Alenka Kalan jest nauczycielką języka angielskiego od ponad dwóch dekad. Uczy w szkole podstawowej w Šentjurze, jest żoną i mamą czwórki dzieci.
O swoim zawodzie mówi bez upiększania: o zmęczeniu pod koniec roku szkolnego, wypaleniu zawodowym, wymagających rodzicach, a przede wszystkim o bezcennych chwilach, kiedy dziecko czuje, że ktoś je dostrzega i rozumie. Dziś wie, że nie jest jej zadaniem rozwiązywanie wszystkich problemów, ale może być dla ucznia osobą, której na nim zależy.
Jak wyglądał dla Pani ten rok szkolny?
To był bardzo intensywny, bogaty i pełen różnych wydarzeń rok. Jeśli jednak miałabym wskazać uczucie, które dominuje najbardziej, to jest to wdzięczność.
W tym roku nie byłam wychowawczynią klasy, dzięki czemu miałam nieco więcej swobody działania i energii na inne wyzwania. Uczę angielskiego również w ramach programu dostosowanego do potrzeb uczniów i w tym roku miałam potrójną kombinację zajęć. Jeszcze nigdy nie doświadczyłam takiej sytuacji.
Co oznacza potrójna kombinacja?
Oznacza to, że w tej samej godzinie uczysz jednocześnie trzy różne klasy – w moim przypadku siódmą, ósmą i dziewiątą. Musisz uwzględnić trzy programy nauczania i dostosować materiał tak, aby każdy coś z tego wyniósł i każdy robił postępy. Poza tym są to uczniowie o bardzo zróżnicowanych potrzebach i zdolnościach.
Nie poszło tak, jak sobie na początku wyobrażałam, ale jakoś sobie poradziliśmy. Kilka dni temu, kiedy powtarzaliśmy materiał, zauważyłam, że uczeń, który zazwyczaj ma największe trudności, znał wiele rzeczy. To są chwile, które sprawiają radość. Szczególnie w przypadku dzieci, które nie mają wobec siebie wielkich oczekiwań. Kiedy dostrzegają swoje postępy i cieszą się z nich, widać bardzo zdrowy i realistyczny obraz sukcesu.

Czy koniec roku szkolnego naprawdę musi być tak stresujący, jak postrzega go większość dzieci, rodziców i nauczycieli?
Nie wierzę, że nie da się nic z tym zrobić. Każdego roku staramy się tak zaplanować zajęcia, aby w maju nie pojawiła się największa presja. Wiemy, że najbardziej stresujące miesiące to grudzień, marzec i maj. W naszej szkole, na przykład na lekcjach języka angielskiego, planujemy egzaminy ustne poza tymi okresami.
Jednak szkoła to rozbudowany system. Wiele przedmiotów, wielu nauczycieli, wiele wymagań. Każdy chce sprawdzić wiedzę uczniów i każdy zdaje sobie sprawę, że musi wykonywać swoją pracę w sposób odpowiedzialny.
Być może warto byłoby poświęcić więcej uwagi innym formom oceniania.
Jakim?
Praca projektowa, prace praktyczne, projekty międzyprzedmiotowe. Tak, aby uczeń mógł wykazać się wiedzą z kilku przedmiotów za pomocą wysokiej jakości pracy.
U nas nadal najbardziej zakorzenione są oceny pisemne i ustne. Inne formy oceniania wymagają większego przygotowania oraz innego sposobu pracy zarówno ze strony nauczyciela, jak i uczniów. Uczniowie muszą być aktywnie zaangażowani we wszystkie etapy nauczania – od planowania po ocenianie – i tego również trzeba ich nauczyć.
Wyniki są często lepsze, ponieważ dziecko pokazuje więcej aspektów swojej wiedzy. Jest to jednak trudniejsze do oceny i wymaga więcej energii.
Kiedy zdała sobie Pani sprawę, że chce zostać nauczycielką?
W piątej klasie szkoły podstawowej. Miałam wspaniałą nauczycielkę języka angielskiego. Do dziś czasami się spotykamy i idziemy na kawę. Była dla mnie wzorem do naśladowania.
Zawsze lubiłam pracę z dziećmi. Poza tym język angielski zachwycił mnie jako coś, co otwiera świat.
Jednak jeszcze bardziej niż sam przedmiot przemówiła do mnie ludzka strona zawodu nauczyciela.

Co masz na myśli?
Miałam dość niską samoocenę. Koledzy z klasy mnie wyśmiewali, więc szukałam dziedzin, w których mogłabym się wyróżnić.
Ta nauczycielka szybko dostrzegła zarówno mój talent do języków, jak i moje trudności. Pamiętam, że pewnego razu dostałam bardzo słabą ocenę z historii. Nie płakałam wtedy, ale później, na lekcji angielskiego, kiedy byłyśmy same. Zauważyła, że coś jest nie tak.
Zapamiętałam to na całe życie. To uczucie, że ktoś cię dostrzega i rozumie. Wtedy powiedziałam sobie: jeśli można dać dziecku takie uczucie, to właśnie tym chcę się zajmować.
Niektórzy uważają, że nauczyciel traci autorytet, jeśli jest zbyt wyrozumiały. Czy zgadzasz się z tym?
Nie. Uważam, że autorytet i bliskość to dwie różne rzeczy.
Trzeba wyznaczać granice, to jasne. Dzieci muszą wiedzieć, co jest dopuszczalne, a co nie. Trzeba być profesjonalnym i uczciwym. Jednocześnie można posługiwać się humorem, który często stanowi doskonały pomost, można być serdecznym, można być ludzkim.
Pamiętam klasę dziewiątoklasistów, w której byli prawie sami chłopcy, i na początku myślałam, że to się nie uda. „Nie chcemy. Po co mielibyśmy? To wszystko nie ma sensu. I tak nie potrzebujemy żadnych punktów”. Ale udało nam się nawiązać kontakt. Czasami wystarczy drobna rzecz – gra, żart, cukierki. (Tak, nawet wśród dziewiątoklasistów cukierki rządzą!) Młodzi bardzo szybko wyczuwają, czy jesteś autentyczna.
Powiedziała Pani, że nie wkłada już całej energii w to, by być super nauczycielką, która całkowicie poświęca się zawodowi. Co się stało?
Wypaliłam się. Po około pięciu latach pracy w pierwszych trzech klasach.
W tamtym czasie byłam całkowicie oddana pracy. Na każdą godzinę miałam przygotowanych kilka scenariuszy, ale dzieci często w ciągu pięciu minut niweczyły wszystkie moje plany i musiałam improwizować. To mnie bardzo wyczerpywało. A w domu jeszcze troje małych dzieci…
Nie jestem osobą, która pracuje na pół gwizdka. Zawsze chciałam robić wszystko jak najlepiej. Stopniowo jednak zdałam sobie sprawę, że nie mam już energii nawet dla własnych dzieci. Wtedy musiałam się zatrzymać.

Co Pani pomogło?
Wiele rozmów. Mąż i kurs tańca z nim. Ruch. Szkolenia. Spotkania Alfa. A przede wszystkim uświadomienie sobie, że nie wszystko leży w moich rękach. Że mogę odpuścić. To było dla mnie niemal objawieniem.
Zrozumiałam na przykład, że dzieci ogromną część angielskiego uczą się poza szkołą. Moim zadaniem nie jest tworzenie wszystkiego sama. Moim zadaniem jest pomaganie im w kształtowaniu i rozwijaniu tego, co już w sobie noszą. Kiedy to zaakceptujesz, odetchniesz.
Wiele osób po prostu nie ma talentu do języków. Jak podchodzi Pani do dzieci, które mają trudności z językiem angielskim?
Przede wszystkim nie zmuszam ich. Jeśli widzę, że nie chcą się eksponować, nie stawiam ich w niekomfortowych sytuacjach. Staram się pokazać im różne drogi do wiedzy.
Poświęcam dużo czasu na naukę uczenia się. Obecnie dostępnych jest mnóstwo pomocy – w tym cyfrowych – i należy pomagać dzieciom w ustaleniu, w jaki sposób najłatwiej im się uczy.
Niektórym najbardziej pomaga proste wyjaśnienie materiału. Czasami jednak już samo to, że ktoś sprawdza zadania dzieci i je motywuje, ma ogromne znaczenie.
Co chciałaby Pani, aby uczniowie kiedyś zapamiętali o Pani?
Że mi na nich zależało. To chyba najważniejsze.
W tym roku po raz pierwszy była Pani również katechetką dzieci przystępujących do pierwszej komunii świętej. Jakie to było doświadczenie?
Bardzo piękne. Ponieważ przez ostatnie kilka lat nie pracowałam z młodszymi dziećmi, było to dla mnie szczególne wyzwanie.
Przygotowywałam się do każdej lekcji, ale nigdy nie wiedziałam dokładnie, jak to się potoczy. Jednak po każdej lekcji udawałam się do kościoła przed oblicze Jezusa i po prostu byłam wdzięczna. Naprawdę doświadczyłam wielkiej radości.

Co było dla Pani najważniejsze podczas przygotowywania dzieci do pierwszej komunii świętej?
Aby poprzez wszystko, co robimy na lekcjach religii, poczuły, że Jezus może być człowiekowi naprawdę bliski i że życie jest o wiele piękniejsze, gdy tak właśnie jest. Chciałam, żeby dostrzegły to również we mnie.
Pamiętam chłopca, który na początku zawsze wygłupiał się podczas modlitwy. Zwracałam mu uwagę, że to nie jest właściwe. Kiedy jednak pewnego razu rozmawiałyśmy sam na sam, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wstydzi się, bo w rzeczywistości nie umie się modlić.
Wtedy jeszcze lepiej zrozumiałam, jak ważne jest, by najpierw dostrzec dziecko i je zrozumieć.
Najwięcej mogą tu zrobić rodzice i dziadkowie. Dzieci bardzo szybko wyczuwają, czy dorośli wspierają je w tych sprawach, czy nie.
Prowadzi Pani również spotkania grupy Alfa i grupy dyskusyjne. Jak Pani odbiera tę rolę?
Nie jestem tam kimś, kto przekazuje wiedzę. Przygotowuję temat, punkt wyjścia i pytania, a potem razem się rozwijamy. To jest wspólnota. Tam mogę się zrelaksować, jestem po prostu sobą, odpoczywam.
Z biegiem lat nauczyłam się, że prawie nic nie leży całkowicie w moich rękach. Moim zadaniem jest przygotować się i dać z siebie wszystko. To, co ktoś z tego wyniesie, muszę pozostawić losowi. To bardzo podobne do mojej pracy.
Czy mimo wszystkich wyzwań nadal chętnie pozostaje Pani nauczycielką?
Są chwile, których nie da się z niczym porównać. Kiedy widzisz, że między uczniem a tobą „zaskoczyło”. Kiedy rozumie twój żart. Kiedy robi postępy. Kiedy czujesz, że mu pomogłaś. To przywilej. O ile tylko uda nam się to dostrzec pośród całej biurokracji, zmęczenia i codziennych obowiązków. Zawód nauczyciela jest trudny, ale jednocześnie bardzo piękny.
Lubisz nasze artykuły?
Artykuł jest tłumaczeniem ze słoweńskiego wydania Aletei.











