Przejdz do tresci glownej

„Główną cechą lekarzy pogotowia ratunkowego jest radość z działania”

13 min czytania
Jakob Kovač

Autor: Fotografija je last Jakoba Kovača.

Gore so za Jakoba Kovača kraj sprostitve in miru.

W przychodni, w helikopterze czy wysoko w górach każdego dnia można spotkać się z nierozerwalnym związkiem profesjonalizmu i człowieczeństwa<br>

TODO MESSAGE :

Lekarz pogotowia ratunkowego Jakob Kovač pracuje tam, gdzie podejmowane są błyskawiczne decyzje – w przychodni pogotowia ratunkowego, podczas akcji ratowniczych z użyciem helikoptera oraz w górach, gdzie pogoda, ukształtowanie terenu lub chwila nieuwagi mogą w mgnieniu oka wywrócić życie do góry nogami. Dobrze zna adrenalinę, ale także ludzkie cierpienie. Właśnie dlatego jest przekonany, że lekarz w swojej pracy musi pozostać skromny i pełen współczucia.

Jak wygląda Twój typowy dzień pracy?

W medycynie ratunkowej na razie dominuje 12-godzinny dzień pracy w systemie zmian dziennych i nocnych, i ja sam pracuję w takim systemie. Na oddziałach ratunkowych jesteśmy znani z tego, że każdy dzień pracy jest nieprzewidywalny, dlatego trudno mi mówić o jakimś rytuale. Kiedy przychodzę do pracy tuż przed siódmą rano lub wieczorem, prawdopodobnie najpierw podświadomie oceniam, jaka jest sytuacja w przychodniach, poczekalni, a w końcu także w terenie – wszystkich kolegów, których spotykam na korytarzu, witam i pytam, czy pracowali w ciągu dnia czy w nocy i jak im poszło, czy też może, tak jak ja, właśnie przyszli i przez następne 12 godzin będziemy pracować razem.

Następnie szukam lekarza, którego zastępuję, aby przekazał mi telefon i ewentualnie jakiegoś pacjenta ze swojej zmiany, a dalszy przebieg zależy od sytuacji na oddziale ratunkowym – często dość szybko trafiamy do przychodni i kontynuujemy „rozładowywanie kolejki”.

Dzień pracy zależy w dużej mierze od zgłoszeń dzwoniących pod numer 112 oraz od liczby osób zgłaszających się na nasz oddział ratunkowy. Jako lekarze spędzamy większość czasu w gabinecie i przy telefonie, ale część pracy wykonujemy również w terenie. Zazwyczaj raz na zmianę udaje nam się znaleźć czas na krótką przerwę na posiłek i telefon do domu, a potem powoli nadchodzi zmiana.

Pracujesz jako lekarz pogotowia ratunkowego w przychodni, w helikopterowej służbie ratownictwa medycznego oraz w ratownictwie górskim. Czym różnią się od siebie te miejsca pracy?

Z jednej strony wcale, z drugiej zaś bardzo. Większość mojej pracy lekarskiej odbywa się w przychodni pogotowia ratunkowego, do której z reguły zgłaszają się pacjenci z dolegliwościami, które wydają im się zbyt poważne, by czekać z nimi do wizyty u lekarza rodzinnego. Nam, „po drugiej stronie”, często wydaje się co prawda odwrotnie, ale każdy zasługuje na to, by przed postawieniem diagnozy zostać najpierw dokładniej przesłuchanym i zbadanym. Oczywiście w przychodni od czasu do czasu rozgrywają się prawdziwe historie detektywistyczne, niestety także kryminalne, ale dla nas najciekawsze są te pełne akcji!

Praca w helikopterze to praca w terenie, co już z zasady bardziej mi odpowiada; oznacza to, że tego dnia nikt nie „przychodzi” do mojego gabinetu, ale to ja przylatuję do pacjentów, co zazwyczaj wiąże się z trudniejszymi przypadkami medycznymi, wymagającymi podejmowania szybkich decyzji, a także wysiłku fizycznego i improwizacji.

Z pewnością największym wyzwaniem są akcje ratownicze w górach, ponieważ urozmaicona rzeźba terenu Słowenii, ze względu na swoją odległość, zwłaszcza w ciemności lub przy złej pogodzie, stwarza warunki do prawdziwych interwencji o filmowym charakterze.

Jakob Kovač
„Największym wyzwaniem są akcje ratownicze w górach, ponieważ urozmaicona rzeźba terenu Słowenii może stanowić prawdziwe wyzwanie na skalę filmową”.Zdjęcie jest własnością Jakoba Kovača.

Które przypadki są najtrudniejsze? Czy są takie, które na długo pozostają w pamięci?

Jak twierdzi większość lekarzy pogotowia ratunkowego – z pewnością sytuacje nagłe związane z dziećmi. Te przypadki trudno mi wyrzucić z głowy, podobnie jak wszystkie te, w których mam może wyrzuty sumienia, że w danym momencie mogłem podjąć inną decyzję i poprawić wynik leczenia.

Osobiście bardzo obciążają mnie również przypadki z pacjentami lub ich bliskimi, którzy są niegrzeczni i grożą. W takich chwilach wspomniani niewdzięcznicy wręcz buntują się przeciwko mnie, a ja tracę wiarę w sens mojego zawodu, który moim zdaniem nie jest wystarczająco chroniony.

W swojej pracy spotykasz się z ludźmi znajdującymi się w najbardziej trudnych sytuacjach. Co jest wtedy najważniejsze?

Być skromnym, współczującym, dobrym człowiekiem. Myślę, że w takich sytuacjach, oprócz wzorowego wychowania w domu, faktycznie opłaca mi się te „niezliczone godziny spędzone w kościele, podczas których tylko połowicznie słuchałem przypowieści Jezusa i interpretacji proboszcza”. Chrześcijaństwo jest naprawdę swego rodzaju fundamentem medycyny. Prawdopodobnie dotyczy to również każdej innej religii, która wierzy w dobro wspólne, a dla zagorzałych ateistów niech będzie to socjalizm. Ponieważ w trzecim tysiącleciu triumfuje indywidualizm, traci na znaczeniu również medycyna. Żeby było jasne, mówię o wszystkich – zarówno o pracownikach służby zdrowia, jak i o pacjentach oraz ich bliskich.

Jakie cechy są Twoim zdaniem najważniejsze dla dobrego lekarza pogotowia ratunkowego?

Odpowiem anegdotą. Przed rozpoczęciem specjalizacji przeszedłem również badanie psychologiczne, podczas którego psycholog szczegółowo mnie przepytała i doszła do wniosku, że wybór tej specjalizacji nie pasuje do mojej osobowości i odradza mi ją. Prawdopodobnie wydałem się jej zbyt mało pewny siebie i zbyt filozoficznie nastawiony ze względu na moje nieustanne egzystencjalistyczne rozmyślania.

W przypadku lekarzy pogotowia ratunkowego z pewnością panuje stereotyp, że powinni to być ludzie bardziej wytrzymali, niezbyt rozwinięci emocjonalnie i z dużym ego, ale prawda jest oczywiście nieco inna. Wielu, którzy na pozór mieli idealny profil osobowościowy do tej pracy, zrezygnowało jeszcze przed zakończeniem specjalizacji, zmieniło kierunek lub nawet porzuciło medycynę.

Myślę, że najważniejszą cechą lekarzy pogotowia ratunkowego jest radość z działania. Jeśli perspektywa resuscytacji w ulewnym deszczu, rozmów z pacjentami psychiatrycznymi na zewnątrz w mroźne zimowe noce, przenoszenia ważących prawie dwieście kilogramów pacjentów podłączonych do monitora, respirator i kroplówki, po wąskich, stromych schodach do karetki, a także inne podobne zadania nie wydaje ci się choć trochę kusząca, to prawdopodobnie nasza praca naprawdę nie jest dla ciebie najlepszym wyborem. Jak lekarz poradzi sobie ze stresem, nocnymi zmianami, niekończącą się kolejką pacjentów, trudnymi historiami, a przede wszystkim z nieustannymi, dalekimi od ideału rozwiązaniami – to każdy musi ustalić sam.

Jakob Kovač
Zainteresowania sportowe, a raczej aktywność fizyczna, to jego „uzależnienie”.Zdjęcie jest autorstwa Jakoba Kovača.

W jaki sposób zrodziła się w Tobie chęć zostania lekarzem i jak doszło do wyboru medycyny ratunkowej?

Najprawdopodobniej podświadomie, ponieważ oboje moi rodzice są lekarzami. Nie powiedziałbym jednak, żeby w domu jakoś szczególnie zachwalali zawód lekarza… Od małego byłem wprawdzie piętnowany jako ten „z mrówkami w tyłku”, a mama nawet głośno mówiła, że nie wierzy, abym miał wystarczająco dużo wytrwałości do studiowania medycyny, ale ja sam jakoś widziałem siebie w opowieściach ojca o wypadkach drogowych i innych nieszczęśliwych zdarzeniach – on również jest bowiem lekarzem medycyny ratunkowej.

Kiedy w domu, oprócz kreskówek w telewizji, oglądałem nagrania ojca przedstawiające rozbite samochody i zakrwawionych motocyklistów, a później także jego loty w ramach pilotażowego projektu helikopterowej pogotowia ratunkowego, najwyraźniej zostały położone zbyt głębokie fundamenty – sam chciałem robić to wszystko i jeszcze więcej. Medycyna rodzinna mojej mamy – wręcz przeciwnie – nie pociągała mnie aż tak bardzo! 😊

Twój harmonogram pracy jest wyczerpujący. Jak radzisz sobie ze stresem? Gdzie uzupełniasz swoje zapasy energii? Czy adrenalinę też pomaga?

Szybko mnie zdemaskowaliście! Jestem w pewnym sensie uzależniony od aktywności fizycznej, a raczej od fizycznego masochizmu, który stanowi dla mnie jedną z głównych broni w walce ze stresem.

Mam niemal zbyt wiele sportowych hobby, więc niezależnie od pogody i pory roku zawsze znajdę dla siebie jakąś aktywność. W ostatnich latach coraz ważniejsza stała się również rola mojej żony, która stała się kluczowym „antystresorem”.

Jak Twoja żona postrzega Twoją pracę – pełne adrenaliny akcje ratownicze i dyżury?

Prawdopodobnie z odrobiną niepokoju, ale mam nadzieję, że też z odrobiną dumy. Z pewnością pomaga mi fakt, że poznaliśmy się, gdy byłem już lekarzem i zajmowałem się wszystkimi wymienionymi sprawami, więc stanęła przed wyborem „albo to, albo nic”. Na moje szczęście zdecydowała się na „to” i jestem jej za to wdzięczny.

Od kilku miesięcy żyję jednak w strachu, ponieważ ona również jest lekarką i właśnie musi zdecydować się na specjalizację. Jeśli zechce się na mnie w jakikolwiek sposób zemścić, to moim zdaniem istnieje jeszcze jedna, znacznie mniej korzystna opcja dla naszego życia rodzinnego… (śmiech)

Jakob Kovač
Również żona Jakoba, Anea, jest lekarką.Zdjęcie jest własnością Jakoba Kovača.

Góry są kuszące, ale dla niedoświadczonego turysty mogą szybko stać się niebezpieczne. Jakie są Twoje trzy rady dla każdego, kto wybiera się w wysokie góry?

Przede wszystkim radziłbym wszystkim, aby byli „na swoim poziomie”. Jeśli przez cały rok ich główną aktywnością sportową jest sobotni spacer na Rožnik, to samodzielna wyprawa na Triglav nie jest najlepszym pomysłem. Płynne poruszanie się po górach ma kluczowe znaczenie dla większego bezpieczeństwa, a warunkiem tego jest odpowiednia sprawność fizyczna (i psychiczna).

Kolejna rada dotyczy korzystania z internetu. Niedoświadczeni wędrowcy często czerpią pomysły na wycieczki właśnie stamtąd – z Instagrama lub Facebooka. Nie ma w tym nic złego, ale na tym etapie korzystanie z internetu nie powinno się kończyć. Konieczne jest przygotowanie się do wycieczki: musimy dowiedzieć się o liczbie kilometrów, różnicy wysokości, czasie marszu, stopniu trudności technicznej trasy, a co za tym idzie – o niezbędnym sprzęcie, o tym, gdzie zaparkujemy samochód, jaka będzie pogoda, czy po południu będą burze, o której musimy wyjść z domu, aby wrócić na czas itp. Większość informacji znajdziemy w Internecie, a jeśli dodatkowo zapytamy o to kogoś znajomego, tym lepiej.

Trzecią radą jest skromność. Wysokie góry wydają się na zdjęciach naszego dobrze przygotowanego przyjaciela na wyciągnięcie ręki, ale w rzeczywistości w górach niebo i piekło spotykają się nieustannie. Wystarczy, że słońce schowa się za chmurą i zerwie się wiatr, albo nasza trasa prowadzi przez zamarzniętą płachtę śniegu, a my nie mamy czekanów ani raków, gdy już podczas wspinaczki zabraknie nam jedzenia i picia, bo w dolinie było tak gorąco, że nie zabraliśmy ze sobą nawet wiatrówki, albo ta chwiejna skała i skręcona kostka… sytuacja może się szybko bardzo skomplikować!

A jak wy postrzegacie góry? Gdzie najchętniej się wybieracie i która pora roku jest wam najbliższa?

Góry są nieodłączną częścią mojego życia. Ostatecznie przekonałem się o tym podczas półrocznej wymiany studenckiej w Düsseldorfie – gdziekolwiek spojrzałem, wokół rozciągała się sama równina. Jako dziecko nienawidziłem wprawdzie wędrówek po górach, ale kiedy mój wujek z Karyntii zaczął wprowadzać mnie w świat wymagających szlaków górskich z linami zabezpieczającymi, świat gór zyskał dla mnie nowy wymiar; zwłaszcza gdy w Pecinem Lijaku po raz pierwszy założyłem raki i chwyciłem czekan!

Będąc zapalonym narciarzem i miłośnikiem śniegu, jednocześnie wprowadził mnie w świat narciarstwa skiturowego, a stamtąd już nie było odwrotu. Brat „wciągnął” mnie do szkoły alpinistycznej, dzięki czemu pokochałem również wspinaczkę, a narciarstwo stało się coraz bardziej wymagające i technicznie skomplikowane. Do tego doszły jeszcze góry z lotu ptaka, bo zostałem też paralotniarzem.

Kiedy jednak mam ochotę na nieco spokojniejszy dzień, podziwiam góry z siodełka roweru szosowego lub górskiego. Góry są dla mnie tym wspomnianym już masochistycznym poligonem, a jednocześnie miejscem relaksu i spokoju. Jednak wciąż wygrywają (zanikająca) zima i śnieg – bez tego nie potrafię żyć.

Zajmujesz się również muzyką. Co dla ciebie oznacza tworzenie i wykonywanie (nowych) melodii?

Wszystko zaczęło się od słuchania mamy, która w czasie mojego dorastania śpiewała różne piosenki – niemal bardziej dla siebie niż dla mnie. Ponieważ nie byłem tym jakoś szczególnie zachwycony, uznała mnie za „niezbyt zainteresowanego muzyką”. Ojciec chętnie się chwali, że to dzięki niemu poszedłem do szkoły muzycznej. Tam uczyłem się grać na fortepianie, a potem dodałem do tego trąbkę. Teoria muzyki szła mi całkiem nieźle, w przeciwieństwie do kolegów z klasy, podczas gdy granie muzyki klasycznej z nut nie sprawiało mi radości.

Pod koniec nauki w szkole muzycznej znalazłem w domu nuty zespołu Avsenikov i zacząłem je grać na fortepianie. Dzięki nim poznałem muzykę rozrywkową, a niemal naturalnym krokiem było przejście do jazzu, który całkowicie mnie wciągnął. Ówczesne nieszczęśliwe związki miłosne same doprowadziły mnie do komponowania piosenek w ramach prawdziwych projektów własnej produkcji wraz z teledyskami, w które starałem się zaangażować moich trzech młodszych braci. Szczególnie najmłodszy, Matej, wkrótce mnie przewyższył w komponowaniu, dlatego sam skupiłem się bardziej na pisaniu tekstów oraz nagrywaniu, „miksowaniu” i produkcji.

Jakob Kovač
Z żoną podczas grania.Zdjęcie jest własnością Jakoba Kovača.

Zaczęliśmy też od zespołu jazzowego Anastomoza, który założyliśmy jako studenci dla własnej przyjemności wraz z przyjaciółmi, ówczesnymi członkami Big Bandu Wydziału Medycznego.

Odkąd jestem szczęśliwym mężem, nie mam już szczególnej inspiracji ani motywacji do tego typu projektów, ale nie jest przypadkiem, że wciągnąłem żonę – która wcześniej była śpiewaczką klasyczną – w świat jazzu i od czasu do czasu nadal występujemy na jakiejś imprezie lub weselu.

Artykuł jest tłumaczeniem ze słoweńskiego wydania Aletei.