Codzienne spory dzieci o obowiązki potrafią skutecznie odebrać radość. Gdy dołączy do tego ciągły brak czasu dla siebie nawzajem, a natłok pracy wyczerpuje ostatnie zapasy energii, łatwo stracić siły.
Aleksandra i Jan z Katowic, rodzice piątki, dobrze znają ten stan. Co pomogło im wyjść z chaosu i odzyskać potrzebną w rodzinie równowagę.
Ola wychowała się w Chorzowie. Od najmłodszych lat łączyła ją bliska relacja ze starszym o siedem lat bratem. W dzieciństwie najchętniej bawiła się w nauczycielkę, sumiennie prowadząc dziennik lekcyjny dla swoich pluszaków.
Janek, który mieszkał na jednym z katowickich osiedli, od małego potrafił rozśmieszać innych. Wieczorami, z zapartym tchem budował miasteczka z zapałek. Oboje wychowywali się w domach, w których ważna była wiara, rodzina i dobro, jakim obdarzało się drugiego człowieka.
Miłość silniejsza niż rozłąka
W liceum oboje należeli do oazy w Katowicach. Janek rzadko jednak uczestniczył w spotkaniach młodzieży, ponieważ na co dzień uczył się w szkole cystersów w Krakowie. Poznali się bliżej dopiero na wyjazdowych rekolekcjach.
Był taki zwyczaj, że ludzie z jednej parafii jechali na rekolekcje w różne części Polski, by poznać inne osoby z ruchu – wspomina z uśmiechem Aleksandra. – W któreś wakacje, na oazie w Cieszynie ze zdziwieniem odkryłam, że jest na niej także Janek.
Przez dwa tygodnie widywali się codziennie. Spacerowali wspólnie, chodzili na spacery i lody. Relację scementowała zabawna sytuacja, gdy na jedno z oazowych spotkań przyszli z motywem swojego ulubionego bohatera – Janek założył krawat z Kubusiem Puchatkiem, a Ola ubrała z nim koszulkę.
Po wakacjach znów musieli zmierzyć się z rozłąką: Janek wrócił do szkoły w Krakowie, a kilka lat później Ola wyjechała na studia ekonomiczne do Wielkiej Brytanii.
Na portierni internatu zapisywałem się do kolejki do telefonu na kartę, a potem rozmawialiśmy, ile się dało! – opowiada z ekscytacją Jan.
Dzieliła ich odległość, ale dbali o relację. Pisali do siebie dziesiątki listów i kartek, na bieżąco opowiadali o swoim życiu i wspierali się modlitwą.
Rodzina zamiast korporacji
Pobrali się 12 czerwca 2010 roku. Zamieszkali w Katowicach i szybko zaczęło się codzienne docieranie. Choćby w tym, że Ola wolała planować większość działań z wyprzedzeniem, podczas gdy Janek chętnie podejmował spontaniczne decyzje. – Musieliśmy uczyć się cierpliwości i kompromisu, tak by nasze codzienne wybory były dobre dla obojga – przyznają.
Gdy dwa lata po ślubie na świat przyszła Hania, ich życie wywróciło się do góry nogami. – Co myśmy robili, gdy nie mieliśmy dzieci? – pytali się ze zdziwieniem odkrywając, jak całe ich życie zaczęło toczyć się wokół pierwszego maleństwa. Byli szczęśliwi i równocześnie bardzo, bardzo zmęczeni. Z radością witali na świecie kolejne pociechy. Dziś są rodzicami pięciorga dzieci: czternastoletniej Hani, dwunastoletniego Krzysia, dziesięcioletniego Stasia, ośmioletniej Marysi i trzyletniej Zosi.
Wychowanie to wyzwanie
Oboje chcieli wychować dzieci jak najlepiej. Jednak w codziennym biegu, próbach zapobiegania dziecięcym kłótniom i liście „rzeczy do zrobienia” narastało w nich poczucie chaosu. Przy kolejnych narodzinach czasu wydawało się za mało nawet na to, by każde z pociech obdzielić potrzebną mu uwagą.
Zrozumieli, że ich obecność w domu jest kluczowa dla dobra rodziny. I stanęli przed trudnym, życiowym wyborem.
Mogliśmy nadal kontynuować model, w którym oboje intensywnie pracujemy dzięki czemu nasz domowy budżet jest zadowalający – mówią. – Uznaliśmy jednak, że rodzina jest o wiele ważniejsza niż zarobki.
Ola zamieniła wymagającą i wiążącą się z częstymi wyjazdami pracę w korporacji na spokojniejsze zajęcie. Opieką nad dziećmi dzielili się tak, by – gdy jedno pracuje, drugie było w domu. Wkrótce także Janek dostosował czas swojej pracy do potrzeb rodziny, podejmując działalność gospodarczą.
Z radością organizując warsztaty plastyczne z drewna dla przedszkolaków. Z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru i ogromnym ciepłem pomaga maluchom bezpiecznie szlifować, łączyć i kolorować drewniane elementy. Pod jego okiem z niepozornych kawałków drewna powstają wyjątkowe, własnoręcznie robione zabawki.
Patent na domowy chaos
Aby jeszcze lepiej zająć się wychowaniem, jeździli na rekolekcje Domowego Kościoła, poświęcone tej tematyce. Ogromną pomocą okazała się wymiana doświadczeń z innymi rodzicami. Wspólnie szukali sposobów na sprawną organizację. Część z nich się sprawdziła, jednak szybko odkryli, że nie wszystkie cudze rozwiązania nadają się do wprowadzenia u nich.
Odkrywaliśmy, że rodziny różnią się od siebie – tłumaczą małżonkowie. – Przykładowo: podczas gdy u naszych znajomych sprawdził się model, w którym każde z dzieci było odpowiedzialne za inną czynność przy nakrywaniu do obiadu i sprzątaniu ze stołu, u nas zrobił się zator. Ktoś nie wyjął czystych naczyń ze zmywarki, więc ktoś inny nie mógł włożyć brudnych… Nie chcieliśmy w to brnąć.
Dlatego zamiast ślepo naśladować innych, wprowadzili u siebie system jednodniowych dyżurów posługującego, co błyskawicznie ucięło konflikty przy domowych obowiązkach. – Nie jesteśmy idealni, ale idealnie sobie z tym radzimy – kwitują z uśmiechem swoje poszukiwania.
Jesteśmy drużyną
Z biegiem lat coraz umiejętniej stawiają dzieciom wymagania. Równocześnie dają dużo przestrzeni do rozwoju. Np. od najmłodszych lat malcy gotują wraz z nimi. Owszem, robią wtedy bałagan, ale też kształtują się na zaradnych dorosłych…
Swoimi rozwiązaniami dzielą się z innymi, a Janek prowadzi autorski podcast o wychowaniu na profilu @tatajedzie
Starają się, by codziennie mieć chociaż 15 minut wyłącznie dla siebie – by usiąść i wymienić się tym, co przyniósł dzień. Uwielbiają rodzinne podróże. Od wieczornych wypraw rowerami po objazdy po Europie. Zanim pojechali do Szwajcarii, wspólnie czytali książeczki o najsłynniejszej dziecięcej bohaterce w tym kraju – Heidi, a podczas wyprawy odwiedzili jej dom. We Francji wybrali się do Disneylandu, a do Rzymu pojechali pociągiem, by uatrakcyjnić podróż. Występują w koszulkach z rodzinnym logiem – by podkreślić, jak ważne jest dla nich bycie razem.
Podczas każdej wyprawy staramy się nocować w domu pielgrzyma lub zakonie – mówią. – W ten sposób łatwiej jest nam łączyć życie modlitwy i dobry przykład z przygodą.
Niezwykła rocznica ślubu
Owoce wychowania i pielęgnowanych wartości zobaczyli niedawno, podczas swojej 15. rocznicy ślubu.
Dzieci w tajemnicy przed nami przez pół roku przygotowały cały dzień świętowania! – opowiadają z wypiekami na twarzy rodzice. – Zorganizowały uroczysty obiad z kilkoma daniami i poprosiły zaprzyjaźnionego proboszcza o odprawienie Mszy Świętej w naszym domu.
To wydarzenie było dla Aleksandry i Jana pięknym potwierdzeniem obranej drogi i owocem ich duchowych zmagań. – Fundamentem rodziny jest nasza relacja – mówią z przekonaniem. – Bo tylko wtedy, gdy małżonkowie są szczęśliwi i znajdują dla siebie czas, prawdziwie szczęśliwe będą również ich dzieci




![{"rendered":"[GALERIA] Rodzina Tonder\u00f3w"}](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/08/Tonderowie-1-rotated.jpeg?w=620&h=310&crop=1?resize=1200,600&q=75)









