Przejdz do tresci glownej

Marcin Jakimowicz: Dopiero na ruinach starego można zasiać nowe [WYWIAD]

8 min czytania
Marcin Jakimowicz w trakcie prowadzenia wywiadu

Autor: Arch. Marcina Jakimowicza

Marcin Jakimowicz w trakcie prowadzenia wywiadu

Marcin Jakimowicz w szczerej rozmowie o ruinach Kościoła, surowej moralności z ambon i o tym, dlaczego Bóg nie używa języka nienawiści.

TODO MESSAGE :

W najnowszej książce „Ogrody w ruinach. O rozbijaniu ciemności” Marcin Jakimowicz bez owijania w bawełnę diagnozuje stan polskiego katolicyzmu, dzieląc się jednocześnie osobistym doświadczeniem terapii. W rozmowie z Dariuszem Dudkiem będzie o Kościele, który potrzebuje zaorania, by na jego ruinach mogło wreszcie wyrosnąć autentyczne życie.

Ogień oczyszczenia i Kościół z memów

Aleteia: Skąd w ogóle wziął się pomysł na tę książkę? To zbiór krótkich, ale niezwykle głębokich refleksji. Co było dla Ciebie impulsem, żeby podzielić się akurat taką perspektywą?

Ta książka to zbiór felietonów, z których część jest bardzo osobista – dotyczy mojego doświadczenia terapii i tego, jak wiele mi ona dała. Druga część to próba odpowiedzi na pytanie, jak odnaleźć się w dzisiejszym Kościele, przez który przechodzi właśnie ogień oczyszczenia. Zauważyłem uderzający paradoks: im więcej czytam o skandalach wypływających na światło dzienne, tym mocniej te historie rzucają mnie w ramiona Jezusa. Nie miałem reakcji alergicznej, by trzasnąć drzwiami Kościoła i odejść, choć rozumiem ludzi, którzy tak robią. Ojciec Mateusz Filipowski, nieformalny duszpasterz skrzywdzonych w Polsce, zapytany przeze mnie, dlaczego zostaje w Kościele, odpowiedział: „Bo Jezus w nim jest. Kiedy Jezus się wyprowadzi, ja też odejdę”.

Ogrody w ruinach. Okładka książki

To mocne słowa, ale dostrzeżenie Chrystusa w tym wszystkim bywa niezwykle trudne. Słysząc o kolejnych skandalach, człowiek myśli sobie: „Panie Jezu, jeśli ten Kościół należy do Ciebie, to czemu wreszcie nie zrobisz z tym konkretnego porządku?”. Ten proces oczyszczenia wydaje się potwornie powolny.

Dlatego zaskakuje nas rzeczywistość. Weźmy diecezję sosnowiecką, która stała się wręcz memem. Gdy przyszedł do niej nowy biskup, Artur Ważny, dziennikarz zapytał go wprost: „Przecież ta diecezja jest do zaorania”. A on odpowiedział: „Ja wiem, ale każdy rolnik wie, że trzeba zaorać, aby coś wyrosło”. Moja perspektywa wynika z własnego życia – Pan Bóg najczęściej przychodził do mnie w sytuacjach ciemnych, kruchych, pustynnych. W dolinie suchych kości. Jako dziecko oazy miałem zakodowany obraz Jezusa jako „misia przytulanki”. Tymczasem Bóg objawia się Mojżeszowi, gdy ten ma krew na rękach i ucieka na pustynię. Właśnie w bezradności Bóg mówi: „Jestem”.

Kiedy kończy się konfesjonał, czyli katoliccy pacjenci

Wspomniałeś o swojej terapii. W książce zauważasz, że w wielu środowiskach katolickich hasło „terapia” wciąż budzi lęk, opór albo uśmieszek politowania.

Rozumiem te podskórne obawy, bo podstawowym mechanizmem obronnym człowieka jest wyparcie problemu. Tymczasem terapia to genialna przestrzeń, która pomaga tam, gdzie kończy się konfesjonał. Pochodzę z domu, w którym często były awantury, moja żona Dorota podobnie. Bardzo się kochamy, mamy trójkę dzieci, ale emocje bywały u nas jak na derbach Śląska. Te kłótnie potrafiły rozbić mi cały świat, a to przecież nie należało do przestrzeni grzechu – ani ja, ani żona tego nie chcieliśmy, po prostu nie znaliśmy innych mechanizmów. Po co miałem z tym chodzić do spowiedzi? Terapia pozwoliła nazwać mechanizmy po imieniu. Główne przesłanie tej książki mogłoby brzmieć: „Nie katuj się”. Non stop spotykam ludzi biczujących się tym, że nie potrafią się modlić czy adorować.

To poczucie winy wydaje się głęboko zakorzenione. Z czego to wynika?

Dominik Dubiel, jezuita, badał dlaczego młode pokolenie nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem. Myślał, że na pierwszym miejscu będą sprawy moralne, jak seks przed ślubem. Okazało się, że nie. Młodzi czują, że nie są wystarczająco dobrzy, by doskoczyć do poprzeczki, którą im zawiesiliśmy. To przerażające. Jakiego Boga im sprzedaliśmy, skoro mówią: „Jesteśmy za mali na waszego Boga”?

Sucha moralność, która zabija

Mam podobne obserwacje z dzieciństwa na małopolskiej wsi. W pierwszy piątek tłumy do spowiedzi i komunii, tydzień później o połowę mniej, po dwóch tygodniach zostawała garstka. Przecież ci ludzie, modlący się na co dzień, nie wybierali nagle świadomie piekła w cztery dni! Skąd to przekonanie, że po chwili znów są odcięci od Boga?

To wynik tego, co przez lata sączył się z ambon i kościelnych głośników: ciągły przekaz „starajcie się, bo wciąż jesteście niedostatecznie dobrzy”. Zrobiliśmy ze słów Jezusa „idź i nie grzesz więcej” jakiś smrodek dydaktyczny, podczas gdy On mówił: „Uwalniam cię, już nie musisz tak żyć”. Rozmawiałem kiedyś z o. Stanisławem Jaroszem, paulinem, który wspominał, że od dzieciństwa na Podhalu słyszał: „Musisz być dobry”. To go zabijało, bo wracał do domu i nie potrafił taki być. Czuł, że nie pasuje.

Inny mój znajomy, chłopak ze środowiska kibicowskiego z wyrokiem za pobicie, mieszkał przez lata z dziewczyną bez ślubu. W pewnym momencie postanowił wrócić do Boga, poszedł do kościoła w Katowicach się wyspowiadać. Przed wejściem zobaczył ogromny billboard: Konkubinat to grzech. Czy to hasło było prawdziwe? Tak. Czy było dobre? Nie! Pierwszą myślą mojego kumpla było: „Aha, to nie chcecie mnie tutaj”, odwrócił się na pięcie i wrócił do domu, wchodząc w jeszcze większe bagno grzechy. Gdyby dopisano tam jakieś jedno jedyne zdanie pełne paschalnego światła: “Jezus zna rozwiązanie” czy „Przyjdź, spowiedź od 17:00” (śmiech)... A tak została sucha moralność, która nie ma mocy przemiany serc. Biskup Artur Ważny, który przez 12 lat był egzorcystą, powiedział mi, że nawet jeśli demon w czasie egzorcyzmu mówi prawdę, to… i tak kłamie – bo mówi ją bez miłości. Jezus nie wchodzi nigdy z butami, nie zaczyna od wyliczania grzechów Samarytance: “Ty taka, owaka, żyjesz z kimś, kto nie jest twoim mężem”. Nie! Prosi: „Daj mi pić”. Styl rozmowy Jezusa z grzesznikami jest genialny.

Strach przed prawdą i epoka synodu

Mówisz o nazywaniu rzeczy po imieniu, a to od razu kojarzy się z trwającym synodem. Zaczynamy w Kościele dotykać tematów, które przez wieki były totalnie przemilczane, jak choćby celibat księży. Wcześniej ucinało się te dyskusje ze strachu i zamiatało pod dywan.

Problem wrócił chociażby wtedy, gdy wybuchła wojna na Ukrainie i do Polski przyjechali z posługą księża greckokatoliccy – z żonami i dziećmi. Nagle okazało się, że to nie jest egzotyka z Dalekiego Wschodu, tylko “duszpasterska norma”. Nie rozstrzygam, który model jest lepszy, ale ogromnie się cieszę, że żyjemy w czasach, kiedy można zadawać takie pytania, a niektórzy biskupi się o to nie obrażają.

Problemem polskiego Kościoła było to, że zawsze słyszeliśmy ex cathedra, jak ma być. Przez lata żyliśmy w jakiejś wyniosłości, pysznej wyższości, cytując zdanie Jana Pawła II: „Francjo, co uczyniłaś ze swoim chrztem?”. Tymczasem dzisiejsze statystyki chrztów we Francji, tamtejsze ubóstwo Kościoła i rozrastające się wspólnoty mogą nas zawstydzić. Tam młodzi rano idą na mszę trydencką, a wieczorem robią Kurs Alpha i śpiewają pieśni uwielbienia. Łączą światy, które w Polsce kompletnie ze sobą nie rozmawiają, bo my okopały się w dziesięciu różnych piaskownicach. Boimy się prawdy, bo boimy się, że posypie nam się światopogląd. A przecież dopiero na ruinach starego można zasiać nowe.

Od „konfidenta” do „brata”

W tym lęku przed rozsypaniem schematów wolimy chyba etykietować ludzi, zamiast z nimi rozmawiać.

Dla mnie jednym z najważniejszych momentów Nowego Testamentu jest ten, gdy na ulicę Prostą przychodzi Ananiasz – nieznany bliżej bohater drugiego planu. Ma się pomodlić za Szawła, który przecież przed chwilą “dyszał żądzą mordu”. Ananiasz ma prawo się bać, ale idzie, kładzie ręce i wypowiada słowa: „Szawle, bracie”. W tym samym momencie z oczu przyszłego apostoła narodów spadają łuski. Zastanawiam się, co by było, gdyby to się działo w jakiejś wspólnocie nad Wisłą? Czy przyjęlibyśmy takiego Szawła, czy do końca życia zostałby ślepy? W Polsce przejście od słów „liberał”, „komunista”, „lewak” do słowa „bracie” zajmuje nam strasznie dużo czasu. Żyjemy etykietkami.

To prawda, niesamowicie łatwo przychodzi nam skreślanie innych.

Duch Święty kocha różnorodność. Gdy zstąpił na apostołów, nie zaczęli mówić jednym głosem, unisono po grecku czy aramejsku, ale mówili różnymi językami. Papież Franciszek nazywa to „pojednaną różnorodnością”. Skoro Bogu to nie przeszkadza, to czego my się, nad Wisłą, tak potwornie boimy?

Książkę Marcina możesz nabyć TUTAJ.