Gdy mówi o Słowie Bożym, swojej pracy czy współpracy świeckich z instytucjami Kościoła, robi to w taki sposób, że chciałoby się spotykać więcej takich ludzi, więcej takich świadków.
Kiedy po raz pierwszy poznałem Mateja Pirnata, dosłownie odebrało mi mowę. Było to na początku kursu dla nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej, organizowanego przez Caritas diecezji Celje. Matej jako pierwszy zwrócił się wtedy do uczestników. Nie jest tajemnicą, że swoją obecnością potrafi wypełnić całą przestrzeń – i to w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa.
Gdy mówi o Słowie Bożym, swojej pracy czy o współpracy świeckich z instytucjami Kościoła, robi to w taki sposób, że człowiek zaczyna myśleć, jak bardzo potrzeba dziś takich ludzi, takich świadków wiary. Mam nadzieję, że choć odrobinę tego doświadczenia odnajdziecie również w tej rozmowie.
„Życie jest drogą, którą idę razem z innymi”
Praca, żona, dzieci, czas dla siebie… Jak odnajduje się Pan wśród wszystkich przyjemnych i mniej przyjemnych obowiązków codzienności?
Podczas Jubileuszu Młodych, 3 sierpnia ubiegłego roku, papież Leon XIV powiedział między innymi: „Nie zostaliśmy stworzeni do życia, w którym wszystko jest przewidywalne i z góry określone, ale do życia, które nieustannie odnawia się przez dar z samego siebie z miłości”.
Czuję, że właśnie takie jest nasze, moje życie – splecione z relacji, obowiązków, trosk i radości, trudności i sukcesów. Przede wszystkim jednak jest drogą, którą przemierzam razem z ludźmi, którzy są mi bliscy, starając się jednocześnie pozostawać otwartym na wszystkich, których spotykam po drodze. Każdy może mnie czegoś nauczyć, w każdym mogę spotkać towarzysza podróży, dzięki któremu wspólna droga staje się łatwiejsza albo bogatsza o nowe doświadczenia, zmiękczające zatwardziałe serce.
Jednocześnie dobrze jest czasem mieć możliwość i umiejętność przejścia – albo po prostu przesiedzenia – części tej drogi w samotności. Spojrzeć na przebytą już drogę i skierować wzrok ku horyzontowi, który wciąż jest przed nami.
Lubisz nasze artykuły?
„Mam nadzieję, że przełamuję wszystkie stereotypy”
Wokół mężczyzn narosło wiele stereotypów i mitów. Który z nich najbardziej Pan przełamuje?
Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że wszystkie. 😊 O sobie powiedziałbym, że jestem człowiekiem nie tylko wolnego, ale także niespokojnego ducha. Dlatego od zawsze obce i uciążliwe były mi wszelkie stereotypy oraz zamykanie ludzi w sztywnych schematach.
Bardziej niż stawanie się taką czy inną wersją jakiegoś ideału, życie według określonego wzorca, naśladowanie autorytetów czy szukanie równowagi między oczekiwaniami większości a własnymi pragnieniami, niezwykle ważne wydaje mi się zachowanie tęsknoty. Życie w świadomości własnej kruchości i pielęgnowanie dziecięcego zdumienia wobec fascynującej prawdy, że Bóg dotyka nas właśnie w naszej słabości i zranieniu.
Tęsknota otwiera nas na innych i ku temu, co ponad nami. Sprawia, że przekraczamy samych siebie. Otwiera na drugiego człowieka, zaprasza ku przyszłości i zachęca do poszukiwania tego, co nowe i piękniejsze.
Świadomość własnej kruchości uczy prawdziwej pokory. Jednocześnie zmiękcza kamienne serce i nie pozwala zagłuszyć sumienia. O ileż łatwiej jest nam być wyrozumiałymi wobec innych, gdy pamiętamy o własnej słabości i głupocie, do której sami jesteśmy zdolni.
Kiedy wszystko to zostaje dopełnione miłosiernym i pełnym współczucia spojrzeniem Boga w chwili zaparcia się Go (por. Łk 22,61–62), kiedy naprawdę całym sercem pojmuję, że Bóg czeka na mnie, wychodzi mi naprzeciw, a nawet obejmuje mnie w moim zranieniu i grzeszności, kiedy rana staje się miejscem narodzin nowego życia – wtedy człowiek powoli, bardzo powoli zaczyna przeczuwać, co miał na myśli św. Paweł, pisząc, że w Chrystusie „nie ma już mężczyzny ani kobiety, niewolnika ani Greka”, bo wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie (por. Ga 3,28).
Czy świat nie byłby piękniejszy, gdybyśmy w drugim człowieku najpierw szukali nie stereotypu, ale Chrystusa?
Gdzie odnajduje duchowe siły?
W czym, gdzie, jak i kiedy odnajduje Pan duchowe umocnienie?
Najbardziej i najpełniej w Taizé – w tej przypowieści o Kościele i życiu wspólnotowym.
Poza tym w lekturze, słuchaniu muzyki, w teatrze lub podczas dobrego filmu, w długich nocnych rozmowach i jeszcze dłuższych podróżach samochodem. W ciepłym uścisku ukochanej osoby albo w spotkaniach z ludźmi, którzy są mi nie tylko bliscy, ale także stawiają mi wymagania i każą na nowo pytać o własne sumienie i przekonania.
Bywa jednak i tak, że straszny dzień, pełen wysiłku, cierpienia i przykrych obowiązków, okazuje się równie wartościowy jak cały dzień modlitwy i duchowej lektury, ponieważ mnie przemienia i otwiera moje oczy – zarówno te cielesne, jak i oczy serca.
„To raczej wspólna troska jednych o drugich”
Od wielu lat działa Pan w Caritas. Czy zdarza się Panu mieć dość ciągłego troszczenia się o innych?
Nie wiem, czy odważyłbym się określić swoją pracę jako troskę o innych. Powiedziałbym raczej, że jest to wspólna troska jednych o drugich oraz nieustanne zachowywanie czujności wobec wszystkich, których spotykamy na naszej drodze.
Oczywiście bywają chwile, kiedy z przyjemnością zamieniłbym swoją pracę na jakąś bardziej idealną, spokojniejszą… Ale bardzo szybko uświadamiam sobie, że naprawdę lubię to, co robię. Przeżywam swoją pracę jako powołanie i misję. Jest czymś, co wewnętrznie mnie wypełnia i jednocześnie mnie przemienia.
Staram się jednak żyć tak, jakby moja walizka była zawsze spakowana. Każdy dzień kończyć w taki sposób, by – gdyby zaszła taka potrzeba albo tak ułożyło się życie – ktoś inny mógł usiąść przy moim biurku i kontynuować rozpoczęte przeze mnie dzieło. Na swój własny sposób.
„Pan poruszył moje serce”
Mówi Pan, że praca w Caritas Pana zmieniła. Jaka była największa osobista przemiana, której Pan doświadczył?
Nieustannie zadziwia mnie to, że podobnie jak mój patron, św. Mateusz, również ja – celnik, poborca i grzesznik – każdego dnia na nowo słyszę zaproszenie Pana: „Pójdź za Mną” (por. Mt 9,9).
Jeśli zaprosił właśnie mnie, jeśli z taką czułością dotyka mojego zranienia, jeśli potrafi posłużyć się moimi ograniczonymi możliwościami, to naprawdę każdego dnia muszę uczciwie pytać samego siebie: kim jestem, by osądzać innych? Co daje mi prawo, by zamknąć przed kimś drzwi, odwrócić wzrok albo nie wyciągnąć pomocnej dłoni?
Być może największa zmiana polega właśnie na tym, że Pan najpierw poruszył moje serce, aby nauczyć mnie pozwalać poruszać się także losem innych ludzi. A wtedy nieuchronnie musi zmienić się również mój stosunek do nich.
„Najważniejsze jest towarzyszyć, a nie kontrolować”
Jest Pan ojcem szóstki dzieci. Jak godzi Pan potrzeby własnej rodziny z potrzebami ludzi, którzy szukają pomocy w Caritas?
Ani w rodzinie, ani w pracy nie jestem sam. I nawet nie wyobrażam sobie, że mógłbym sam zaspokoić potrzeby swoich dzieci czy wszystkich osób, które zwracają się do Caritas po pomoc.
Znacznie ważniejsze jest życie w autentyczności, pielęgnowanie szczerości, wspólne bycie ze sobą i stwarzanie innym przestrzeni do wzrastania, dojrzewania, stawania się samodzielnymi oraz odkrywania własnej drogi.
A przy tym być blisko, towarzyszyć, nie osądzać, umieć czasem postawić granice, mieć mądrość serca, by rozważnie wybierać bitwy, które warto stoczyć, i równie mądrze umieć odpuścić.
Jeśli tylko to możliwe, budować takie relacje, by ludzie, z którymi idzie się przez życie, wiedzieli, że niezależnie od tego, co się wydarzy i jak wielki popełnią błąd, zawsze mogą przyjść. Razem będziemy próbowali znaleźć drogę naprzód albo wyjście z trudnej sytuacji.
Czasem będzie to bolesne. Posypią się iskry, niektóre drogi będą ciche, inne bardzo głośne. Ale najważniejsze, byśmy ostatecznie wciąż szli razem.
A nawet jeśli nasze drogi kiedyś się rozejdą i każde z nas pójdzie w swoją stronę, dobrze byłoby móc przy kolejnym spotkaniu spojrzeć sobie spokojnie w oczy, przywitać się z życzliwością i ucieszyć się z ponownego spotkania.
Czy rodzina nie czuje się odsunięta na bok?
Czy zdarza się, że żona lub dzieci czują się pokrzywdzone, ponieważ pomaga Pan innym?
Na pewno bywają chwile, kiedy mnie brakuje albo nie jestem obecny wtedy, kiedy powinienem. Zdarzają się dni, które po prostu przeciekają przez palce. I nie zawsze dzieje się tak dlatego, że pomagam innym. Czasem przyczyny są całkiem egoistyczne i leżą wyłącznie po mojej stronie.
Chcę jednak powiedzieć, że szczerze nie wierzę w to, iż dobro pozostaje bez odpowiedzi. Nie wydaje mi się też uczciwe obwinianie innych ludzi o to, że zabrali część mnie mojej rodzinie.
Jeśli czynisz dobro, a potem wystawiasz innym rachunek za swoje dobre uczynki i nieustannie przypominasz im, jaki jesteś dobry i jak bardzo się dla nich poświęcasz, to może lepiej przestać robić takie dobro. Prawdopodobnie wszystkim wyjdzie na dobre, jeśli po prostu usiądziesz gdzieś w cieniu i będziesz łowił ryby wyłącznie dla siebie.
Jeżeli jednak naprawdę staram się przeżywać życie jako dar z samego siebie z miłości, wtedy nawet po długim i wyczerpującym dniu poświęconym innym ludziom nie będzie mi trudno podnieść swoje leniwe cztery litery i zrobić coś zamiast żony albo zauważyć dziecko, które właśnie mnie potrzebuje, i poświęcić mu swój czas.
„Nie chcę przedstawiać dzieciom zafałszowanego świata”
Czy przynosi Pan do domu historie z „terenu”? Stara się Pan chronić żonę i dzieci przed trudnymi historiami, z którymi spotyka się Pan na co dzień?
Zawsze. Są częścią mnie, a są to przecież historie o świecie, w którym żyjemy.
Oczywiście w domu nie rozmawiamy o konkretnych osobach z imienia i nazwiska, ale dzielimy się historiami i uczuciami. Nigdy nie widziałem sensu w przedstawianiu dzieciom świata jako innego, niż jest naprawdę, ani w pokazywaniu jego zafałszowanego obrazu.
Świat jest taki, jaki jest. W dużej mierze jest taki, jacy jesteśmy my sami – ludzie.
A chrześcijanie są powołani do tego, by pośród tego świata żyć jak sól, światło i zaczyn. Jesteśmy wezwani do głoszenia właśnie temu światu – dokładnie takiemu, jaki jest – miłości Ojca.
Szczerze mówiąc, nie wierzę, że uda nam się przekazać choćby jedno zdanie Ewangelii, jeśli najpierw nie przyjmiemy świata takim, jaki jest, nie poznamy go i nie pokochamy. Nie chodzi o pokochanie jego zła czy okrucieństwa, ale o umiłowanie świata w taki sposób, by próbować patrzeć na niego tak, jak patrzy na niego Bóg (por. Mistrz Eckhart, Kazania niemieckie).
Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe głoszenie Ewangelii: kiedy żyjesz w świecie takim, jaki jest, ale w sposób, który temu światu wydaje się obcy.
Kiedy po raz pierwszy nie odpowiadasz przemocą na przemoc – wtedy ogłaszasz Chrystusa.
Kiedy ważniejsze od pytania: „kto zaczął?”, staje się pytanie: „kto pierwszy przestał?” – wtedy pokazujesz światu drogę doskonalszą.
Dlatego nie tylko opowiadałem dzieciom historie z mojego codziennego życia. Zawsze zabierałem je ze sobą. Dzisiaj właściwie wszystkie są wolontariuszami Caritas.
Bo droga Caritas nie jest drogą jakiejś organizacji społecznej czy pozarządowej. Jest drogą, dzięki której możemy dziś głosić Chrystusa światu w języku zrozumiałym dla każdego.
Trzy rzeczy, których najbardziej brakuje światu
Jakie trzy rzeczy, Pana zdaniem, są dziś na świecie najbardziej potrzebne? Dlaczego?
Sól, światło i zaczyn.
Sól nadaje smak i w odpowiedniej ilości wydobywa prawdziwy smak potraw. Gdy jest jej zbyt dużo, zagłusza wszystkie pozostałe smaki. Dlatego sól oznacza dobro wspólne, które powinno mieć pierwszeństwo przed indywidualizmem i dyktaturą jednostki.
Światło rozprasza ciemność i przepędza noc. Tam, gdzie pojawia się światło, mrok zaczyna ustępować. Dlatego światło jest symbolem solidarności, która powinna być spoiwem naszych społeczeństw i antidotum na nieustanne dążenie do posiadania coraz więcej, gromadzenia i zatrzymywania wszystkiego przede wszystkim dla siebie.
Zaczyn natomiast przemienia całą górę mąki. Nadaje jej lekkość, miękkość i delikatność. Co najważniejsze – wszystko zmienia. Do tej samej ilości mąki i wody wystarczy dodać zaczyn, a powstaje zupełnie inne ciasto, z którego powstają zupełnie inne chleby.
Dlatego zaczyn jest dla mnie cywilizacją miłości. Jest marzeniem o świecie, w którym nikt nie zostaje przeoczony, nikt nie jest zapomniany ani odrzucony. O świecie, w którym każdy wnosi swój wkład na miarę swoich możliwości i w którym drugi człowiek nie jest przede wszystkim zagrożeniem, ale darem i szansą.
„Każdego dnia uczę się, czym jest łaska”
Jakie wydarzenie lub doświadczenie życiowe dało Panu najwięcej do myślenia?
Każdego dnia, kiedy się budzę i obok siebie wciąż znajduję moją żonę, która po tylu latach – mimo że wie o mnie wszystko i zna wszystkie moje słabości – nadal mnie kocha i nadal przy mnie trwa.
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zatrzymać się i zadziwić tym, z jak wielką łaską zostałem obdarzony miłością.
I każdego dnia stawia mi to pytanie i wyzwanie: czy potrafię kochać innych w taki sam sposób?
Tekst pochodzi ze słoweńskiej edycji Aletei.










![Gdy masz atak niepokoju, możesz zrobić kilka prostych rzeczy [wersja dla katolików]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/07/shutterstock_2674805015.jpg?resize=150,150&q=75)


