Przejdz do tresci glownej

Zmarł Ksiądz Prałat Jan Stanisławski. Zadziorny strażnik pamięci

6 min czytania
LYS_8718.jpg

Autor: Piotr Lysakowski | Piotr Lysakowski

Jutro odbędzie się pogrzeb śp. ks. prałata Jana Stanisławskiego, kanonika seniora Kapituły Katedralnej i prałata honorowego Jego Świątobliwości.

TODO MESSAGE :

Pamiętam go najpierw jako proboszcza poznańskiej katedry, który w czasie Sierpnia i w trudnych latach stanu wojennego dzielnie towarzyszył „Solidarności”. Zapłacił za to swoim probostwem i wymuszoną przez Służbę Bezpieczeństwa przeprowadzką z Poznania.

Kapłan wierny dawnej liturgii

Później, już na kapłańskiej emeryturze, został opiekunem grupy „trydenckiej” i przez wiele lat regularnie odprawiał dla nas Mszę w tradycyjnej formie rytu rzymskiego.

W jednej z wypowiedzi zarejestrowanych na filmie tłumaczył to w następujący sposób:

Dlaczego? Bo mnie liturgia zawsze fascynowała, a nikt z młodszych księży już nie umiał odprawiać po staremu. Przyznam się też, że podszedłem do tego z całą naturalną sympatią. To była przecież Msza, w której wzrastałem. Przecież gdy bawiłem się jako mały chłopak w księdza, to odprawiałem Mszę »trydencką«, a nie żadną inną, a potem była to Msza moich prymicji i dziesięciu lat kapłaństwa. Później przyszły zmiany, których powody teologiczne i inne rozumiałem i akceptowałem. Ale przecież nie zmieniło to mojego stosunku do niej. To mi siedziało we krwi.

Requiem w Złotej Kaplicy

Najbardziej będę jednak wspominał doroczne Msze w tradycyjnej formie, najczęściej Requiem, które na prośbę Fundacji św. Benedykta odprawiał przy grobach królewskich w Złotej Kaplicy poznańskiej katedry. Działo się to przez kilkanaście lat, każdego 25 maja, w rocznicę śmierci Mieszka I – dla uczczenia pierwszych polskich władców i modlitwy o spokój ich dusz.

Nigdy nie odmówił naszej prośbie, chyba że był już bardzo chory, jak w ostatnim czasie.

Msze te miały niepowtarzalny klimat. Choć odbywały się w kameralnym gronie, towarzyszyły im chorał, kadzidło, egzekwie, responsorium Libera me, czasem honorowa straż i zawsze biało-czerwona wiązanka. Ostatnia z tych Mszy odbyła się pod honorowym patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Niezwykłym i niezapomnianym widokiem był stojący przed ołtarzem w Złotej Kaplicy osiemdziesięcio-, a później już niemal dziewięćdziesięcioletni kapłan, który w starym czarnym ornacie odczytywał przy pomocy dużej lupy teksty ze starego mszału i potrzebne mu cytaty do homilii.

Kaznodzieja pamięci

Kiedy głosił kazania, czas jakby się zatrzymywał, a zegar przestawał tykać. Nie mówił więc krótko, ale zawsze na temat. Oddawał hołd dziedzictwu polskiej monarchii, gromił komunizm oraz jego współczesne mutacje i ideologiczne roszczenia. Chętnie odwoływał się również do własnych wspomnień.

Te ulubione wracały niemal co roku. Czekaliśmy więc z pewnym napięciem, czy znów usłyszymy anegdotę o rozmowie z Antonim Gołubiewem, kiedy ten pisał swojego monumentalnego „Chrobrego”, i czy ponownie zabrzmi pięknie wypowiedziane po francusku słynne pytanie: „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co uczyniłaś ze swoim chrztem?”, po którym niemal natychmiast następowało to samo pytanie skierowane do Polski.

Trzeba przyznać, że Ksiądz Prałat nie był pobłażliwy dla współczesnej kondycji duchowej Polaków.

Ostry jak szabla

Był trochę jak sienkiewiczowski Michał Wołodyjowski – wątłej postury, ale wielkiego serca. I podobnie jak Pan Michał miał język ostry niczym szabla. Gdy już się rozkręcił, nie gryzł się w ten język. Czasem nawet podczas kazania. A także w rozmowach z urzędnikami, również w czasach komunistycznych. Raz czy drugi byłem tego mimowolnym świadkiem.

Ostatnio z wielkim zainteresowaniem obejrzałem nagranie sprzed kilku lat, w którym opowiadał o tamtych wydarzeniach. Ku mojemu zaskoczeniu znalazł się tam także fragment dotyczący 16 grudnia 1982 roku. Po Mszy w katedrze ZOMO próbowało zatrzymać tramwaj, do którego schroniła się część młodych demonstrantów. Ksiądz Prałat, jako proboszcz katedry, ruszył im z pomocą.

Tak się składa, że byłem wtedy w tym tramwaju – razem z moją przyszłą żoną. Muszę przyznać, że Ksiądz Prałat bardzo wiernie opisał to zdarzenie, przynajmniej z naszej niezbyt wygodnej perspektywy. Opowiedział także o swojej interwencji wobec kordonu zomowców, a później o rozmowie z komunistycznym urzędnikiem z Urzędu do Spraw Wyznań.

Powiedzieć, że się nie szczypał, to nic nie powiedzieć.

Swoją drogą, ostatecznie dojechaliśmy tym tramwajem spod katedry do centrum i już w niewielkiej grupie poszliśmy złożyć wiązankę oraz zapalić znicze pod pomnikiem Poznańskiego Czerwca. Była to przecież pierwsza rocznica zamordowania przez ZOMO górników z kopalni „Wujek”. Ledwie tam dotarliśmy, przyjechały za nami ciężarówki z zomowcami spod katedry. Siły były dość nierówne – mniej więcej jedna ciężarówka przypadała na jednego demonstranta. Dość szybko przyszedł w Poznaniu czas zwątpienia. Na szczęście nie trwał długo.

Ostatni z pewnego pokolenia

Myślałem czasem o Księdzu Prałacie jako o przedstawicielu wymierającego gatunku. Był z pewnością jednym z ostatnich jego reprezentantów. Do niedawna można go było jeszcze spotkać na Ostrowie Tumskim, choć coraz rzadziej. Z roku na rok stawał się drobniejszy i poruszał się coraz wolniej.

Był typem sarmackim, bogoojczyźnianym, zadziornym, znakomicie obeznanym z liturgią, historią Kościoła i literaturą narodową. Potrafił tym fascynować. Choćby wtedy, gdy z pamięci śpiewał całe sekwencje chorałowe, także te pochodzące jeszcze z trydenckiego „Piotrowczyka”, obowiązującego na ziemiach polskich mniej więcej do końca XIX wieku. Byłem świadkiem, jak na prośbę jednego ze śpiewaków scholii nucił je w zakrystii.

Nie mam więc wątpliwości, że odszedł nie tylko barwny człowiek i kapłan, ale także ważny uczestnik życia Kościoła poznańskiego na przestrzeni kilkudziesięciu lat oraz niezwykle interesujący świadek przemian zachodzących w Kościele i w Polsce.

Był głosem pamięci tamtych czasów, a zarazem ich żywym reliktem. Jakby żywcem wyjętym z niektórych książek Makuszyńskiego.

Będzie go bardzo brakowało. A jego postać stojąca przed ołtarzem w Złotej Kaplicy, pochylona nad starym mszałem z wielkim szkłem powiększającym, pozostanie w mojej pamięci jako piękna metafora kapłaństwa, liturgii i nieubłaganie upływającego czasu.