Przejdz do tresci glownej

W wieku 34 lat Pauline straciła męża i przekształciła swoją żałobę w walkę z rakiem

5 min czytania
pauline.jpg

Autor: Pauline Crucis

Czy wiesz, że maj jest miesiącem poświęconym podnoszeniu świadomości na temat nowotworów mózgu („maj w szarości”)? Latem 2025 roku, w wieku 39 lat, Jean-Charles Crucis, ojciec dwuletniej córeczki, odszedł po 18 miesiącach zaciętej walki z tą chorobą. Aby uczcić jego pamięć, jego żona Pauline dzieli się swoją historią na Instagramie, aby zebrać fundusze na badania naukowe.

TODO MESSAGE :

Na swoim koncie na Instagramie ta urocza brunetka o jasnych oczach pokazuje się w stroju bokserskim: z wyzywającym spojrzeniem i szczerym uśmiechem, w jaskrawoczerwonej koszulce i dużych czarnych rękawicach z białymi paskami. Widać w niej młodą kobietę zdeterminowaną, by zmierzyć się z tą przeklętą chorobą [Pauline używa bardziej dosadnych słów…], która w niecałe dwa lata odebrała jej miłość życia: „Chcę móc powiedzieć naszej córce Madeleine, że zrobiłam wszystko, by uratować jej tatę, ale nie miałam czasu na walkę… Nadszedł ten czas” – mówi z przekonaniem w rozmowie z Aleteią. A potem dodaje, z głosem łamiącym się ze wzruszenia: „Jean-Charles był pozytywnym, sympatycznym człowiekiem, głęboko dobrym i otwartym na innych. Nie zasługiwał na śmierć. To takie niesprawiedliwe!”

Wszystkie krzyki, wszystkie wołania o pomoc

Pancerz zaczyna pękać: co prawda młoda mama jest kobietą o silnym charakterze, którą motywuje wyznaczony cel („stworzenie armii” w celu pokonania tych obecnie nieuleczalnych nowotworów)… pomimo „szalonego tempa” życia, jakie prowadzi od momentu powrotu do pracy w paryskiej firmie konsultingowej. Ale przede wszystkim jest to młoda, pogrążona w żałobie wdowa, która odważyła się przyznać, że jest „całkowicie załamana” odkąd pozbawiono ją „jej drugiej połowy”: „Wiadomość o chorobie, a potem o nawrocie, była dla nas jak tsunami, na które nie byliśmy przygotowani” – wyznaje. Aby sobie z tym poradzić i jak najlepiej wypełniać rolę opiekunki, schowałam emocje pod maską, wszystko w sobie zamknęłam. Ponieważ mój ukochany nie był zwolennikiem psychoterapii, swoje lęki zwierzał tylko mnie”. Lęki, które starała się znosić do samego końca, aby jak najbardziej złagodzić ostatnie chwile życia męża, który przez ostatnie trzy tygodnie przebywał w opiece paliatywnej w Maison Médicale Jeanne Garnier.

„Był zawodnikiem, prawdziwym wojownikiem. A jednak rak go pokonał” – ubolewa. „A przecież tak bardzo kochał życie, zamieniał codzienność w zabawę. Żeby ustalić, kto wyniesie śmieci, proponował grę w papier, nożyce, kamień [przyp. red.]!”

Podróż na koniec nocy

Czy Pauline idealizuje zmarłego? Zaprzecza temu: „Miałam szczęście być bezgranicznie kochana. Jednak nasza historia nie była bajką. Chociaż zgadzaliśmy się co do najważniejszych spraw, na co dzień często się kłóciliśmy. Ale nauczyliśmy się rozmawiać o naszych sporach, słuchać siebie nawzajem”.

Lubisz nasze artykuły?

Trzydziestolatka nie ukrywa niczego: publikuje zdjęcia z „dni wolnych”, dzieli się swoim ogromnym smutkiem, gdy czuje się przez niego przytłoczona, lub gniewem „wobec tego świata, który nadal istnieje bez niego”: „To bez wątpienia traumatyczny wstrząs, który ściska żołądek i wciąga w otchłań” – wyznaje. Ale najbardziej nie do zniesienia nie jest moje cierpienie, tylko to, co zostało odebrane Jean-Charlesowi, oraz smutek mojej córki”. Madeleine, 3-latka, choć odziedziczyła radość życia i energię po ojcu, pyta, kiedy ten wyjdzie z trumny i dlaczego nie może go ani zobaczyć, ani usłyszeć… Aż pewnego dnia wyrzuca z siebie: „Tęsknię za tatą, wiesz. Jest tylko mama”.

Jej broń, by się nie poddać

W tej kwestii Pauline nie ustępuje ani na krok: energia płynąca z rozpaczy nie jest tylko pustym hasłem. Co jej w tym pomaga? Jej bliscy – zwłaszcza siostra i sąsiadka – którzy nie zostawili jej samej ani na chwilę przez siedem tygodni po śmierci ukochanego; gotowość jej psychologa, który zaproponował, że przez miesiąc będzie mogła do niego dzwonić, kiedy tylko poczuje taką potrzebę; leki przeciwlękowe i przeciwdepresyjne przepisane przez psychiatrę, „niezbędne, by nie popaść w depresję”.

Z charakterystyczną dla siebie szczerością przyznaje, że nie potrafi pogodzić się z „pustymi intencjami, świecami, modlitwami i frazesami”. Wyraźnie woli tych, którzy okazali jej konkretne wsparcie poprzez swoją obecność i prawdziwą empatię, „niezależnie od tego, czy są ateistami, żydami czy chrześcijanami”. Dodaje jednak: „Jeśli chodzi o wiarę, przyznaję jednak, że to przyjaciółka Jeana-Charlesa, której nie znałam, pozwoliła mi nie rzucić wszystkiego w diabły: w najciemniejszych chwilach poleciła mi odmawiać Zdrowaś Mario. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej, ale to robię, trzymam się tego. Podobnie jak wieczornej modlitwy z naszą córką”.

W rzeczywistości instagramerka nie ukrywa swoich przekonań: zdjęcia ze ślubu kościelnego, chrztu córki, listy do zmarłego męża, którego ma nadzieję odnaleźć „tam w górze” u boku wszystkich tych, których straciła. Mówi, że jest „zła” i „niezdolna do modlitwy do Boga”, ale opiera się na wierze innych, swojej siostry, przyjaciół, którzy zapewniają, że przejmą pałeczkę.

Niemal nieświadomie w niektórych swoich postach podaje inne antidotum na smutek: „Dzień po dniu. Godzina po godzinie”; „Jedynym sensem życia jest rodzina” czy też „W cierpieniu poznaję, jak krucha jest wartość życia”. Koło się zamyka: choć Pauline jest drobna i krucha, ma w sobie prawdziwą duszę bokserki.

Artykuł jest tłumaczeniem z francuskiego wydania Aletei.