Konserwatorzy, wbrew lamentom, nie zniszczyli obrazu Matki Bożej Tuchowskiej. Przeciwnie – odsłonili jego najstarszą, XVI-wieczną warstwę. A jednak patrzę na ten odrestaurowany wizerunek i czuję pewien smutek. Bo historia sztuki mówi jedno, a serce człowieka przywiązanego do obrazu modlitewnego – coś trochę innego.
Zobaczyłam ten obraz po konserwacji i przez chwilę po prostu milczałam.
Nie dlatego, że „konserwatorzy zniszczyli oryginał”. To byłoby zbyt łatwe. I niesprawiedliwe. Zrobili rzecz odwrotną: wydobyli spod wielu późniejszych przemalowań to, co przez stulecia było zakryte. Odsłonili obraz z pierwszej połowy XVI wieku, malowany temperą tłustą na lipowej desce. W sensie historycznym i konserwatorskim dokonali rzeczy wielkiej.
A jednak pierwsza reakcja była fizyczna. Zatrzepotanie serca. Ona się zmieniła.
Bo twarz Maryi, którą znałam z wcześniejszej wersji, była łagodna. Pełniejsza. Bardziej miękka. Ten odrestaurowany obraz jest inny. Surowszy. Twarze Maryi i Dzieciątka wydają się patrzeć nam bezpośrednio w oczy, podczas gdy "tamta" Maryja patrzyła jakby nieco w dół.
I tu zaczyna się prawdziwie ciekawa historia.
Obraz, który przez wieki obrastał troską
Wizerunek Matki Bożej Tuchowskiej przez stulecia był wielokrotnie odnawiany i przemalowywany. Kolejni malarze, z pewnością z najlepszą intencją, poprawiali to, co wydawało im się zniszczone, nieczytelne, nie dość piękne albo nie dość stosowne. Nakładali kolejne warstwy farby. Uzupełniali ubytki. Przykrywali fragmenty wcześniejszego malowidła. Do tego dochodził werniks, który z czasem żółknie i ciemnieje, zmieniając kolory, karnację, światło całego obrazu.
Dla historyka sztuki to sytuacja jasna: późniejsze nawarstwienia zasłoniły pierwotne dzieło. Obraz, który znaliśmy, nie był czystym XVI-wiecznym oryginałem. Był sumą epok, gustów, lęków, pobożności i konserwatorskich decyzji podejmowanych przez kolejne pokolenia.
Ale dla człowieka, który patrzy na obraz nie tylko jako na obiekt muzealny, sprawa nie jest już taka prosta.
Bo te późniejsze warstwy nie były wyłącznie „brudem historii”. One były także śladem ludzkiego przywiązania. Ktoś uznał, że twarz Maryi powinna być łagodniejsza. Ktoś nadał jej pełniejsze policzki. Ktoś zakrył głębsze wycięcie sukni, pewnie dlatego, że w jego epoce taki wygląd Matki Bożej wydawał się mniej stosowny. I muszę przyznać: z ludzkiego punktu widzenia rozumiem ten gest. Maryja wyglądała skromniej. Bardziej tak, jak przez lata chciano Ją widzieć.
Czy było to zgodne z oryginałem? Nie. Czy było zupełnie niezrozumiałe? Też nie.
Lubisz nasze artykuły?
Co wydobyto spod przemalowań
Konserwację prowadzili specjaliści z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie pod kierunkiem prof. Marty Geratowskiej-Lempart. Dysponowali badaniami, o jakich dawnym restauratorom nawet się nie śniło: analizami fizykochemicznymi, skanowaniem, dokładnym rozpoznaniem pigmentów i kolejnych warstw. Powstał obszerny, 74-stronicowy protokół analizy chemicznej pigmentów i nawarstwień.
I dopiero wtedy zaczęło się odsłanianie.
Spod późniejszych domalowań wydobyto oryginalne włosy Madonny, jaśniejsze, malowane z ogromną precyzją, włosek po włosku. Ujawniło się drugie ucho Matki Bożej, niewidoczne od wieków. Pod bordową suknią pojawiła się czerwona szata ze złotymi ornamentami. Płaszcz, który wcześniej odbieraliśmy zupełnie inaczej, okazał się zielony, ze złoceniami. Pod czwartą warstwą przemalowań odnaleziono pierwotną różowo-białą, o wiele precyzyjniej wykonaną różę.
To są odkrycia poruszające. Takie, przy których historyk sztuki naprawdę czuje dreszcz.
Bo nagle spod pobożnego, znanego, „naszego” obrazu wychodzi inny obraz. Starszy. Bardziej średniowieczno-renesansowy. Ostrzejszy, ale przez to właśnie bliższy czasom, w których powstał.
I oczywisty jest argument redemptorystów, kustoszy tuchowskiego sanktuarium: gdyby dalej nakładano kolejne warstwy farby, nie ratowano by obrazu, tylko go niszczono. Nie da się w nieskończoność przykrywać jednego zabytku następnymi poprawkami. W pewnym momencie trzeba przestać udawać, że „odświeżanie” jest tym samym, co troska.

Czy obraz może mieć swoją biografię?
W muzeum łatwiej powiedzieć: wracamy do oryginału. Usuwamy przemalowania. Odsłaniamy warstwę pierwotną. Przywracamy dzieło artyście.
W sanktuarium sprawa jest bardziej delikatna.
Bo tam obraz jest czymś więcej niż zabytkiem, jest miejscem spotkania. Przez lata ludzie przed nim klękali, płakali, prosili, dziękowali. Patrzyli na tę konkretną twarz Maryi. Tę łagodniejszą. Tę ciemniejszą. Tę bardziej znajomą. Dzieci widziały ją nad głowami dorosłych. Starsze kobiety pewnie szeptały przed nią różaniec. Ktoś przychodził po diagnozie. Ktoś po śmierci męża. Ktoś z lękiem o dziecko. Ktoś może pierwszy raz od lat wszedł do kościoła właśnie tam.
I teraz słyszy: to, do czego się przywiązałeś, było późniejszą warstwą.
To prawda. Ale prawda trudna.
Dlatego nie śmiałabym zbywać ludzkiego zdziwienia prostym: „Nie znacie się”. Owszem, czasem oburzenie bywa powierzchowne. Czasem wynika z niewiedzy. Czasem ludzie naprawdę myślą, że konserwatorzy „namalowali nową Maryję”, nie rozumiejąc, że odsłonili ten prawdziwy, pierwotny wizerunek. Ale pod tym protestem jest też coś bardziej subtelnego: żal po utracie twarzy, do której przywykło serce.
A serce ma swoje prawa. Nie do dowolnych modyfikacji obrazu. Ale nie wolno ich wyśmiewać.
Między archeologią a czułością
I tu właśnie pęka mi myślenie na dwie części.
Jedna część, ta historyczno-artystyczna, zachwyca się pracą konserwatorów. Bo odsłonić pierwotne warstwy takiego obrazu, odróżnić oryginał od późniejszych ingerencji, nie pójść na łatwiznę, nie przykryć wszystkiego kolejną „ładną” warstwą – to wymaga wiedzy, pokory i odwagi.
Druga część, ta bardziej ludzka, pyta ciszej: czy zawsze najbardziej pierwotne znaczy najbardziej prawdziwe dla żywej pobożności? Czy obraz, który przez wieki obrastał modlitwą, troską i dotykiem kolejnych epok, nie ma także swojej biografii? Czy te późniejsze warstwy są wyłącznie błędem, czy również świadectwem miłości?
Nie wiem, czy znam odpowiedź. Może właśnie dlatego ten obraz tak mnie zatrzymał.
Bo konserwacja Matki Bożej Tuchowskiej jest zarazem pytaniem o to, czym jest święty wizerunek. Czy jest przede wszystkim dziełem konkretnego artysty z pierwszej połowy XVI wieku? Czy także obrazem, który przez stulecia przechodził przez ręce ludzi modlących się, kochających, poprawiających, czasem błądzących, ale nieobojętnych?
Historia sztuki mówi: wracamy do źródła. Serce mówi: ale po drodze też wydarzyło się życie.
Gdybyście mnie jednak spytali jaką decyzję bym podjęła na miejscu konserwatorów – tę samą. Bo gdy patrzymy na to odnowione oblicze, możemy otworzyć nowy rozdział. A gdy odnowioną Matkę Bożą Tuchowską zaprezentowano po raz pierwszy wiernym, wielu z nich płakało ze wzruszenia.









