Przejdz do tresci glownej

Z Afryką będziemy związani już na zawsze

12 min czytania
Maja Stamol Droljc

Autor: Fotografija je last Maje Štamol Droljc.

Po trudnościach z zajściem w ciążę zdecydowali się na adopcję dwóch dziewczynek. „Nigdy nie czułam zazdrości o to, że moje córki mają jeszcze dwie mamy. Chcę nauczyć je kochać kobiety, które dały im życie”.

TODO MESSAGE :

Maja Štamol Droljc jest projektantką mody, która od ponad dwóch dekad konsekwentnie buduje własną, rozpoznawalną markę. Tworzy unikatowe ubrania szyte na miarę, a jej projekty pojawiały się na wybiegach, czerwonych dywanach i towarzyszyły wielu kobietom w najważniejszych momentach ich życia.

Poza działalnością zawodową znana jest także ze swojej niezwykłej historii macierzyństwa. Nie udało jej się zajść w ciążę w sposób naturalny, a wraz z mężem postanowili nie korzystać z procedury sztucznego zapłodnienia. Zdecydowali się natomiast adoptować dwie ciemnoskóre dziewczynki. Žani i Dilsi mają dziś 15 i 16 lat. W ich rodzinie temat adopcji nigdy nie był tabu. Przez lata udało im się zbudować silną więź zarówno z biologicznymi mamami dziewczynek, jak i ze społecznością w Gwinei Bissau, gdzie córki przyszły na świat.

Rozmawialiśmy z Mają o pierwszym spotkaniu z dziewczynkami, relacji z ich biologicznymi mamami, afrykańskich korzeniach i znaczeniu macierzyństwa. Afryka stała się częścią jej serca, bo właśnie tam mieszka część jej rodziny.

Maja Stamol Droljc

„Przygotowania do adopcji były jak ciąża”

Więź między mamą a dzieckiem często zaczyna budować się jeszcze przed narodzinami. Jak wspomina Pani pierwsze spotkanie z córkami? Jakie emocje Pani wtedy towarzyszyły?

Moje ciąże kończyły się poronieniami, a nie chciałam dodatkowo obciążać organizmu procedurami sztucznego zapłodnienia. Lekarze przez cały czas powtarzali nam, że jesteśmy zdrowi i powinniśmy próbować dalej. Byliśmy jednak już dojrzali wiekiem, a mój mąż jest ode mnie jeszcze trochę starszy, dlatego nie chcieliśmy dłużej czekać. Zdecydowaliśmy się na adopcję.

Cały proces przygotowań do adopcji był dla mnie czymś w rodzaju ciąży. Najpierw trzeba było przejść wszystkie formalności w ośrodku pomocy społecznej i uzyskać opinię potwierdzającą, że nadajemy się na rodziców adopcyjnych. Zostaliśmy wpisani na listę oczekujących w Słowenii, ale szanse na adopcję były bardzo niewielkie. Dlatego zaczęliśmy szukać możliwości za granicą.

Splot różnych okoliczności zaprowadził nas do Gwinei Bissau. Siostra naszego przyjaciela, mieszkającego w Słowenii, jest kobietą o ogromnym sercu. Pomaga dzieciom ze swojej rodziny, finansuje ich edukację i opiekuje się nimi w swoim domu w Gwinei Bissau.

Kiedy powiedzieliśmy, że chcielibyśmy adoptować dziewczynkę, opowiedziano nam o dziecku, którego ojciec zmarł, a mama została sama z dwojgiem dzieci. Zmarły był kuzynem pani Celestiny, która dziś jest dla nas ciocią. Gdy ciężko zachorował, poprosił ją, by zaopiekowała się jego dziećmi.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że adopcja może być możliwa, pojechaliśmy tam bez wielkich oczekiwań, ale z ogromnym pragnieniem zostania rodzicami.

Już pierwszego dnia poznaliśmy mamę Odetę i małą Žani. Jej mama ucieszyła się na nasz widok i nie miała żadnych wątpliwości, że chce powierzyć nam swoją córkę. Adwokat w ciągu dwóch tygodni przygotował dokumenty potrzebne do rozprawy sądowej. Ostatniego dnia naszego pobytu otrzymaliśmy decyzję, że od tej chwili jesteśmy jej rodzicami.

Pierwsze spotkanie było oczywiście czymś wyjątkowym. Razem z mężem zobaczyliśmy przy wejściu do domu małą dziewczynkę i od razu wydawała nam się zachwycająca. Chwilę później przyniesiono ją do nas, a jej mama podała mi ją na ręce. Žani natychmiast wyciągnęła do mnie rączki.

A ja rozpłakałam się jak dziecko.

Do dziś jestem tam znana jako najbardziej płacząca mama. 😊

Kilka dni później, kiedy oficjalnie zostaliśmy jej rodzicami, bardzo trudno było nam wrócić do domu bez niej. Musieliśmy jeszcze załatwić wszystkie formalności w Słowenii. Nie mogliśmy się doczekać chwili, kiedy wreszcie przywieziemy ją do domu. Na szczęście nastąpiło to bardzo szybko.

W przypadku naszej drugiej córki wszystko wyglądało już trochę inaczej. Znaliśmy procedury, a sama dziewczynka była starsza.

Maja Stamol Droljc

„Moje córki mają dwie mamy”

W historii Pani córek szczególne miejsce zajmują ich biologiczne mamy. W Waszym domu adopcja nigdy nie była tematem tabu. Jak dziewczynki patrzą na swoją historię?

Wyjeżdżając z Gwinei Bissau, obiecałam ich mamom, że jeszcze tam wrócimy i że na pewno nie widzą swoich córek po raz ostatni.

Już w pierwszym roku naszego wspólnego życia założyliśmy Fundację Toka Toka Žani, która wspierała rozwój szkolnictwa i dziecięcego szpitala. Dlatego razem z mężem wracaliśmy do Afryki – początkowo bez dziewczynek. Chcieliśmy, aby ich pierwsza wizyta nastąpiła we właściwym momencie.

Taka okazja pojawiła się, gdy Žani miała 10 lat. Marzyła o większym przyjęciu urodzinowym, więc uznaliśmy, że świętowanie z afrykańską rodziną będzie doskonałym pomysłem.

Doszliśmy wtedy do wniosku, że to odpowiedni moment. Dziewczynki były już na tyle duże, że rozumiały, iż zostały adoptowane. Wiedziały też, że tam życie wygląda zupełnie inaczej – czuły to i mogły same tego doświadczyć. Jednocześnie były jeszcze na tyle małe, że spotkanie nie stanowiło dla nich emocjonalnego ciężaru.

Kiedy ubiegłej wiosny pojechaliśmy tam po raz drugi, były już nastolatkami. Pojawiło się znacznie więcej pytań i spostrzeżeń. Rozmawialiśmy o wszystkim: dlaczego jedna mama żyje w takich warunkach, a druga w innych, dlaczego tam ludzie żyją właśnie tak i co dziewczynki dziś z tym wszystkim czują.

Jestem wdzięczna, że od samego początku rozmawialiśmy o tym otwarcie. Gdyby było inaczej, wszystko byłoby o wiele trudniejsze.

Obie wiedzą, że są adoptowane. Wiedzą, skąd pochodzą. Znają swoich biologicznych rodziców. Na ścianach naszego domu wiszą zdjęcia zarówno naszej rodziny, jak i naszych afrykańskich krewnych.

Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy przez telefon z jedną z mam. Nie znamy ich języka, ale mimo to potrafimy się porozumieć – patrzymy na siebie, machamy do siebie... Oczywiście wtedy, gdy mają dostęp do telefonu i zasięg.

„Nigdy nie byłam zazdrosna o ich biologiczne mamy”

Jaką relację udało się Pani zbudować z biologicznymi mamami córek?

Ani przez chwilę nie czułam dyskomfortu z powodu tego, że gdzieś na świecie są jeszcze dwie mamy moich córek.

Chcę nauczyć moje córki kochać swoje mamy. Chcę, żeby je kochały i żeby utrzymywały z nimi więź. Chcę, żeby odwiedzały je również wtedy, gdy będą już dorosłe.

Ja sama jestem im nieskończenie wdzięczna za to, że dzięki nim mogłam zostać mamą.

W Afryce mieszkają mamy, które je urodziły. Ja jestem mamą, która je wychowuje i troszczy się o nie. W gruncie rzeczy moje córki mają ogromny przywilej – mają dwie mamy.

Największą radość przeżyłam podczas naszej pierwszej wspólnej wizyty w Gwinei Bissau. Kiedy odbierałam dziewczynki, obiecałam ich mamom, że wrócimy. I udało mi się tej obietnicy dotrzymać.

Przecież mogło wydarzyć się wszystko. Mogło coś stać się mnie. Mogliśmy nie mieć pieniędzy na taki wyjazd. A jednak się udało.

Jestem pewna, że jeszcze tam wrócimy. Myślę też, że niedługo dziewczynki będą już jeździły same.

To właśnie dlatego więź między nami a ich mamami jest dziś jeszcze silniejsza. Widzą, że wszyscy jesteśmy jedną rodziną i że nie zapomnieliśmy, skąd pochodzą nasze córki.

Nasza afrykańska rodzina była niezwykle dumna, gdy przyjechaliśmy po raz pierwszy. Zebrała się cała wioska. Przygotowali dla nas prezenty, choć sami mają zaledwie tyle, by przeżyć.

To było niezwykle piękne i bardzo wzruszające doświadczenie.

Z Gwineą Bissau będziemy związani już na zawsze.

Maja Stamol Droljc

„Oddać dziecko do adopcji wymaga ogromnej miłości”

Co jest dla Pani najważniejsze, kiedy rozmawia Pani z córkami o ich korzeniach?

Najbardziej zależy mi na tym, żeby nigdy nie osądzały swoich mam. Żeby rozumiały, że musiały mieć w sobie ogrom miłości, skoro zdecydowały się oddać je do adopcji po to, by ich córki mogły mieć lepsze życie.

Do takiej decyzji naprawdę potrzeba bardzo, bardzo wielkiej miłości.

Razem z mężem staraliśmy się pokazać naszym córkom, że są kochane. Ale jednocześnie chcieliśmy, aby potrafiły jeszcze mocniej kochać swoje mamy, rodzeństwo i całą swoją afrykańską rodzinę.

Gdyby nie ich mamy, nie byłoby również ich. Być może właśnie na tym polega ich życiowe powołanie – że kiedyś będą mogły im pomóc.

Już teraz staramy się pomagać, bo czujemy, że tak właśnie należy postępować.

Maja Stamol Droljc

„Tam ludzie mają niewiele, ale potrafią się cieszyć”

Odwiedzaliście wielokrotnie kraj, z którego pochodzą Wasze córki. Czy jest coś, co szczególnie Panią poruszyło lub zachwyciło w mieszkańcach Gwinei Bissau?

Ich sposób życia jest od naszego oddalony o całe lata świetlne.

Kiedy po raz pierwszy pojechaliśmy z mężem do Gwinei Bissau, w stolicy nie było nawet prądu. Wszystko działało dzięki generatorom. Dziś sytuacja w mieście nieco się poprawiła, ale na wsiach życie nadal jest bardzo proste. Ludzie gotują na zewnątrz, na ogniu, w dużych garnkach. Żyją niezwykle skromnie, a mimo to są bardzo pogodni.

Czasami zastanawiam się, czy rzeczywiście my, Europejczycy, żyjemy lepiej. Wydaje nam się, że tak, ale czy na pewno?

Dziś mieszkańcy Gwinei Bissau mają telefony, internet i Facebooka. Problem polega jednak na tym, że ponad 60 procent z nich nie potrafi czytać ani pisać, więc te zdobycze niewiele zmieniają w ich życiu. Niewiele dzieci chodzi do szkoły, bo rodziców zwyczajnie na to nie stać. Większość ludzi nie pracuje na etacie – uprawiają ziemię po to, by mieć co jeść.

Wszyscy bardzo lubimy wracać do Gwinei Bissau, ale równie chętnie wracamy później do domu. Także dziewczynki mówią, że trudno byłoby im przyzwyczaić się do tamtego stylu życia. Widzą, jak ogromna jest różnica.

Staramy się pomagać na tyle, na ile możemy. Czasem finansowo. Kupiliśmy bratu Žani rower, żeby mógł dojeżdżać do szkoły, telefon, żeby rodzeństwo mogło utrzymywać kontakt. Opłacamy również jego naukę. Finansujemy także przedszkole młodszej siostry Dilsi.

Kiedy mama Dilsi ponownie zaszła w ciążę, zapytała nas, czy nie chcielibyśmy adoptować także tego dziecka. Uznałam jednak, że w moim wieku byłoby to nieodpowiedzialne.

Możemy natomiast pomagać w inny sposób – sprawić, by dziecko mogło chodzić do przedszkola i szkoły oraz miało szansę zdobyć wykształcenie.

Lubisz nasze artykuły?

„Nasza więź tylko się umocniła”

Jak macierzyństwo Panią zmieniło? I jak wpłynęło na Wasze małżeństwo?

Jak w każdej rodzinie, od chwili pojawienia się dzieci wszystko zaczęło kręcić się wokół nich.

Wcześniej byliśmy tylko we dwoje i cały czas należał do nas. Dużo podróżowaliśmy, często wychodziliśmy z domu. Gdy pojawiły się dziewczynki, nasze życie się zmieniło. Staliśmy się rodziną i cały rytm naszego życia dostosował się do ich potrzeb.

Myślę jednak, że jeszcze bardziej umocniło to naszą relację. Nasza więź stała się silniejsza. Oboje czerpaliśmy ogromną radość z rodzicielstwa i nadal ją czerpiemy.

Dziś przeżywamy okres dojrzewania naszych córek i mierzymy się dokładnie z tymi samymi wyzwaniami, co wszyscy rodzice nastolatków. Niczym się od nich nie różnimy.

To stare powiedzenie okazuje się prawdziwe: małe dzieci – małe problemy, duże dzieci – duże problemy.

„Najważniejsze, żeby były dobrymi ludźmi”

Czego życzy Pani swoim córkom, kiedy już dorosną?

Przede wszystkim zdrowia. To jest najważniejsze.

A potem szczęścia i poczucia spełnienia. Chciałabym, żeby wybrały zawód, który będzie sprawiał im radość i dawał satysfakcję.

Bardziej niż na wykształceniu zależy mi na tym, żeby były dobrymi ludźmi.

Życzę im także, by spotkały partnerów, którzy będą je kochać, rozumieć i z którymi stworzą szczęśliwe rodziny.

Chciałabym również, aby utrzymywały więź ze swoją rodziną w Afryce.

Razem z mężem jesteśmy najbardziej dumni z ich otwartości, serdeczności, życzliwości i gotowości do pomagania innym. Mają niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka. I właśnie to jest w życiu najważniejsze.

Maja Stamol Droljc

„Macierzyństwo wypełnia życie”

Czym dla Pani jest bycie mamą?

Macierzyństwo wypełnia życie i nadaje mu pełnię. Jest naturalnym dopełnieniem relacji między kobietą i mężczyzną.

Pamiętam, że kiedy byliśmy w trakcie procedury adopcyjnej, pewna lekarka powiedziała mi:

– To piękne, że chcecie zostać rodzicami. Ale pamiętajcie, że przede wszystkim macie siebie nawzajem i to jest najważniejsze. Jeśli potraficie być dobrym małżeństwem, będziecie także dobrymi rodzicami. A kiedy dzieci dorosną i odejdą z domu, znów zostaniecie tylko wy dwoje.

Pragnienie macierzyństwa pojawiło się we mnie już wtedy, gdy miałam 25 lat. W moim poprzednim związku nie udało się go jednak spełnić.

Później przyszedł czas, kiedy właściwie przestałam już marzyć o dziecku. Poznałam nowego partnera i wydawało mi się, że nasza dojrzała relacja jest dla mnie całkowicie wystarczająca.

To właśnie mój mąż zaczął ponownie wracać do tematu rodzicielstwa. Jestem mu ogromnie wdzięczna, że wspólnie podjęliśmy decyzję o dziecku.

A dziś mamy dwie wspaniałe córki.

Artykuł pochodzi ze słoweńskiej wersji Aletei.