w 1871 roku w Szanghaju w ubogiej rodzinie protestanckiej. Choć tradycja nakazywała naukę w akademii konfucjańskiej, młody chłopak wybrał inną drogę. Dzięki nieprzeciętnemu talentowi do języków obcych trafił do szkoły dla tłumaczy przy cesarskim ministerstwie. Szybko opanował francuski – ówczesny język światowej dyplomacji – co otworzyło mu drzwi do wielkiej kariery.

Jako młody pracownik ambasady trafił do Petersburga. To tam poznał miłość swojego życia, Bertę Bovy, córkę belgijskiego wojskowego. Pobrali się w 1899 roku. Berta była katoliczką, a jej głęboka wiara zaczęła powoli kiełkować w sercu młodego dyplomaty.

Kariera Lu przypominała ekspres. Był ambasadorem w Rosji, a po upadku cesarstwa i powstaniu republiki – ministrem spraw zagranicznych, a nawet dwukrotnym premierem Chin. Amerykańscy dyplomaci opisywali go jako „doskonale wykształconego fachowca”. Lu przeszedł do historii jako szef chińskiej delegacji na konferencji w Wersalu po I wojnie światowej. Gdy okazało się, że wielkie mocarstwa oddały chińskie terytoria Japonii, uniósł się honorem. Jako jedyny delegat odmówił podpisu pod traktatem wersalskim.

Zniknęła ostatnia granica

Choć Lu Zhengxiang sprawnie poruszał się w świecie polityki, traktował go z dystansem. Uważał go za dżunglę pełną niebezpieczeństw. Prawdziwy punkt zwrotny w jego życiu nastąpił jednak w 1912 roku. Zainspirowany postawą żony, po latach przemyśleń, przyjął chrzest w Kościele katolickim.

„Obiecałem, że nasze dzieci zostaną katolikami. A skoro nie mamy dzieci, co byś powiedziała na to, że ja sam zostanę katolikiem?” – zapytał rok wcześniej żonę. W swoim pamiętniku zapisał krótko: „Zniknęła ostatnia granica pomiędzy nami”.

Jako szef MSZ próbował nawet nawiązać oficjalne stosunki dyplomatyczne między Chinami a Watykanem. Choć w 1918 roku wszystko było zapięte na ostatni guzik, polityczne zawirowania pokrzyżowały te plany.

Prawdziwy cios nadszedł w 1926 roku. Po ciężkiej chorobie, mimo troskliwej opieki męża i jego pielgrzymek do Rzymu, Berta zmarła. Lu został sam. Świat polityki stracił dla niego jakikolwiek sens.

Zamiast emerytury – habit

Decyzja byłego premiera zaszokowała chińskie elity. Rok po śmierci żony Lu Zhengxiang zapukał do bram benedyktyńskiego opactwa Saint-André w belgijskiej Brugii. Chciał zostać jedynie świeckim oblatem, ale opat przejrzał jego serce i doradził mu radykalny krok. Lu przywdział mnisi habit, przyjmując imię Pierre-Célestin. W 1935 roku przyjął święcenia kapłańskie. W Chinach pukano się w głowę: jak można było „zagrzebać się” w klasztorze na drugim końcu świata?

Dla Lu był to jednak powrót do domu. W benedyktyńskiej liturgii i medytacji Pisma Świętego odnalazł upragnione szczęście. To w celi klasztornej doszedł do wniosku, że międzynarodowe traktaty i dyplomacja to za mało, by zapewnić światu pokój.

Mnich-dyplomata uważał, że współczesne kryzysy nie mają podłoża politycznego, lecz kulturowe i duchowe. Jako „konfucjański chrześcijanin” próbował łączyć tradycję Wschodu z mądrością Zachodu. Kochał rzymskie prawo i grecką filozofię, ale jednocześnie przypominał Zachodowi o cnocie, którą ten niemal całkowicie zgubił – o głębokim szacunku dla rodziców i przodków (pietas). Twierdził, że odcięcie się od własnych korzeni rodzi kulturę śmierci i duchową pustkę.

Ostatnia prosta

Niezwykłe życie byłego premiera docenił papież Pius XII, nadając mu w 1946 roku tytuł honorowego opata. Lu do samego końca miał jedno wielkie marzenie: chciał wrócić do Chin jako misjonarz i założyć tam klasztor benedyktyński. Pragnął dać swojej ojczyźnie duchowe zakorzenienie.

Na przeszkodzie stanęły jednak kłopoty ze zdrowiem i wybuch kolejnej wojny. Opat Pierre-Célestin zmarł 15 stycznia 1949 roku w Belgii. Odszedł tuż przed tym, jak komunistyczny reżim Mao Zedonga brutalnie przejął władzę w jego ojczyźnie i zepchnął wiernych Kościoła do podziemia.

Na łożu śmierci nie było w nim jednak żalu ani lęku. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Tylko jeszcze kilka godzin… zobaczę naszego Pana!... Co za szczęście!”.

Lubisz nasze artykuły?