Przejdz do tresci glownej

Musiała pożegnać troje swoich dzieci. „W dzień jesteś silny, ale nocą wszystko do ciebie wraca”

8 min czytania
Mateja Bartolj družina

Autor: Foto: Urška Kolenc | Aleteia

Proszę Deo i Teo, żeby nad nami czuwali. To dodaje mi sił nawet wtedy, gdy jest mi bardzo trudno.

TODO MESSAGE :

– Mówią, że człowiek dostaje tyle, ile jest w stanie unieść. Nie wiem, ile jeszcze jestem w stanie udźwignąć – mówi szczerze Mateja Bartolj, mama pięciorga dzieci. Trojga z nich nie ma jednak przy niej. Z każdym musiała się pożegnać – jeszcze w czasie ciąży albo tuż po narodzinach.

Z mężem Dejanem poznali się niespełna dwadzieścia lat temu. Od 14 lat są małżeństwem. Swój dom stworzyli w miejscowości Krka w regionie Dolenjska. Oboje pracują w służbie zdrowia. Ich codzienność wypełnia dziś wychowywanie dwóch córek – Lii i Isy. Starsza zakończyła trzecią klasę szkoły podstawowej, młodsza jesienią rozpocznie naukę w pierwszej klasie. Obie są towarzyskie, pełne energii i uwielbiają spędzać czas na świeżym powietrzu.

Mateja mówi o sobie, że jest osobą wysportowaną i lubiącą adrenalinę, podczas gdy jej mąż jest spokojniejszy. Mimo tych różnic większość wolnego czasu spędzają razem. Chętnie wyjeżdżają nad morze i dbają o swój ogród.

Lubisz nasze artykuły?

Pacjent jest zawsze najważniejszy

Od zawsze wiedziała, że chce zostać pielęgniarką, dlatego nigdy nie rozważała innej drogi zawodowej. Jest wdzięczna za zespół, z którym pracuje i z którym świetnie się rozumie. Przez 14 lat pracy zdobyła ogromne doświadczenie, którym z radością dzieli się z młodszymi współpracownikami.

Jako kierownik pracowni endoskopii największą satysfakcję czerpie z widoku pacjentów, którzy wychodzą z badania spokojniejsi i wdzięczni za profesjonalną, ale też pełną empatii opiekę.

W swojej pracy zawsze stawia pacjenta na pierwszym miejscu, a miarą sukcesu jest dla niej zaufanie, które wraz z zespołem budują każdego dnia. Razem uspokajają chorych rozmową, humorem, życzliwym słowem albo zwykłym uściskiem dłoni. W ten sposób pomagają im pokonać lęk, wstyd i niepewność przed badaniem.

Jej życiowa zasada jest prosta:

– Traktuj ludzi tak, jak sam chciałbyś być traktowany. A w pracy nigdy nie bój się poprosić o pomoc, jeśli nie jesteś czegoś pewien.

Mateja Bartolj

Zamiast radości przyszła rozpacz

Kiedy Mateja po raz pierwszy zaszła w ciążę w 2013 r., ich szczęście było ogromne.

– Chciałam powiedzieć o tym całemu światu. Nie mogliśmy się doczekać! W głowie od razu układasz sobie cały plan – jak będzie wyglądało życie, co trzeba przygotować, kiedy dziecko się urodzi.

Już podczas pierwszego badania ich świat się zawalił. Dziecko zmarło w 13. tygodniu ciąży. Radość i oczekiwanie ustąpiły miejsca szokowi, bólowi oraz pytaniom, dlaczego właśnie ich spotkało takie nieszczęście.

To doświadczenie sprawiło, że każdej kolejnej ciąży towarzyszył niepokój i strach.

– Dejan powiedział wtedy, że gorzej niż za pierwszym razem już chyba być nie może – wspomina Mateja.

Rok później ponownie zaszła w ciążę. Wszystko przebiegało prawidłowo aż do 18. tygodnia, kiedy przeżyli kolejny dramat. Odeszły wody płodowe. Dziewczynka, którą nosiła pod sercem, już nie żyła.

Po dwóch dniach pobytu na oddziale ginekologicznym Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Lublanie urodziła córeczkę, której dali imię Deo. Razem z mężem pożegnali ją i zdecydowali się pochować ją w Parku Dzwonków na cmentarzu Žale w Lublanie.

Oprócz ogromnego bólu Mateja musiała zmierzyć się także z fizycznymi skutkami porodu.

– Miałam już nawał mleka, ale do domu wróciłam bez dziecka. Oprócz połogu byłam psychicznie całkowicie rozbita. Dejan wrócił do pracy, a ja zostałam sama ze swoim cierpieniem. Dużo płakałam i bez końca rozmyślałam. Trochę pomagało mi układanie puzzli. Po kilku dniach nawet najbliżsi przestali pytać, jak się czuję. Życie po prostu toczyło się dalej.

Po utracie drugiego dziecka lekarze odkryli przyczynę przedwczesnych strat ciąż – wywoływała je bakteria.

– Nie było niczego, co mogłabym zrobić. To nie zależało ode mnie.

Mateja Bartolj

Najtrudniej jest nocą

Z kolejnymi stratami musieli mierzyć się właściwie sami. O swoim cierpieniu niewiele mówili innym.

– Na wsi to wciąż temat tabu. Po ślubie wiele osób dopytuje albo żartuje: „Na co jeszcze czekacie z dziećmi?”. A my przez pięć lat od ślubu wciąż ich nie mieliśmy. Najbliżsi wiedzieli o naszych stratach, ale pozostali już nie. To było bardzo trudne. W dzień jesteś silny, bo przebywasz wśród ludzi i rozmawiasz o innych sprawach. Ale nocą zostajesz sam i wtedy wszystko do ciebie wraca. Unikałam nawet mam spacerujących z wózkami.

– Wiele osób radziło nam po prostu zapomnieć i iść dalej – dodaje Dejan.

Małżonkowie przyznają jednak, że zamiast dobrych rad najbardziej potrzebowali zrozumienia oraz możliwości opowiedzenia o swoim bólu.

Historia powtórzyła się po raz trzeci

Po dwóch pierwszych stratach Mateja bardzo szybko wróciła do pracy.

– Powiedziałam sobie, że dość tego i muszę zacząć normalnie żyć.

Choć przez kolejny rok starali się o dziecko, ciąża nie pojawiała się. Przeszli liczne badania, które nie wykazały żadnych nieprawidłowości.

– Żyłam w tak ogromnym stresie, że po prostu nie mogłam zajść w ciążę.

W końcu udało się po raz trzeci.

– Także w tej ciąży byłam bardzo zdenerwowana. Nieustannie liczyłam kolejne tygodnie, dlatego cały czas towarzyszyło nam napięcie.

Do 22. tygodnia wszystko przebiegało prawidłowo. Potem pojawiło się krwawienie i dramat znów się powtórzył.

– Urodził się Teo. Od pierwszych chwil lekarze prowadzili jego resuscytację. Po ocenie jego stanu wspólnie z personelem medycznym podjęliśmy decyzję o zakończeniu działań ratunkowych, ponieważ rokowania były bardzo złe. Mogliśmy trzymać go w ramionach. Zmarł na naszych rękach.

Po śmierci synka Mateja zdecydowała się na rozmowę z psychologiem.

– W tamtym czasie nie było zbyt wielu książek ani materiałów, które mogłyby pomóc rodzicom po takiej stracie.

Mateja Bartolj

„Nie potrafiłam nawet nazwać swoich uczuć”

Ponieważ Teo zmarł na początku miesiąca, jego pogrzeb odbył się dopiero kilka tygodni później.

– Poprosiłam wtedy męża, żebyśmy wyjechali nad morze i choć na chwilę odcięli się od wszystkiego. To była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęliśmy.

W domu wszyscy pytali ją, jak się czuje.

– A ja nie potrafiłam nawet opisać swoich uczuć.

Na pogrzeb przyjechali prosto znad morza.

– Dopiero wtedy poczułam ulgę. Jakby z moich ramion spadł ogromny ciężar. Wcześniej czułam jedynie napięcie, nerwowość i miałam wrażenie, że żyję w jakimś koszmarze.

Ultimatum męża wyrwało ją z odrętwienia

Mateja przyznaje, że po trzech stratach całkowicie się poddała.

– Znowu wróciłam do domu bez dziecka.

Przez głowę przeszły jej nawet najczarniejsze myśli.

– Dejan natomiast nigdy się nie poddał. W pewnym momencie nie wytrzymał i postawił mi ultimatum: albo się rozstaniemy, albo razem przez to przejdziemy i nadal będziemy walczyć o naszą rodzinę. To mnie obudziło. Dla małżeństwa jest to ogromna próba. Człowiek nieustannie obciąża drugą osobę swoim cierpieniem, a psychicznie jest to niezwykle wyczerpujące.

Kiedy Mateja przechodziła przez swoją drogę cierpienia, nie było wielu świadectw kobiet, które przeżyły coś podobnego. Dziś sama otwarcie opowiada swoją historię, mając nadzieję, że doda odwagi choć jednej osobie. Myśli także o tym, by kiedyś opisać losy swojej rodziny w książce.

Mateja Bartolj

Czwarta ciąża

Po każdej stracie lekarze zalecali Matei, by przez cztery miesiące nie zachodziła w ciążę.

– Teo urodził się w czerwcu, a ja zaszłam w ciążę już w sierpniu. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że jestem w ciąży, dlatego oszczędziłam sobie przynajmniej miesiąca stresu. Zrezygnowałam również ze wszystkich dodatkowych badań prenatalnych. Wiedziałam, że przyjmę to dziecko bez względu na wszystko.

Także podczas tej ciąży lekarze wykryli obecność bakterii, jednak dzięki antybiotykom udało się ją opanować. Lia przyszła na świat w 36. tygodniu ciąży.

– Zaraz po porodzie bardzo mnie przestraszono, mówiąc, że coś jest nie tak z jej sercem. Na szczęście okazało się, że wszystko jest w porządku. Po czterech dniach mogłyśmy wrócić do domu.

Mateja wspomina, że była to niewyobrażalna ulga i szczęście.

Tym razem opuszczała szpital z dzieckiem w ramionach, a nie z pustymi rękami.

Mateja Bartolj