Na sportowych matach tatami Ivan Trajkovič walczył z przeciwnikami większymi i cięższymi od siebie. Najtrudniejszą walkę stoczył jednak przy swoim synu Maksie, który po, z pozoru niegroźnej, infekcji wirusowej znalazł się w stanie zagrożenia życia.
Kiedy siedzieliśmy z Ivanem Trajkovičem przy kawie i rozmawialiśmy o najróżniejszych sprawach, podchodzili do niego ludzie i gratulowali mu. Najczęściej za występ w teleturnieju „Na lovu”, gdzie jest jednym z „łowców”.
Sam Ivan, sportowiec, olimpijczyk i medalista największych turniejów, jasno jednak mówi: taekwondo i teleturnieje są dla niego ważną częścią życia, ale jeszcze ważniejsze jest to, co zbudował w swoim domu.
Lubisz nasze artykuły?
– Znamy pana jako wybitnego sportowca i zwycięzcę teleturniejów. A kim jest Ivan Trajkovič, gdy zamykają się drzwi domu?
– Przede wszystkim jestem ojcem i – choć z narzeczoną Teą jeszcze nie jesteśmy małżeństwem, chcemy wziąć ślub. W kościele. Dojrzeliśmy do tego. Też pod wpływem doświadczeń z synem. Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałem sobie, że rodzina będzie dla mnie tak wiele znaczyć, a dziś widzę, że to ona jest moją bezpieczną przestrzenią.
Cieszę się, że mam taką rodzinę – taką, w której mogę być sobą, bez napięć, bez tajemnic. Kiedy byłem młodszy, definiowało mnie wyłącznie to, że jestem sportowcem – Ivan Trajkovič, taekwondzista, olimpijczyk. Trudno było mi wyobrazić sobie życie po zakończeniu kariery sportowej.
Dlatego tym bardziej cieszę się, że rodzinę założyłem jeszcze w trakcie kariery. Wiem, że dzięki temu przejście do nowego etapu będzie znacznie łatwiejsze. Mając rodzinę, widzę dziś, że w życiu są cele znacznie ważniejsze i większe niż medal olimpijski.

– Zatrzymajmy się na chwilę przy pańskim synu. Około półtora roku temu z pozornie niegroźnej infekcji wirusowej rozwinęła się choroba, która zagroziła jego życiu. Co się właściwie wydarzyło?
– Pojechaliśmy nad morze razem z synem Maksem i narzeczoną Teą. Tam Maks dostał biegunki i wróciliśmy do domu. Po kilku dniach byliśmy u pediatry – usłyszeliśmy, że to wirusówka. Następnego dnia zauważyłem jednak, że Maks przestał oddawać mocz.
Pojechaliśmy na pediatrię do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Mariborze. Po badaniach stwierdzono, że coś jest nie tak z nerkami. Szybko postawiono diagnozę – zespół hemolityczno-mocznicowy. Nerki całkowicie przestały pracować i Maksa przewieziono na oddział pediatryczny w Lublanie.
Tam wykonano dializę otrzewnową, polegającą na wprowadzaniu płynu do jamy brzusznej, gdzie otrzewna pełni rolę naturalnego filtra. Po dwóch dniach kontrolowanego podawania i odprowadzania płynów okazało się, że wypływa ich mniej, niż zostało podanych. Część płynu przedostała się do płuc, co doprowadziło do niewydolności oddechowej.
Maks zdążył jeszcze chwycić Teę za palec i powiedzieć: „Mamo”, po czym wszystko zaczęło piszczeć, a do sali wbiegli lekarze i personel medyczny. Został zaintubowany, ustabilizowany i przeniesiony z powrotem na intensywną terapię oddziału pediatrycznego. Później wykonano tomografię komputerową mózgu, która wykazała kilka mniejszych i jeden większy udar.
Po kilku dniach hemodializy nerki znów zaczęły normalnie pracować i Maksa przeniesiono z powrotem na oddział pediatryczny.

– Jak Maks czuje się dziś?
– Obecnie nie ma żadnych problemów. Razem z Teą nie chcemy, by to doświadczenie stało się dla niego wymówką, że czegoś w życiu nie da się zrobić. Jeśli pojawią się trudności w nauce, najpierw sięgniemy po wszelką możliwą pomoc edukacyjną, a dopiero potem – ewentualnie – będziemy je łączyć z udarami, których doznał.
Oczywiście pozwalamy mu też na „niebezpieczne” rzeczy w bezpiecznym środowisku. Pozwalam mu wspinać się na drzewo czy chodzić po wąskim krawężniku – musi tylko wiedzieć, że jestem obok i w razie potrzeby zareaguję.
Maks, mimo tego wszystkiego, co przeszedł, nie jest biednym chłopcem. Powinien żyć możliwie normalnym życiem.
– Czy pamięta pan moment, w którym po raz pierwszy poczuł, że ojcostwo będzie najtrudniejszą „rywalizacją” w pana życiu?
– Wspomnienie chwili, gdy Maks znalazł się w niewydolności oddechowej, jest dość zamglone. Pamiętam, że siedziałem na podłodze na korytarzu, a przez głowę przelatywał mi milion myśli i scenariuszy. Czy to koniec jego życia? A jeśli nie, co to będzie oznaczało dla jego przyszłości?
Na takie uczucia nic nie mogło mnie przygotować. U Maksa wszystko potoczyło się tak szybko – jednego dnia normalnie się bawił, a trzy dni później walczył o życie.
Wtedy świadomie przejąłem też troskę o Teę – pilnowałem, żebyśmy jedli i spali, bo wiedziałem, że jeśli my nie będziemy w dobrej formie, nie będziemy w stanie zadbać o dziecko.
Choroba Maksa postawiła przede mną najgorszego możliwego przeciwnika. Takiego, którego nie widać i na którego nie da się przygotować.
Pamiętam jednak, jak z Teą się uzupełnialiśmy. Gdy mnie to wszystko złamało i nie byłem w stanie iść dalej, ona przejmowała inicjatywę i troszczyła się o nas oboje.

– Sam pan mówi, że w tej próbie kluczowe było wzajemne wsparcie z narzeczoną, Teą Kavkler. Jak dziś patrzy pan na waszą relację z tamtego czasu?
– Maks jest naszym pierwszym dzieckiem i przy jego narodzinach wszystko było dla nas nowe. Miesiąc po jego urodzeniu wyjechałem na zgrupowanie. Zawsze czułem jej ogromne wsparcie i mieliśmy bardzo dobre „partnerstwo”. Ja jeździłem na zawody po świecie, a Tea zostawała sama w domu z dzieckiem.
Podczas choroby Maksa najbardziej bolało mnie poczucie bezradności. Jako ojciec nie mogłem zrobić nic, by moje dziecko było zdrowe. Gdy przegrywałem walkę sportową, zawsze próbowałem ją analizować, szukać przyczyn porażki – nigdy nie czułem się całkowicie bezsilny.
Choroba Maksa znów postawiła przede mną najgorszego przeciwnika – niewidzialnego, nieprzewidywalnego.
Jedyny wpływ, jaki wtedy miałem, polegał na tym, by dbać o Teę, by ona czuła się dobrze. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak jedno z nas miałoby przejść przez to doświadczenie w pojedynkę, gdybyśmy nie byli razem i nie mieli się nawzajem.
– Jak radził pan sobie z wewnętrznym konfliktem między mężczyzną, sportowcem, wojownikiem, który musi być silny, a ojcem, który pozwala sobie na kruchość?
– Nie mam problemu z emocjami. Gdy coś mnie łamie, to mnie łamie – i nie ukrywam tego. Mam wysoki próg bólu, ale w bezpiecznym, domowym środowisku pozwalam sobie na bycie słabym.
Nie mogę oczekiwać od bliskich mi ludzi szczerości, jeśli sam nie jestem wobec nich szczery. Nie mam problemu z tym, że ktoś widzi mnie płaczącego. Ja też muszę od czasu do czasu opróżnić swój emocjonalny zbiornik.
– W teleturniejach wygrywa wiedza, w sporcie – ciało i przygotowanie. A co decyduje w ojcostwie?
– To trudne pytanie i nie mam na nie gotowej odpowiedzi. Wiem jednak, czym są dziś dla mnie małe zwycięstwa. Kiedy Maks miał cztery miesiące, wróciłem do domu, a Tea właśnie go uśpiła. Z tymi sennymi oczami odwrócił się do mnie, otworzył oczy i uśmiechnął się. To był ten moment „wow” – jak pięknie jest być ojcem.
O zwycięstwie lub porażce w roli ojca będę mógł mówić dopiero za dwadzieścia, trzydzieści lat. Dziś największym zwycięstwem jest dla mnie duma w jego oczach, gdy nauczy się czegoś nowego, i to, że razem z Teą prowadzimy go właściwą drogą. Mogę więc powiedzieć, że wygrywam tę ojcowską walkę o jego wychowanie, choć na ostateczny werdykt jest jeszcze za wcześnie.
– Jako sportowiec musiał pan umieć przyjmować porażki. Jak wyglądało zmierzenie się z ewentualną „porażką” w walce o życie syna?
– „A co, jeśli umrze?” – to pytanie krążyło mi po głowie, gdy dostał niewydolności oddechowej. Bardzo lubię racjonalizować rzeczy, ale takich sytuacji nie da się racjonalizować. Na myśl o śmierci ogarnął mnie ogromny smutek. Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego akurat Maks?
Dlatego, z ciężkim sercem, zapytałem lekarkę, czy jest w stanie zagrożenia życia. Odpowiedziała, że „w tej chwili nie”. I znów pojawiło się pytanie, co właściwie znaczy słowo „w tej chwili”. Na takie doświadczenie i na konfrontację z możliwością śmierci własnego dziecka nic nie mogło mnie przygotować.
Te czarne myśli o końcu jego życia – choć trwały może tylko kilka minut – naprawdę mnie ukształtowały. Dziś zupełnie inaczej patrzę na życie i na wszystko, co nas w nim spotyka.
Artykuł jest tłumaczeniem ze słowenskiej edycji aletei.







![Niezwykłe słowa prezydenta Nawrockiego w ONZ: „Musimy bronić” [wideo]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2025/09/shutterstock_2575246371.jpg?resize=150,150&q=75)





