Przejdz do tresci glownej

Miłość to codzienny wybór. Recepta państwa Synaków na małżeński kryzys

6 min czytania
Synakowie-4-1.jpeg

Autor: ze zbiorów prywatnych A. J. Synaków

Anna i Jarosław Synakowie zderzyli się z przemęczeniem, samotnością i zupełnie różnymi oczekiwaniami wobec małżeństwa. Przełom pokazał im, że trwała miłość nie jest romantycznym zrywem, lecz decyzją podejmowaną każdego dnia.

TODO MESSAGE :

Wymodlony mąż

Dzieciństwo Anny pachniało lasem, łąką i zbieranymi jesienią grzybami. Wychowywała się na wsi w województwie kujawsko-pomorskim, z młodszym o jedenaście lat rodzeństwem. Ze wzruszeniem wspomina serdeczność wielopokoleniowej rodziny oraz ogromne ciepło babci, która poświęcała jej mnóstwo czasu.

To właśnie babcia zaszczepiła w niej fascynację tańcem, pokazując, jak dawniej bawiono się przy akompaniamencie harmonii i skrzypiec. Anna tak bardzo pragnęła, by jej przyszły mąż również podzielał tę pasję, że aż trzy razy pielgrzymowała pieszo na Jasną Górę w tej intencji.

„Albo ona, albo żadna”

Była na drugim roku studiów polonistycznych, gdy w akademiku poznała Jarka, studenta czwartego roku politechniki. Przyszedł do koleżanki, by pokazać slajdy ze swoich górskich wypraw.

– Zachwycił mnie ciekawością świata, odwagą i pięknym językiem polskim, jakim się posługiwał. Starałam się zrobić wszystko, by zwrócił na mnie uwagę – wspomina z uśmiechem.

„Albo ona, albo żadna” – pomyślał Jarek, zafascynowany autentycznością, niewinnością i szczerością, które biły z jej twarzy. Od razu założył z rezygnacją, że jeśli jej nie zdobędzie, chyba będzie musiał pójść do zakonu. Zaproponował, że odprowadzi ją do domu. Dwa tygodnie później Anna była już pewna, że to jej przyszły mąż.

Oboje pochodzili z praktykujących rodzin. Dużo rozmawiali o wierze, ale dla Anny kluczowy był również taniec, bez którego nie wyobrażała sobie życia. Gdy zapytała Jarka, jak radzi sobie na parkiecie, odpowiedź przerosła jej oczekiwania.

– Chyba nieźle, bo właśnie wygrałem turniej tańca towarzyskiego – przyznał z uśmiechem.

Od tamtej pory taniec stał się dla nich nieustannym źródłem radości, zaufania i budowania więzi.

Skrajne światy i surowa codzienność

Pobrali się w 1993 roku. Wkrótce wprowadzili się do niewykończonego domu chrzestnej Jarka – miejsca, w którym brakowało nawet łazienki, kuchni i szamba. Młodzi opiekowali się schorowaną ciocią oraz jej obłożnie chorym mężem.

– Zaczęłam uczyć języka polskiego i mnóstwo czasu zajmowało mi pisanie pierwszych konspektów – wspomina Anna. – Jarek w nowej pracy w przemyśle zbrojeniowym również miał wiele wyzwań.

W tych surowych warunkach przyszła na świat ich córka Ola.

– Cieszyliśmy się, a równocześnie byliśmy przemęczeni – wspomina Anna.

Córka była niezwykle wymagającym niemowlęciem: odrzucała smoczek, a w nocy niemal w ogóle nie spała. Anna, która spędziła pierwszy rok w domu, była skrajnie wyczerpana. Oczekiwała od męża, że przejmie część obowiązków. Jarek jednak także opadał z sił, łącząc wymagającą pracę zawodową z remontem domu.

Wtedy z całą mocą zderzyły się dwa skrajnie różne sposoby podejścia do życia. Anna dorastała w atmosferze miłości, rozmów i zrozumienia, bez surowych zakazów, dlatego oczekiwała empatii. Jarek, wychowany w dyscyplinie, skupiał się przede wszystkim na realizacji określonych zadań i obowiązków, a empatyczne podejście uznawał za zbędne.

– Trudno nam było zrozumieć siebie nawzajem. Zmęczeni i sfrustrowani kłóciliśmy się. Czuliśmy się coraz bardziej samotni – mówią.

Nie brakowało jednak tego, co najważniejsze.

– Byliśmy autentyczni, szczerzy i świadomi, że chcemy pozostać ze sobą – tak jak przysięgaliśmy – do końca życia. I to nas uratowało – podsumowują małżonkowie.

Narzędzia z Domowego Kościoła

Podczas jednej ze spowiedzi ksiądz polecił Annie wspólnotę Domowego Kościoła. Jarek jednak zdecydowanie się opierał. Uważał, że najpierw powinien samodzielnie uporządkować swoje życie i stać się nienagannym mężem oraz ojcem. Ostatecznie do odwiedzenia wspólnoty przekonała go nieznajoma, która podeszła do niego w kościele.

Wkrótce pojechali na rekolekcje.

– To było przełomowe. Słuchając innych par, odkryliśmy, że większość z nich mierzy się z podobnymi problemami. Dotarło do nas, że zbyt mocno zamykamy się we własnych oczekiwaniach – mówią.

Domowy Kościół wyposażył ich w narzędzia do pracy nad relacją. Uczyli się, jak drobnymi gestami wyrażać czułość i rozbrajać napięcia.

Dom pełen harmonii

Później z radością powitali na świecie syna Wojtka. Było im już łatwiej. Starali się stworzyć dzieciom dom pełen miłości i zrozumienia, a jednocześnie wprowadzać zasady i wymagania.

Dawali im przestrzeń do bycia wysłuchanymi. Dzieci mogły swobodnie uczestniczyć w spotkaniach przy stole z gośćmi, co stanowiło całkowity kontrast wobec rodzinnego domu Jarka, gdzie obowiązywała zasada: „dzieci i ryby głosu nie mają”. Wspólnie czytali Biblię, wyjeżdżali do rodziny, raz w roku brali udział w dwutygodniowych rekolekcjach, kibicowali Oli w zawodach tenisa stołowego i Wojtkowi podczas występów pianistycznych.

– Dorosła już Ola z humorem oceniła kiedyś nasze działania na solidne „trzy plus” – uśmiechają się.

Miłość to wybór

Państwo Synakowie od ponad dwudziestu lat wspólnie służą innym małżeństwom. Są odpowiedzialni za Diakonię Życia, duszpasterstwo i poradnictwo rodzinne w swojej diecezji. Regularnie organizują wyjątkowe rekolekcje dla małżeństw połączone z nauką tańca.

– Ku naszej radości przyjeżdża na nie nawet sto dwadzieścia osób – mówią.

Uczą młodszych i starszych małżonków, że na parkiecie nie da się tańczyć bez dialogu i pokory: jedno musi delikatnie ustąpić, a drugie pewnie poprowadzić. Uczestnicy zgłębiają również zagadnienia psychologiczne i finansowe, poznają chrześcijańską koncepcję człowieka oraz uczą się pisać do siebie listy. W ten sposób gromadzą pozytywny bagaż doświadczeń na trudniejsze chwile.

Państwo Synakowie nieustannie podkreślają, że człowiek jest istotą cielesno-duchową, dlatego dotyk i współpraca ciała mają kluczowe znaczenie w budowaniu więzi. Jarek posługuje także jako akolita.

Dziś dzielą dom z córką, zięciem i pięcioletnią wnuczką Klarą, ciesząc się wspólnie spędzanym czasem. Regularnie goszczą też syna, który przylatuje z zagranicy.

– Z radością obserwujemy, jak Klara fascynuje się przyrodą. Obserwuje motyle, biedronki i ślimaki. Ogród i kwiaty pozwalają jej – i nam – odkrywać piękno świata oraz odnajdywać spokój – mówią.

Choć mają za sobą dekady małżeńskiego stażu, wciąż doskonale wiedzą, że każdą więź trzeba nieustannie pielęgnować.

– Czasem trzeba po prostu odpuścić – radzą z przekonaniem.

Ich pełna wyzwań historia pokazuje, że szczere budowanie jedności zawsze wymaga czasu i zrozumienia.

– Prawdziwa miłość to nie tylko ulotne uczucie. To konkretny wybór, którego dokonuje się każdego dnia – mówią.