Przejdz do tresci glownej

Muzułmanin ocalił Jezusa. Z pożaru ocalało tylko drewniane tabernakulum i krzyż

7 min czytania
burnt-churchIMG_8338.JPG-rotated.jpeg

Autor: Arch. prywatne ks. Łukasza Chłopka

Ks. Łukasz na tle spalonej kaplicy

Z pożaru ocalało tabernakulum i krzyż. Misjonarz z Kazachstanu postanowił odbudować miejsce kultu.

TODO MESSAGE :

7 maja 2025 roku, w nocy z wtorku na środę o 23:53 dostałem telefon z wioski Kemenger, oddalonej od naszego miasta Pawłodaru o 22 km: „pali się nasz kościół”

„Pali się nasz kościół”

Proboszczem był wtedy ks. Tomek Jordan, misjonarz z Sędziszowa Małopolskiego. Szybko wsiedliśmy w samochód i wyprzedzając wóz strażacki, który jechał już na miejsce pożaru, dotarliśmy na miejsce. Nasz kościółek to nie była piękna bazylika, ani historyczna drewniana świątynia; od 2015 roku, po pierwszym pożarze, który strawił kompletnie dom rodzinny, w którym był pierwszy kościół, wspólnota przeniosła się do garażu i tam zorganizowała miejsce modlitwy. W międzyczasie był jeszcze jeden mały incydent: stara figurka Matki Bożej zapaliła się od płonącej świecy. Przepaliła się tylko przednia część płaszcza – Maryja cudem ocalała. 

Działania księdza Łukasz możesz śledzić TUTAJ.

Na miejscu byliśmy tuż po północy. Mroczna noc. Księżyc schował się za chmurami. Widzieliśmy tylko dym unoszący się spod dachu naszego kościoła. Pożar trwał od niedzieli do wtorkowej nocy! Na miejscu była już wiejska straż pożarna, kilka osób, w tym nasza parafianka Marina – starościna kościoła. Żywego ognia nie było widać, bo pomieszczenie było szczelnie zamknięte.

Gdybym wszedł nie napisałbym już tego tekstu

Dopiero kiedy ludzie wyłamali drzwi i tlen dostał się do środka, buchnął płomień. Moją pierwszą myślą: wynieść tabernakulum. Od Wielkiego Czwartku było tam już na stałe drewniane tabernakulum. Stało na niewielkim stoliku: żelazne nóżki, drewniany blat. Powiedziałem, że szybko wbiegnę i je wyniosę; że się nie boję. Na progu korytarza wiodącego do nawy, za bluzę szarpnął mnie Janek (katolicki student, który razem z nami był tam na miejscu) i wyciągnął na zewnątrz. Gdyby nie on to już bym nie napisał tego tekstu. W środku nie było tlenu, ogień pochłonął cały życioidajny pierwiastek. Nie spłonął bym, ale bym się udusił. Kiedy strażacy wchodzili do środka to musieli ciągle zmieniać butle z tlenem.

Ze łzami w oczach patrzyliśmy na miejsce, którym toczyło się nasze religijne życie. Cztery tygodnie wcześniej sprawowaliśmy Triduum, kłanialiśmy się Jezusowi w Eucharystii wieczernika, w Wielki Piątek całowaliśmy drewniany, lipowy krzyż, w Wigilię Paschalną radowaliśmy się zmartwychwstaniem Chrystusa. Jeszcze trzy dni wcześniej, w niedzielę Dobrego Pasterza wszyscy cieszyli się paschalnym koncertem zespołu ludowego z naszej wioski. I nikt wtedy nie myślał, że ta radość zamieni się w płacz. 

Muzułmanin uratował Jezusa

Po kilkunastu minutach gaszenia, strażacy powiedzieli: „możecie po jakimś czasie wejść i zobaczyć czy coś ocalało”. Dym od parującej wody był jeszcze potężniejszy. Strażacy – Kazachowie już zbierali swój sprzęt i wtedy poprosiłem żeby jeden z nich, młody chłopak wszedł jeszcze raz i zobaczył czy w lewym rogu pomieszczenia nie ma drewnianej skrzynki – tabernakulum. Z lampką na kasku wszedł i zniknął na parę minut, które wydawały się wiecznością. Po jakimś czasie z kłębów dymu wyłoniło się światło i postać mężczyzny, który w grubych żółtych rękawicach niósł okopcone tabernakulum. 

On nie wiedział co to jest i Kogo niesie w rękach. Będąc muzułmaninem uratował Jezusa. Odnieśliśmy tabernakulum do bagażnika naszego auta i tam na kolanach, płacząc próbowaliśmy je otworzyć stopionym kluczykiem. A kiedy już się to udało to naszym oczom ukazał się cud: kielich z 5 małymi komunikantami i monstrancja z hostią w środku były nienaruszone. Zapach wypieczonego chleba był mocniejszy od smrodu spalenizny: tak jakbyśmy otworzyli piekarniczy piec. Ci którzy stali na stronie patrząc na nas pytali jednego z katolików: co tam były za bogactwa lub pieniądze że oni tak płaczą. Oni także nie wiedzieli, że tam było bogactwo najcenniejsze: żywy Bóg, który dał nam znak nienaruszonego tabernakulum i ocalonych hostii. 

Chrystus chce tu być

Po jakimś czasie, kiedy już ludzie się rozeszli, w kilka osób weszliśmy do środka, a tam czekał nas kolejny cud. Mimo tego że już nie było ani drewnianego ołtarza, ławek, obrazów, figury Matki Bożej, która od gorąca roztrzaskała się w drobny mak, to na ścianie za ołtarzem wisiał, jakby triumfujący, nienaruszony krzyż. Ten sam z Wielkiego Piątku i Wielkanocy; już co prawda nie z czerwoną, ale czarną, bo okopconą stułą. Pośród ognia pożaru, setek litrów wody strażackiej, on wisiał tam dostojnie i błogosławił kazachstańskich strażaków, którzy nie wiedzieli Kto na nim jest.

Parę dni później także dowiedzieliśmy się zmianach w diecezji: o. Tomek dostał skierowanie do parafii w Czkałowie (900 km od nas). To nie było łatwe doświadczenie. Kiedy powiedzieliśmy babciom o pożarze, żeby nie przychodziły do kościoła w niedzielę i że o. Tomek odchodzi, z płaczem mówiły: „teraz to już niczego nie będzie; bez kościoła, bez księdza”. 

Ale te dwa cudownie ocalałe znaki: tabernakulum i krzyż pokazały że Chrystus chce być na tym miejscu.

Pożar był dla nas tragedią, ale dziś na niego patrzymy inaczej: Bóg czasem coś burzy, żeby zbudować nowe. Do czasu pożaru mało kto wiedział o naszym istnieniu. Teraz ludzie już wiedzą, kim są katolicy. 

Kościół-jurta

Zaraz po uporządkowaniu terenu pojawiło się pytanie: co z nami dalej? Gdzie się modlić? Czy budować nowy kościół?

Będąc na wakacjach w Polsce, przy śniadaniu u mamy, przyszła do mnie myśl: a co jeśli byśmy wybudowali kościół w kształcie kazachskiego namiotu: jurty? Nie byłoby to drogie rozwiązanie, budowa trwałaby krótko, a nasz kościół stałby się pomnikiem wdzięczności dla Kazachskiego narodu za ratunek nie tylko od pożaru ale także w czasie przesiedleń z 1936 roku. 

Dzięki dobroci wielu ludzi już mogliśmy zakupić potrzebne rzeczy do Mszy i sakramentów, wielu księży podzieliło się szatami i naczyniami liturgicznymi. Nasz arcybiskup przekazał od razu nowe śpiewniki, modlitewniki i swój prywatny komplet lekcjonarzy oraz mszał. Wolontariusze z Polski przyjeżdżając na miejsce pomagali uprzątnąć pogorzelisko, czyścili nadpalone naczynia i szaty liturgiczne. Cudem pojawiła się kobieta, urodzona w Pawłodarze a mieszkająca już długie lata w Polsce i zaproponowała, jako malarka, metrowy obraz św. Marii Goretti specjalnie dla nas. Potem moja przyjaciółka zaproponowała namalować obrazy świętych kazachstańskich męczenników czasów totalitarnych. Wielu patronów misji: moich przyjaciół, znajomych i tych którzy nawet mnie nie znają, i z Polski i zza granicy ciągle nas wspiera w dziele odbudowy. I choć jeszcze wiele do zrobienia przed nami, wierzę, że jak Bóg był z nami do tej pory, tak i będzie ciągle!

Działania księdza Łukasz możesz śledzić TUTAJ.