Przejdz do tresci glownej

Zaraza szalała w Krakowie. On jako jedyny nie uciekł

4 min czytania
SZYMON Z LIPNICY

Autor: Domena publiczna

Gdy w 1482 roku dżuma pustoszyła Kraków, a król uciekł z miasta, św. Szymon z Lipnicy poszedł w samo piekło choroby.

TODO MESSAGE :

Św. Szymon z Lipnicy, XV-wieczny bernardyn i kaznodzieja, podczas epidemii w Krakowie świadomie pozostał przy chorych i zaraził się, służąc im do końca. Prawdziwa miłość bliźniego oznacza obecność przy cierpiącym, nawet kosztem własnego bezpieczeństwa.

Lubisz nasze artykuły?

Opustoszałe miasto

Lato 1482 roku. Kraków dusi się nie tylko od upału, ale od strachu. Po ulicach niosą się głosy o kolejnych zgonach. Król Kazimierz Jagiellończyk zbiera cały dwór i wyjeżdża. Ci, których stać, uciekają na wieś. Zostają najbiedniejsi – i ci, którzy nie mają dokąd pójść. W klasztorze bernardynów na Stradomiu jeden z zakonników nie szykuje się do wyjazdu. Bierze płótno na opatrunki, trochę chleba i wychodzi.

To Szymon z Lipnicy. Ma około czterdziestu lat, za sobą studia na Akademii Krakowskiej, podróże do Rzymu i Ziemi Świętej, sławę utalentowanego kaznodziei. Mógłby zostać w bezpiecznym cieniu klasztornych murów – modlić się za chorych, jak robiło to wielu. On zaczyna chodzić od domu do domu, szuka ludzi, o których inni już zapomnieli. Opatruje rany, przynosi jedzenie, udziela sakramentów umierającym. Grzebie ciała porzucone przez rodziny, które ze strachu przed zarazą nie odważyły się pochować własnych bliskich.

Nim przyszła świętość

Urodził się między 1438 a 1440 rokiem w Lipnicy Murowanej koło Bochni, w rodzinie piekarzy. Już jako dziecko – jak podają biografowie – potrafił przerwać zabawę z rówieśnikami i biec do kościoła, by modlić się w samotności. W 1457 roku, pod wpływem płomiennych kazań św. Jana Kapistrana, wstąpił do nowo powstałego krakowskiego klasztoru bernardynów, czyli franciszkanów, którzy pragnęli wrócić do surowej dyscypliny św. Franciszka. Zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne, był cenionym kaznodzieją katedralnym, reprezentował swój zakon na kapitułach we Włoszech. 

Nie uciekł – to jest cała historia

Można by ułożyć z życia Szymona długi katalog cnót i osiągnięć. Ale jeśli szukać jednego momentu, w którym objawia się sedno jego świętości, to jest nim właśnie ta decyzja: zostać. Nie uciekać.

Czy my nie stajemy przed podobnymi wyborami? Nie musimy uciekać przed dżumą, żeby rozpoznać w sobie ten sam odruch, który wtedy ogarnął większość mieszkańców Krakowa: instynkt oddalania się od cierpienia. Odsuwamy telefon, gdy dzwoni ktoś, kto akurat przechodzi kryzys. Wymyślamy zajęcia, żeby nie odwiedzić samotnego sąsiada albo chorego kolegę z pracy. Przewijamy w mediach społecznościowych wiadomości o cudzym nieszczęściu, bo są zbyt niewygodne. Nie robimy tego ze złej woli – po prostu cudze cierpienie budzi w nas lęk, poczucie bezradności, obawę, że „zarazimy się” czyimś bólem i nie będziemy umieli sobie z nim poradzić.

Szymon nie miał lekarstwa na dżumę. Nie potrafił nikogo uzdrowić mocą własnych rąk. Uznał, że jego obecność wystarczy. 

Lubisz nasze artykuły?

Kiedy miłosierdzie kosztuje

Szymon szybko się zaraził. Chorował sześć dni, znosząc cierpienie – jak podkreślają jego biografowie – z niezwykłym spokojem. Zmarł 18 lipca 1482 roku, wpatrzony w krzyż. Poprosił, by pochowano go pod progiem kościoła, tak by wierni wchodzący do świątyni deptali po jego grobie – ostatni gest pokory człowieka, który przez całe życie unikał rozgłosu.