Przejdz do tresci glownej

Kto wymyślił wojnę nauki z religią?

8 min czytania
Grób Isaaca Newtona w Opactwie Westminsterskim. Wielki fizyk, który nie wiedział jeszcze, że nauka i religia mają pozostawać w stanie wojny.

Autor: fot. Facebook

Grób Isaaca Newtona w Opactwie Westminsterskim. Wielki fizyk, który nie wiedział jeszcze, że nauka i religia mają pozostawać w stanie wojny.

Od Galileusza po Darwina historia ma być dziejami stopniowego wycofywania się religii przed kolejnymi odkryciami uczonych. Ten obraz jest tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze, że rzadko pytamy, skąd właściwie się wziął. Tymczasem sama idea odwiecznej „wojny nauki z religią” ma swoją historię — i jest ona znacznie krótsza, niż mogłoby się wydawać.

TODO MESSAGE :

Gdyby poprosić przeciętnie wykształconego Europejczyka o przykład konfliktu nauki z religią, zapewne szybko padłoby nazwisko Galileusza. Potem może Darwin, teoria ewolucji i spory o pochodzenie człowieka. Gdzieś w tle pojawiłoby się jeszcze „ciemne średniowiecze”, kiedy Kościół miał tłumić rozwój wiedzy.

Z tych elementów powstaje bardzo spójna opowieść, by nie powiedzieć — mit. Według tego mitu przez tysiąclecia człowiek wyjaśniał świat za pomocą religii. Pioruny zsyłali bogowie, Ziemia znajdowała się w centrum wszechświata, a choroba bywała traktowana jako kara za grzech. Później pojawiła się nauka i te wyjaśnienia stały się niepotrzebne. Piorun okazał się wyładowaniem elektrycznym, Ziemia jedną z planet krążących wokół Słońca, a wiele chorób udało się wyjaśnić działaniem drobnoustrojów. Nauka — powie taki narrator — zaczęła krok po kroku odbierać religii jej dotychczasowe terytorium.

Tyle że historycy nauki od dawna patrzą na ten opis z dużą rezerwą.

„Konflikt” i „wojna”

Warto cofnąć się do XIX wieku. W 1874 roku amerykański uczony John William Draper opublikował książkę History of the Conflict between Religion and Science — „Historia konfliktu między religią i nauką”.

Dwadzieścia dwa lata później Andrew Dickson White, współzałożyciel i pierwszy rektor Cornell University, wydał dwutomowe dzieło A History of the Warfare of Science with Theology in Christendom.

Już same tytuły są znaczące. Pojawiają się w nich słowa conflict i warfare. Konflikt i wojna.

Draper i White nie opisywali jedynie pojedynczych sporów. Proponowali znacznie szerszy obraz dziejów Zachodu. Nauka i religia miały reprezentować dwa przeciwstawne sposoby poznawania rzeczywistości, a rozwój wiedzy miał dokonywać się w nieustannym starciu z religijnymi dogmatami.

Samo stwierdzenie, że uczeni i ludzie Kościoła nieraz się ze sobą spierali, nie byłoby niczym szczególnym. Spory są częścią historii każdej dziedziny ludzkiego życia. Teza Drapera i White'a była jednak znacznie mocniejsza. Konflikt miał być naturalnym stanem relacji między nauką a religią.

Właśnie z tym twierdzeniem współczesna historia nauki ma poważny problem. Nie dlatego, że historycy odkryli nagle, iż uczeni nigdy nie spierali się z Kościołem. Odkryli raczej, że gdy zaczyna się badać poszczególne przypadki, prosty schemat „nauka przeciw religii” raz po raz przestaje do nich pasować.

Newton nie znał tej wojny

Historyk nauki Lawrence M. Principe z Johns Hopkins University zwrócił uwagę na rzecz pozornie oczywistą. Gdy przenosimy dzisiejsze pojęcia „nauki” i „religii” kilka stuleci wstecz, ich znaczenie zaczyna się zmieniać.

Isaac Newton nie określałby swojej pracy mianem „nauki” w naszym współczesnym znaczeniu. Zajmował się natural philosophy — filozofią przyrody. Tak zresztą brzmi tytuł jego najważniejszego dzieła: Philosophiae naturalis principia mathematica, czyli Matematyczne podstawy filozofii przyrody.

Jednocześnie ten sam Newton poświęcał ogromną ilość czasu sprawom, które dziś bez wahania umieścilibyśmy po stronie religii. Studiował Biblię, pisał o proroctwach, interesował się historią Kościoła i prowadził rozważania teologiczne. Nie był przy tym wzorem chrześcijańskiej ortodoksji. Jego poglądy na Trójcę Świętą daleko odbiegały od nauczania chrześcijańskiego.

Dla naszego tematu najważniejsze jest jednak coś innego. Newton nie widział między badaniem praw przyrody a pytaniem o Boga takiej granicy, jaką wyznaczamy dzisiaj. Podobnie można byłoby mówić o Johannesie Keplerze czy Robercie Boyle'u.

Pokazuje to, że naszego współczesnego podziału na dwa przeciwstawne obozy nie da się bez kłopotu przenieść w przeszłość. Można nawet zapytać, czy sam obraz dwóch szczelnie oddzielonych światów nie mówi więcej o naszej epoce niż o epoce Newtona.

A co ze średniowieczem?

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy cofniemy się dalej. W popularnej wyobraźni średniowiecze długo funkcjonowało i funkcjonuje nadal jako przeciwieństwo naukowego rozumu. Tymczasem właśnie średniowieczna Europa stworzyła instytucję, bez której trudno wyobrazić sobie późniejszy rozwój nauki: uniwersytet.

Bolonia, Paryż, Oxford, Cambridge, wreszcie Kraków — nie były oczywiście współczesnymi uczelniami badawczymi. Były jednak trwałymi wspólnotami ludzi zajmujących się wiedzą. Miały programy studiów, stopnie akademickie, nauczycieli, studentów i zasady prowadzenia publicznych dysput.

Ten system powstawał w świecie przenikniętym chrześcijaństwem i pozostającym w ścisłym związku z instytucjami kościelnymi.

Nie wynika z tego, że Kościół zawsze przyjmował z entuzjazmem każdy nowy pogląd naukowy. Tak oczywiście nie było. Prosta opowieść, według której religia przez stulecia blokowała wiedzę, aż nauka wreszcie się od niej uwolniła, jest jednak karykaturalnym uproszczeniem prawdziwej historii.

No dobrze, ale Galileusz?

Jego nazwisko musi w tym miejscu paść. W 1633 roku Galileusz został uznany przez rzymską inkwizycję za „silnie podejrzanego o herezję”, zmuszony do wyrzeczenia się swoich poglądów i skazany na areszt, który następnie odbywał w warunkach domowych.

Nie ma sensu udawać, że nic się nie wydarzyło. Wydarzyło się. Rzeczywista historia procesu Galileusza jest jednak bardziej skomplikowana niż jej popularna wersja.

W 1633 roku nie istniał jeszcze rozstrzygający dowód obserwacyjny ruchu Ziemi. Jeden z argumentów, który sam Galileusz uważał za szczególnie mocny — wyjaśnienie pływów mórz i oceanów ruchem Ziemi — był po prostu błędny. W sporze splatały się problemy astronomiczne, mechaniczne, interpretacja Pisma Świętego, filozofia przyrody, polityka kościelna i osobiste konflikty.

Nie chodzi o wybielanie sędziów Galileusza. Chodzi o pokazanie, jak łatwo skomplikowany spór historyczny uprościć do gotowego schematu: uczony odkrywa prawdę, religia staje jej na drodze. Do Galileusza warto jeszcze wrócić osobno. Jego prawdziwa historia jest ciekawsza niż legenda.

Dlaczego więc uwierzyliśmy w wojnę?

Draper pisał swoją History of the Conflict w 1874 roku. White publikował swoje najważniejsze dzieło pod koniec tego samego stulecia. Nie był to przypadkowy moment.

XIX wiek był czasem ogromnego rozwoju nauk przyrodniczych. Uczony coraz częściej stawał się przedstawicielem osobnego zawodu, a nie — jak wcześniej — duchownym, lekarzem czy filozofem zajmującym się również badaniem przyrody. Po publikacjach Darwina wybuchły wielkie spory o pochodzenie człowieka. Rosło znaczenie pozytywizmu, a część europejskich elit coraz wyraźniej odchodziła od religii. Nie bez znaczenia był fakt, że fizykom pod koniec XIX wieku wydawało się, iż ich badania wyjaśniły już wszystko, pozostaje te wyniki tylko zastosować do całej przyrody, a świat i jego zjawiska okażą tak doskonale jasne jak działanie szwajcarskiego zegarka. Rewolucja mechaniki kwantowej rozerwie wkrótce to marzenie w puch, ale to inna opowieść.

Toczył się również spór o to, kto ma prawo wypowiadać się autorytatywnie o świecie i człowieku. White sam uczestniczył w dyskusjach o tym, czy nowoczesny uniwersytet powinien pozostawać pod kontrolą instytucji wyznaniowych.

Możliwe więc, że XIX-wieczni autorzy nie tylko opisywali wcześniejszą historię jako wojnę nauki z religią. Patrzyli na przeszłość przez doświadczenie konfliktów własnej epoki.

Ich opowieść okazała się niezwykle trwała. Była prosta, dramatyczna i łatwa do zapamiętania. Miała bohaterów, ofiary i przeciwników. Miała światło i ciemność. Historia opowiedziana w ten sposób zawsze ma pewną przewagę nad historią, która wymaga dopowiedzeń, wyjątków i przypisów.

Nie zastępujemy jednej legendy drugą

Łatwo teraz popełnić błąd w przeciwną stronę i uznać, że żadnego konfliktu nauki z religią nigdy nie było. Był proces Galileusza. Były spory wokół teorii ewolucji. Bywała cenzura, nieufność wobec nowych odkryć i duchowni wypowiadający się o nauce bez dostatecznej wiedzy.

Zdarzali się jednak również uczeni, którzy z wyników swoich badań wyciągali wnioski daleko wykraczające poza to, co rzeczywiście można było stwierdzić w laboratorium czy obserwatorium.

Właśnie tutaj możemy znaleźć chyba najciekawsze miejsce spotkania nauki i wiary. Warto za każdym razem oddzielić trzy pytania.

Co rzeczywiście ustaliła nauka?

Jak można to interpretować filozoficznie?

Czy ma to jakieś znaczenie dla wiary?

Te trzy poziomy bardzo często się mieszają. Czy teoria Wielkiego Wybuchu mówi, że świat został stworzony? Czy przypadkowość mutacji oznacza, że ewolucja nie może mieć celu? Czy aktywność mózgu poprzedzająca świadomą decyzję dowodzi, że wolna wola nie istnieje? Czy fakt, że podczas przeżycia religijnego możemy obserwować określoną aktywność mózgu, oznacza, że spotkanie z Bogiem jest jedynie produktem mózgu?

Na takie pytania nie wystarczy odpowiedzieć ani cytatem z Biblii, ani wykresem z laboratorium.

Do podobnych tematów będziemy na Aletei regularnie wracać. Nie po to, by za każdym razem dowodzić, że „nauka potwierdza wiarę”. Czasem niczego takiego nie potwierdza.

Znacznie ciekawsze jest sprawdzenie, co naprawdę wiemy, co jest już interpretacją i w którym miejscu kończy się pytanie naukowe, a zaczyna filozoficzne lub teologiczne.

Być może największym problemem w rozmowie o nauce i wierze nie jest więc ich odwieczna wojna. Problem zaczyna się wtedy, gdy jednej z nich każemy odpowiadać na pytania należące do drugiej.