Przejdz do tresci glownej

Co naprawdę drażni krytyków monumentu w Konotopiu?

6 min czytania
IMG_4825.jpg

Autor: Michał Jędryka

Zanim jeszcze zdążono poświęcić monument Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu, internet już zdążył wydać wyrok. „Potworek”, „King Kong w szczerym polu”, „monumentalny komin religijny”, „dziwactwo”, „gigantomania”. Pomnik ma 55,6 metra wysokości, jest największą figurą maryjną w Europie, więc już sam jego rozmiar wystarczył, aby uruchomić lawinę kpin. Porównanie do „King Konga w szczerym polu” wyszło zresztą nie spod klawiatury anonimowego internetowego prześmiewcy, lecz z ust dominikanina, o. Pawła Gużyńskiego.

TODO MESSAGE :

Oczywiście wolno dyskutować o tym pomniku, o jego rozmiarach, proporcjach i symbolice. Tyle że spora część komentarzy dotyczących Konotopia nie jest żadną rozmową o sztuce. To język szyderstwa, który zdradza nie tylko ocenę dzieła, lecz także pewien stosunek do tego, co ono przedstawia.

W moim przekonaniu (a oglądałem monument z bliska) figura w Konotopiu nie sprawia wrażenia kiczowatej. Ma spokojną, klasyczną twarz, harmonijne proporcje i prosty gest otwartych dłoni. Nie ma w niej groteski ani religijnego „horror vacui”. Oczywiście każdy może ocenić ją inaczej, ale trudno uczciwie twierdzić, że sam jej wygląd uzasadnia skalę pogardy, jaka wylała się w internecie.

Być może zatem problemem nie jest to, że figura jest brzydka. Problemem jest to, że jest wielka i widoczna. Nie da się jej schować za plebanią. Nie można udawać, że nie istnieje. Dostrzegają ją przejeżdżający drogą, widzą ją mieszkańcy, pokazują telewizje. Przypomina o kulcie Matki Bożej nie w kościelnej kruchcie, lecz w otwartym krajobrazie. I właśnie to może drażnić najbardziej: wiara, która nie zgadza się pozostać sprawą prywatną.

Podobny spór toczy się wokół kościelnych dzwonów. Dzwon jest niewygodny, ponieważ oznajmia istnienie Kościoła tym, którzy nie zamierzali akurat o nim myśleć. Monument w Konotopiu robi dla wzroku to, co dzwony robią dla słuchu.

Wbrew popularnemu dzisiaj przekonaniu chrześcijaństwo nigdy nie głosiło, że religia powinna zostać zamknięta w prywatnej „izdebce”. Chrystus rzeczywiście mówi o modlitwie w ukryciu, ale przestrzega w ten sposób przed obłudą i wystawianiem własnej pobożności na pokaz. Ten sam Chrystus mówi przecież o mieście położonym na górze, którego nie można ukryć, oraz o świetle stawianym na świeczniku, aby świeciło wszystkim.

Soborowa deklaracja Dignitatis humanae przypomina, że społeczna natura człowieka wymaga, aby mógł on oddawać zewnętrzny wyraz swoim aktom religijnym, wyznawać wiarę wspólnie z innymi i sprawować kult publiczny. Religijność publiczna nie jest więc jakimś polskim wynalazkiem ani pozostałością po epoce, która rzekomo nie rozumiała rozdziału Kościoła od państwa. Jest naturalną konsekwencją tego, że człowiek nie żyje wyłącznie jako jednostka zamknięta w swoim mieszkaniu.

Chrześcijanie od początku nadawali wierze formy widzialne. Budowali kaplice, bazyliki i katedry. Wznosili krzyże na rozstajach dróg, figury przy domach, kolumny maryjne na miejskich placach. Umieszczali obrazy w bramach i kapliczki wśród pól. Chcieli, aby modlitwa nie tylko rozbrzmiewała w sercu, lecz także wpisywała się w przestrzeń, w której żyją ludzie.

Bywało, że ambicje budowniczych sięgały niezwykle wysoko. Dosłownie wysoko. Hanna Malewska w powieści „Kamienie wołać będą” opisała budowę katedry w Beauvais. Po pożarze starego kościoła postanowiono wznieść najwspanialszą i najśmielszą katedrę chrześcijaństwa. Jej sklepienie, sięgające niemal 47 metrów, pozostaje najwyższym gotyckim sklepieniem kamiennym na świecie.

Historia Beauvais jest zresztą zarówno pochwałą wielkiego porywu, jak i ostrzeżeniem przed ambicją pozbawioną umiaru. Część sklepień zawaliła się w 1284 roku, a w XVI wieku runęła także olbrzymia, około 150-metrowa wieża. Katedra pozostała niedokończona. Nie wynika z tego jednak, że pragnienie budowania rzeczy wielkich na chwałę Boga było samo w sobie fałszywe. Wynika raczej, że również szlachetny zamiar musi liczyć się z prawami statyki, ekonomii i ludzkiej roztropności. Pan Bóg jest wielki, ale współczynnik wytrzymałości materiału pozostaje nieubłagany.

Ciekawy jest też przykład bazyliki św. Piotra. Papież Juliusz II podjął na początku XVI wieku decyzję o rozpoczęciu rozbiórki starej bazyliki konstantyńskiej i budowie nowej. Można dyskutować, czy należało niszczyć świątynię liczącą dwanaście stuleci. Protestowano zresztą już wtedy. A jednak bez tego gigantycznego zamierzenia nie mielibyśmy dzisiaj bazyliki, którą miliony ludzi uważają za jedno z największych osiągnięć chrześcijańskiej architektury.

Wielkość budowli sakralnych nie wyrastała jedynie ze sportowej potrzeby pobicia sąsiedniego miasta. Owszem, niemałą rolę odgrywały również ambicje miast, biskupów i samych budowniczych. Ludzie średniowiecza przecież podobnie jak my nie byli pozbawionymi próżności aniołami. Jednak podstawowa intuicja była głębsza: skoro Bóg jest najwyższy, człowiek chce ofiarować Mu to, co sam potrafi stworzyć najlepszego: piękny kamień, światło wpadające przez witraże, pracę rzeźbiarzy, wiedzę konstruktorów i wysiłek całych pokoleń.

Ta intuicja jest obecna już w biblijnym opisie przygotowań do budowy świątyni jerozolimskiej. Dawid mówi, że świątynia ma być wspaniała, ponieważ nie jest przeznaczona dla człowieka, lecz dla Boga. Nie znaczy to, że Bóg potrzebuje złota, kamienia albo kilkudziesięciometrowych figur. Potrzebuje ich człowiek, aby wyrazić wdzięczność, cześć i świadomość, że istnieje rzeczywistość większa od niego samego.

W przypadku pomnika maryjnego trzeba zachować jeszcze jedno teologiczne rozróżnienie. Katolicy nie oddają Matce Bożej czci należnej Bogu. Figura nie jest boginią ani „złotym cielcem”. Cześć okazywana Maryi odnosi się ostatecznie do dzieła Boga, który uczynił Ją Matką Chrystusa. Katechizm mówi, że sztuka sakralna ma ukazywać niewidzialne piękno prawdy i miłości, odbijające się także w Najświętszej Maryi Pannie. Posąg może temu służyć. Nie musi, ale może. O jego religijnej wartości nie rozstrzyga taśma miernicza.

Nie wiem, czy monument w Konotopiu stanie się wielkim sanktuarium. Nie wiem, czy za sto lat będzie uznawany za arcydzieło. Nie każdy musi go lubić i nikt nie ma obowiązku zachwycać się nim pod groźbą podejrzenia o niedostatek wiary. Jestem jednak przekonany, że za pogardliwymi żartami z jego rozmiarów kryje się niekiedy coś więcej niż troska o dobry smak.

Współczesny świat chętnie toleruje religię dyskretną, bezgłośną i niewidzialną. Taką, która nie dzwoni, nie wznosi krzyży, nie urządza procesji i nie stawia figur wyższych od przydrożnej kapliczki. Wiara według tej koncepcji może istnieć, pod warunkiem że nie będzie przypominała o swoim istnieniu ludziom, którzy sobie tego nie życzą.

Matka Boża z Konotopia tego warunku nie spełnia. Stoi w otwartej przestrzeni, wyciąga dłonie i jest widoczna z daleka. Można się z tym nie zgadzać. Można nie podzielać wiary jej fundatorów. Znacznie trudniej jednak udawać, że chrześcijaństwo zniknęło z polskiego krajobrazu.

I być może właśnie dlatego ten monument wywołał tak gwałtowną falę szyderstwa.