separateurCreated with Sketch.

Cztery lata bezpłodności, dwa poronienia i… urodził się Tomás!

Método Creighton infertilidad salud testimonios

Jaime y Marta con Tomás en brazos

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Patricia Navas - publikacja 24.06.26
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Marta i Jaime w naturalny sposób odzyskali zdolność do posiadania potomstwa. „Ból związany z niepłodnością pozwolił nam znacznie bardziej zbliżyć się do siebie jako małżeństwo” – opowiadają.

Marta i Jaime marzyli o założeniu licznej rodziny, ale lekarze szybko ostrzegli ich, że posiadanie dzieci będzie dla nich trudne, a może nawet niemożliwe. Droga nie była łatwa. Jednak dzięki wytrwałości i współpracy zaangażowanych specjalistów, w kwietniu 2026 roku urodził się ich syn Tomás, po 4 latach niepłodności i 2 poronieniach.

Ten proces wymagał wysiłku i wiązał się z cierpieniem, a małżonkowie są teraz wdzięczni za jego owoce, wśród których znalazły się pewne lekcje dotyczące rodziny i płodności.

„Nauczyliśmy się, że nasze bezdzietne małżeństwo samo w sobie stanowiło już pełną rodzinę i że nie byliśmy przez to gorsi, choć czasami społeczeństwo może sprawiać, że czujesz coś przeciwnego” – wyjaśniają w rozmowie z Aleteia.

„Nauczyliśmy się również, że małżeństwo może mieć lub nie mieć biologicznych dzieci, ale zawsze jest powołane do płodności, to znaczy do tego, by ich miłość przynosiła obfite owoce w społeczeństwie i by sprawowało duchowe rodzicielstwo wobec innych osób, którym można pomóc poza własnymi dziećmi” – dodają.

Przywrócenie płodności

Problemy z płodnością pojawiły się, gdy Marta miała 21 lat, a Jaime 24 – rok po rozpoczęciu ich związku.

Lekarze zdiagnozowali zespół policystycznych jajników i przepisali tabletki antykoncepcyjne, które regulowały cykl, ale nie rozwiązywały problemu.

„Wkrótce potem mieliśmy szczęście poznać naprotechnologię dzięki wykładowi, który odbył się w parafii” – wspominają.

Małżeństwo prowadzące wykład zaproponowało im alternatywną ścieżkę, która obejmowała naukę sporządzania wykresów cyklu w celu lepszego jego poznania oraz bardziej szczegółowe badania medyczne.

Celem było przywrócenie płodności w naturalny sposób, poprzez holistyczne podejście obejmujące różne obszary, w tym hormonalny, żywieniowy i metaboliczny.

Método Creighton
Ośrodki FertilityCare w Ameryce

„Dla nas bardzo ważne było, aby jak najwcześniej rozpocząć terapię napro, ponieważ głównym celem tego procesu nie jest posiadanie dzieci, ale dążenie do osiągnięcia pełnego zdrowia kobiety” – twierdzą.

Dzięki temu, kiedy się pobrali, para umiała już rejestrować cykle, a Marta była już od dłuższego czasu w trakcie leczenia, co przyspieszyło cały proces.

Po kilku miesiącach małżeństwa, w których nie doszło do ciąży, dr Mireia de Andrés, a następnie dr María Victoria Mena dogłębnie zbadały ich przypadek, korzystając z wielu badań medycznych: serii analiz, badań owulacji, USG, cytologii, rezonansu magnetycznego, posiewów i wszelkiego rodzaju testów.

„Ich zaangażowanie zawsze nas bardzo zaskakiwało, ale przede wszystkim zapadło nam w pamięć wsparcie, jakie nam udzieliły na poziomie ludzkim, a nawet duchowym, w obliczu cierpienia związanego z niepłodnością” – podkreślają z wdzięcznością.

Para realizowała kompleksowy plan leczenia farmakologicznego i dietetycznego, który wymagał ogromnej wytrwałości i dyscypliny, czasu, wysiłku oraz cierpliwości.

„Czasami mieliśmy wrażenie, że nie robimy żadnych postępów” – przyznają – „ale w rzeczywistości odkrywaliśmy wiele nowych rzeczy i dochodziliśmy do kolejnych diagnoz”.

„Czasami wydaje się, że istnieją inne, szybsze drogi, ale często nie gwarantują one pomyślnego zakończenia ciąży, a droga jest jeszcze dłuższa, ponieważ nie udaje się uzyskać diagnozy i nie rozwiązuje się problemów zdrowotnych” – ostrzegają.

Od mamy do nieba

W 2024 roku, po serii badań, pojawiła się nowa diagnoza: podwyższony poziom prolaktyny. Dzięki nowym lekom, po dwóch latach starań, zaszła w ciążę.

„Nasza radość była ogromna – opowiadają. – Nie mogliśmy w to uwierzyć. Od samego początku dr Mena bardzo uważnie nas obserwowała, zapewniając nam indywidualną opiekę, jakiej nigdzie indziej nie spotkaliśmy”.

„Nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy stracić dziecko w czasie ciąży”.

Jednak w 11. tygodniu ciąży, podczas kontrolnego badania USG, „usłyszeliśmy te straszne słowa: »nie ma bicia serca«, patrząc na obrazek przedstawiający maleńkie ciałko naszej córki Clary” – wspominają.

„Zawalił się nam świat i bardzo się załamaliśmy – wspominają. – Wiedzieliśmy, że posiadanie dzieci będzie trudne, ale nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy stracić dziecko w czasie ciąży”.

Lubisz nasze artykuły?

„Nikt cię na to nie przygotowuje, a tym bardziej w społeczeństwie, w którym poronienie nadal jest wielkim tabu” – dodają.

Jakiś czas później, wspominając tę chwilę w modlitwie, małżonkowie wyobrazili sobie Jezusa i Maryję, którzy podtrzymywali ich podczas tej wizyty u lekarza i ocierali im łzy.

„To pomogło nam całkowicie przemienić tę chwilę – zapewniają –: smutek ma sens i zamienia się w uwielbienie, gdy towarzyszy mu wiara”. 

„Ponieważ dziecko nie było już takie małe, po trzech dniach musiałam przejść zabieg usunięcia płodu” – wspomina Marta. „Te trzy dni były bardzo ciężkie, ponieważ nasza córka wciąż była we mnie”.

„Jednak było to też bardzo piękne, ponieważ wciąż mogłam otaczać jej ciałko opieką i w pewien sposób się z nią pożegnać” – dodaje.

„Mogliśmy poczuć, jak cierpienie może przekształcić się w głęboką miłość” – zapewnia. „Z nadzieją wyobrażałam sobie, że to jakby te trzy dni, które upłynęły między śmiercią Chrystusa a Jego Zmartwychwstaniem”.

„Było dla nas jasne, że choć nasza córka nie urodzi się tutaj, to jej narodziny w Niebie już miały miejsce (każdego roku, w ten dzień, wciąż wspominamy to jako jej „urodziny w Niebie” – wyjaśniają.

Jaime i Marta nie poprzestali na stwierdzeniu, że „stało się coś złego”, lecz pragną celebrować miłość i życie oraz nadać im głębszy sens, przede wszystkim poprzez wiarę.

„Dlatego wzrusza nas, gdy ktoś mówi nam, że prosił nasze dzieci o wstawiennictwo lub po prostu o nich pamięta” – zapewniają. Są przekonani, że „te dzieci, choć idą prosto „od mamy do Nieba”, przychodzą na świat z jakiegoś powodu, mają misję i nadal ją realizują tam w górze”.

Małżeństwo rozpoczęło drogę, która włączała ich córkę z Nieba do rodziny: nadając jej imię, dokonując tzw. „chrztu pragnienia” i uznając jej tożsamość.

Postawiliśmy na życie

Po kilku miesiącach Marta i Jaime otrzymali wyniki badań genetycznych, które wskazywały na zwiększone ryzyko poronienia lub wystąpienia pewnych chorób u potomstwa.

Wciąż pogrążeni w żałobie po stracie Clary, długie rozmowy z lekarzem pomogły im nabrać odwagi.

„Musieliśmy zdecydować, czy dalej starać się o dziecko, czy nie, wiedząc, że mogą wystąpić kolejne poronienia – wspominają. – Pani doktor Mena zachęciła nas, byśmy byli odważni”.

„Postawiliśmy na życie pomimo cierpienia, które mogło się powtórzyć, i zaakceptowaliśmy to z miłości do naszych przyszłych dzieci” – twierdzą.

Po kolejnych badaniach i zabiegach, w grudniu 2024 roku Marta i Jaime ponownie zostali rodzicami. Jednak i ta ciąża nie przebiegała pomyślnie.

„Nasze drugie dziecko (Álvaro) zbyt wcześnie odeszło do Nieba – wyjaśniają. – Przechodziliśmy przez ten sam żałobny proces i tę samą drogę, by włączyć naszego syna do rodziny”.

W sierpniu 2025 roku Marta zaszła w ciążę z trzecim dzieckiem. „Ogarnęła nas niepewność, którą mogliśmy powierzyć jedynie Bogu” – wspomina, ale w końcu w kwietniu urodził się Tomás.

„Jesteśmy w Jego rękach”

„Z perspektywy, jaką daje nam upływ czasu, dziękujemy dziś Bogu za to, czego doświadczyliśmy w ciągu tych czterech lat, ponieważ On zawsze wszystko obróca na dobre i nadaje sens cierpieniu” – stwierdzają.

„Ból związany z niepłodnością pozwolił nam znacznie bardziej zjednoczyć się jako małżeństwo i pomógł nam na nowo ustalić hierarchię priorytetów, dostrzegając to, co w życiu naprawdę ważne” – zapewniają.

„Pomogło nam to również docenić to, co mamy, i wykorzystać to wszystko w wychowaniu naszych dzieci” – dodają. „Ale przede wszystkim pomogło nam to bardziej zaufać Bogu, uświadomić sobie, że nie możemy próbować kontrolować wszystkiego i że zawsze jesteśmy w Jego rękach”.

„Nie wiemy, czy będziemy mieli jeszcze dzieci, czy nie – nikt tego nie wie, bo w gruncie rzeczy nie mamy nad tym żadnej kontroli, a nasze dzieci nie należą do nas, lecz do Boga” – kontynuują.

I podsumowują: „Cokolwiek się stanie, teraz wiemy, że dla świata nie liczy się liczba dzieci, ale to, że od momentu ślubu jesteśmy pełną rodziną i mamy jedno zadanie: kochać bezwarunkowo i dotrzeć do celu, jakim jest Niebo, gdzie czekają na nas nasze dzieci”.

Artykuł jest tłumaczeniem z hiszpańskiego wydania Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.