Przejdz do tresci glownej

Czy metoda synodalnej rozmowy to lek na problemy Kościoła?

3 min czytania
web-kardynal-konsystorz-rzym-east-news

Autor: EAST NEWS

Kiedy Kościół sięga po nowoczesne metody prowadzenia dyskusji, warto postawić pytanie: czy rzeczywiście chodzi o lepsze słuchanie, czy raczej o sprawniejsze zarządzanie rozmową?

TODO MESSAGE :

Podczas niedawnego konsystorza w Rzymie, zwołanego przez papieża Leona XIV, zastosowano metodę pracy w małych grupach – tę samą, która towarzyszyła synodowi o synodalności. Przedstawia się ją jako narzędzie sprzyjające uważniejszemu słuchaniu, głębszemu dialogowi i bardziej autentycznemu uczestnictwu. Jej zalety wymienia się chętnie: ma budować atmosferę zaufania, zachęcać do zabierania głosu tych, którzy w dużym zgromadzeniu zwykle milczą, a także pozwalać lepiej rozpoznawać tendencje i nastroje panujące w danej grupie. Animatorzy i sekretarze skrupulatnie sporządzają notatki, sprawozdania trafiają do kolejnych etapów prac, a całościowy obraz wyłania się z wielu lokalnych dyskusji.

Ta metoda ma jednak również drugie oblicze, o którym mówi się znacznie rzadziej.

Małe grupy nie sprzyjają głosom odrębnym. Sprzyjają natomiast konformizmowi. W gronie kilku osób presja społeczna jest znacznie silniejsza, niż podczas obrad plenarnych. Każda wypowiedź wybrzmiewa wyraźniej, a każde odstępstwo od dominującego stanowiska staje się bardziej widoczne. Łatwiej więc przemilczeć własne zastrzeżenia, niż narazić się na niezrozumienie kilku osób siedzących obok. Paradoksalnie właśnie dlatego tak dobrze widać później „tendencje” – głosy, które mogłyby ten obraz zakłócić, często znikają już na etapie dyskusji, uznane za niereprezentatywne.

Dochodzi do tego jeszcze rola ciał pośredniczących. Animatorzy, sekretarze oraz synodalne czy konsystorskie sekretariaty stają się faktycznymi filtrami debaty. To od nich zależy, które wątki znajdą się w sprawozdaniu, a które zostaną uznane za marginalne. Metoda, która miała otwierać przestrzeń dialogu, w praktyce może poddawać go subtelnej, lecz realnej kontroli. Co więcej, czyni to skuteczniej niż tradycyjne obrady plenarne, ponieważ mechanizm ten pozostaje mniej widoczny, a przez to trudniejszy do zakwestionowania.

Niedawno uczestniczyłem w spotkaniu przygotowującym synod archidiecezji warszawskiej. Właśnie tam wszystkie te mechanizmy stały się dla mnie szczególnie wyraźne. Nie dostrzegłem złej woli. Dostrzegłem natomiast metodę, która po prostu w taki sposób działa. W jednej z grup, w której miałem okazję pracować zrezygnowaliśmy z pracy w grupach z pożytkiem dla rozmowy, choć znajdowały się tam osoby o bardzo odmiennym spojrzeniu na fundamentalne sprawy wiary.

Kościół, a przede wszystkim papież, powinien brać to pod uwagę. Odczytywanie dominujących tendencji ma oczywiście swoją wartość. Bywa jednak, że cenniejszy od opinii większości okazuje się głos jednego człowieka, który odważył się powiedzieć coś innego. Historia Kościoła zna wiele takich przypadków. Reformy, prorockie wezwania i autentyczne nawrócenia rzadko rodziły się w centrum statystycznej normalności. Najczęściej przychodziły od ludzi, których logika grupowego konsensusu najłatwiej mogłaby wyciszyć.

Synodalność jest zbyt ważną sprawą, by metody prowadzenia synodalnych rozmów uznawać jedynie za techniczny szczegół. Jeśli naprawdę chcemy słuchać wszystkich, warto zapytać, czy wybrana forma dyskusji rzeczywiście temu służy, czy też – mimo najlepszych intencji – w subtelny sposób ogranicza to, co jesteśmy w stanie usłyszeć.