Przejdz do tresci glownej

„Dlaczego ja ocalałem?” Pięć minut nad Warszawą prześladowało Wincentego do końca życia

5 min czytania
b-17.jpg

Autor: Canva

Flying fortress B-17

Miał 19 lat, gdy na jego oczach bombowiec z przyjaciółmi na pokładzie zamienił się nad walczącą Warszawą w kulę ognia. Przez następne sześćdziesiąt lat wracał do jednego pytania: dlaczego oni, a nie ja?

TODO MESSAGE :

„Kokpit jest pełen krwi!”

Krzyk w słuchawkach był tak nagły, że Wincenty Stefanek zamarł. Leciał w bombowcu tuż za maszyną swoich przyjaciół i widział wszystko: płonący silnik, samolot tracący wysokość nad Warszawą, sylwetkę B-17 o nazwie „I'll Be Seeing You”, która jeszcze przed chwilą spokojnie sunęła w szyku potężnej alianckiej armady.

A potem — eksplozję w powietrzu.

Chłopak z Dayton

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Wincenty był nieśmiałym studentem, wychowanym w pobożnej rodzinie słowackich imigrantów. Gdy Ameryka przystąpiła do wojny, przerwał studia na uniwersytecie w Dayton i zgłosił się do lotnictwa. W bazie Drew Field na Florydzie szkolił się na strzelca pokładowego — i tam poznał ludzi, którzy stali się dla niego kimś więcej niż towarzyszami broni.

Pilotem załogi był dwudziestotrzyletni Francis Akins: spokojny, opanowany, budzący szacunek bez podnoszenia głosu. Zanim trafił do wojska, przygotowywał się do kapłaństwa. Ostatecznie uznał, że jego powołaniem jest służba ojczyźnie — opuścił seminarium i został lotnikiem.

Najbliżej Wincenty zaprzyjaźnił się z Marcusem Shookiem, na którego wszyscy wołali „Shooky”. Podobnie jak on małomówny, ale obdarzony poczuciem humoru, które potrafiło rozładować napięcie w najgorszych chwilach.

Byli bardzo młodzi. Tańczyli jitterbuga do płyt Glenna Millera i śmiali się z tych samych dowcipów. Żyli jeszcze w świecie, w którym wierzy się, że dobro musi zwyciężyć.

Kiedy załoga trafiła do bazy Framlingham w Anglii, Wincenty zanotował, że czuje się „szczęśliwy i spokojny”, bo lata z ludźmi, których zdążył pokochać.

I wtedy przyszedł rozkaz, którego zupełnie się nie spodziewał. Przeniesiono go do rezerwy. Odtąd miał uzupełniać braki w innych załogach — a nie latać ze swoją. Przyjął to bez słowa, choć zabolało bardziej, niż chciał pokazać. W duchu wciąż uważał się za członka „załogi Akinsa”. Oni zresztą traktowali go tak samo.

Lubisz nasze artykuły?

Cel: Warszawa

We wrześniu 1944 roku dostał przydział do misji innej niż wszystkie. Tym razem nie lecieli bombardować Niemiec. Celem lotu była Warszawa. Misja ratunkowa.

Powstanie dogasało. Miasto konało pod niemieckim ostrzałem, a powstańcy wciąż wierzyli, że zdołają utrzymać stolicę do nadejścia Rosjan, stojących bezczynnie po drugiej stronie Wisły.

18 września w ramach operacji „Frantic 7” nad Warszawę poleciało 107 amerykańskich latających fortec w eskorcie Mustangów, by zrzucić powstańcom zasobniki z bronią i zaopatrzeniem. Gdy mieszkańcy zobaczyli na niebie armadę bombowców, wielu klękało na ulicach. Po tygodniach samotnej walki pomoc wreszcie nadchodziła.

Wincenty leciał w samolocie tuż za „I'll Be Seeing You”.

Niemiecka artyleria przeciwlotnicza otworzyła gwałtowny ogień. Wokół rozkwitały czarne obłoki eksplozji, do ataku ruszyły myśliwce.

Wtedy Francis Akins — pilot, który kiedyś chciał zostać księdzem — zaczął odmawiać po łacinie najstarszą znaną modlitwę do Matki Bożej: Sub Tuum praesidium. „Pod Twoją obronę”.

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Seria pocisków rozerwała kabinę pilotów. Akins został trafiony. Drugi pilot próbował oderwać jego dłonie od sterów, by utrzymać maszynę w powietrzu. Jeden z silników stanął w ogniu.

I wtedy w radiu rozległ się krzyk: „Kokpit jest pełen krwi!”.

To były ostatnie słowa, jakie usłyszano z pokładu „I'll Be Seeing You”. Chwilę później samolot odłączył się od formacji, przechylił i eksplodował nad miastem.

Ze spadochronem zdołało wyskoczyć tylko dwóch członków załogi. Jednym z nich był Marcus Shook. Ranny w obie nogi trafił do niemieckiej niewoli. Po latach wspominał polskich lekarzy — takich samych więźniów jak on — którzy uratowali mu życie. Mówił, że polubił Polaków tak bardzo, iż najchętniej „zapakowałby ich do walizki i zabrał do domu”.

Wincenty patrzył na to wszystko z powietrza. I nie mógł zrobić nic.

Pytanie na całe życie

Dlaczego oni zginęli, a ja przeżyłem?

To pytanie nosił w sobie przez dziesięciolecia.

Marcus Shook długo w ogóle nie potrafił mówić o wojnie. Zagrzebał wspomnienia pod pracą i codziennością. Dopiero po latach odnalazł Wincentego — ich przyjaźń odżyła i powoli, ostrożnie, zaczęli wracać do tamtego września.

Wincenty mówił o tym częściej, zwłaszcza żonie. Nie udawał, że tragedia go nie dotknęła. Dobrze znał ten ciężar, który dźwigają ocaleni: poczucie winy wobec tych, którzy nie wrócili.

Z czasem zaczął jednak patrzeć na własne życie inaczej. „Zrozumiałem, że jestem narzędziem — wyznał kiedyś. — Mam próbować być narzędziem wiary”.

Po wojnie wrócił do domu i do końca życia pozostał praktykującym katolikiem. O wierze opowiadał jak o czymś, co nie pozwoliło mu się rozpaść po tym, co zobaczył nad Warszawą. „Zostałem obdarowany katolicką wiarą — mówił — bo nauczyła mnie, jak żyć i jak umierać”.

Przed śmiercią w 2010 roku raz jeszcze wrócił do pytania, które prześladowało go od września 1944 roku. Odpowiedź, do której doszedł, była prosta:

„Czułem, że dostałem drugą szansę, by zrobić coś dobrego. Był powód, dla którego wciąż żyłem — większy niż moje własne plany”.

na podstawie: "The Torpedo Season: Growing Up During World War II" 2021, Dr. Richard C Lukas