O kulisach powstawania kultu, złych tłumaczeniach „Dzienniczka” i międzyludzkich tarciach rozmawiają Paulina Małota oraz Dariusz Dudek.
„Iskra. To oni wspierali św. Faustynę i kult Bożego miłosierdzia” to najnowsza książka Pauliny Małoty o osobach, które towarzyszyły św. Faustynie i wspierały rozwój kultu Bożego miłosierdzia.
Lubisz nasze artykuły?
Aleteia: Gdy przyglądamy się historii świętej Faustyny Kowalskiej, często widzimy ją samotną w swoich wizjach. Tymczasem w tytule Pani książki Iskra pojawia się liczba mnoga – to oni wspierali Faustynę. Kto właściwie stał za tą prostą zakonnicą?
Paulina Małota: Na jej drodze pojawiło się wielu wspaniałych i delikatnych ludzi. Jeszcze przed wyjazdem do Wilna na drodze siostry Faustyny pojawił się ojciec Józef Andrasz, jezuita. Bardzo jej pomógł i uspokoił w kwestii objawień, bo ona tak naprawdę sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Niektórzy wkoło mówili jej, że ma złudzenia, że zmyśla. Ojciec Andrasz pomógł jej to zrozumieć, choć wiedział, że to jeszcze nie czas na jego mocniejsze wkroczenie. Został jej spowiednikiem po jej powrocie z Wilna i towarzyszył jej aż do śmierci.
W Wilnie kluczowy był oczywiście ks. Michał Sopoćko, ale i przełożona tamtejszego domu, Irena Krzyżanowska, czy matka generalna Michaela Moraczewska. Ci ludzie musieli być niezwykle delikatni i ostrożni. Badali to, czego byli świadkami – przecież to były objawienia prywatne, nikt inny ich nie miał. Musieli najpierw sami wybadać, czy to wszystko jest prawdziwe.
A co stało się po jej śmierci? Przecież ta iskierka miała rozprzestrzenić się na świat.
I tu wyłaniają się kolejne postaci, bohaterowie drugiego planu: metropolita krakowski Karol Wojtyła, później kardynał Franciszek Macharski oraz wicepostulatorka procesu beatyfikacyjnego siostra Beata Piekut, która dokonała ponownego tłumaczenia „Dzienniczka” na język włoski. Karol Wojtyła i Franciszek Macharski osobiście Faustyny nie znali, a mimo to intuicyjnie zaryzykowali. W tamtych czasach to było niesamowicie ryzykowne – wprowadzać zupełnie nowy kult. To tak, jakby dziś ktoś przyszedł i powiedział, że ma objawienia i trzeba zrobić rewolucję w Kościele!
A jednak Wojtyła – który w czasie II wojny światowej chodził przez Łagiewniki do kamieniołomu Solvay i mijał kaplicę z obrazem – oraz Macharski, który w domu rodzinnym miał wizerunek Jezusa Miłosiernego, podjęli to zadanie. Macharski wpisał Święto Miłosierdzia do kalendarza liturgicznego archidiecezji krakowskiej, a potem Jan Paweł II przeniósł je na cały Kościół. Oni naprawdę ponieśli tę iskrę dalej.
„Iskra. To oni wspierali św. Faustynę i kult Bożego miłosierdzia”
Złe tłumaczenie i zakaz z Watykanu
Wspomniała Pani o siostrze Beacie Piekut i kwestii powtórnego tłumaczenia „Dzienniczka”. Co właściwie poszło nie tak przy pierwszej wersji, że Watykan nałożył całkowity zakaz szerzenia kultu?
To jest niesamowita historia. Faustyna pisała „Dzienniczek” w biegu, między obowiązkami. Jedna z sióstr – jej nazwisko nie jest oficjalnie podawane – już po śmierci św. Faustyny – miała go uporządkować i spisać. Przy okazji źle odczytała niektóre fragmenty, część pominęła, inne dodała. Tak powstały liczne błędy. Kiedy to zmienione tekstowo dzieło przetłumaczono na język włoski, wyszedł z tego zniekształcony obraz. Skutkiem tego był watykański zakaz. Ksiądz Sopoćko umierał z poczuciem, że cała ta sprawa i kult po prostu upadły!
W latach 60. przełożona poprosiła siostrę Beatę Piekut o nowe, rzetelne tłumaczenie. Wykonała ogromną pracę weryfikacyjną, porównała teksty i to nowe tłumaczenie wysłano do Watykanu. Dopiero w latach 80. dopuszczono tekst do publikacji, zdjęto zakazy i ruszył proces beatyfikacyjny.
Bóg srogi, karać gotowy... A tu nagle rewolucja w postrzeganiu Boga.
Dokładnie! Dziś powtarzamy, że Bóg jest miłosierny i wydaje nam się to oczywiste. Wtedy to była rewolucja. W pieśniach ludowych mamy przecież: „Bóg srogi, Bóg siecze”. Dominował wizerunek Boga, którego należy się bać. A tu nagle przychodzi prosta dziewczyna i głosi, że nawet w ostatniej minucie życia grzesznik może otrzymać przebaczenie. Trzeba było czasu, by to pojąć. Możliwe, że siostra przepisująca pierwszy raz tekst też nie do końca rozumiała tę ideę.
Lubisz nasze artykuły?
„Była ruda i nieprzyjemna” – ludzka twarz świętej
Często odczłowieczamy świętych, a Faustyny... po prostu dało się nie lubić!
Tak! Siostra Beata Piekut sama przyznawała, że za Faustyną nie przepadała. Gdy pisałam książkę, sięgnęłam do świadectw zebranych w 1948 roku wśród osób, które znały Faustynę osobiście. Są tam relacje wychowanek zgromadzenia – dziewcząt z trudnych domów po resocjalizacji – które wprost mówiły, że Faustyny nie lubiły, bo „była ruda i taka nieprzyjemna”.
A to wynikało z tego, że Faustyna miała bardzo mocny charakter i była niezwykle bezpośrednia. Potrafiła bez ogródek wytknąć błędy każdemu – od podopiecznych po duchownych i księży. Miała wgląd w duszę i po prostu mówiła prosto z mostu, co widzi, chociaż te osoby nie miały pojęcia skąd wie o ich grzechach, skoro z nikim się nimi nie dzieliła.
Czy to mogło wynikać także z podziałów, jakie wtedy panowały w zakonach?
Zdecydowanie. W tamtych czasach istniał podział na dwa chóry. Kobiety z bogatych domów, wykształcone, wnosiły większe wiano i trafiały do pierwszego chóru – zostawały wychowawczyniami, nauczycielkami, przełożonymi. Taką siostrą była chociażby Beata Piekut. Faustyna pochodziła ze wsi, ukończyła tylko trzy klasy szkoły podstawowej i trafiła do drugiego chóru. Była po prostu służącą – pracowała w kuchni, w ogrodzie, na furcie.
I teraz wyobraźmy sobie siostrę z drugiego chóru, która przychodzi do wykształconych kobiet z pierwszego chóru albo do księży i bezpośrednio ich upomina! Siostry mówiły czasem, że Faustyna się wywyższa. Przez nią przemawiał Bóg i ogromna misja, ale z ludzkiej perspektywy jej upór i bezpośredniość mogły po prostu irytować.

Spotkanie na furcie i dziedzictwo 33-latki
Która z tych relacji w książce była dla Pani najbardziej poruszająca?
Zdecydowanie relacja z matką generalną Michaelą Moraczewską. To była niemal matczyna więź. Faustyna, kiedy przyjechała do Warszawy po poleceniu od Pana Jezusa, odbijała się od drzwi do drzwi. W wielu zakonach ją wyśmiewano ze względu na chłopskie pochodzenie. Gdy trafiła na Żytnią, stała w furcie. Matka Michaela wcale nie musiała do niej wychodzić, to nie należało do jej bezpośrednich obowiązków. Zerknęła na nią przez uchylone drzwi, miała wracać do gabinetu... ale coś ją tknęło.
Wyszła, porozmawiała i była w szoku. Prosta dziewczyna po trzech klasach zrobiła na niej tak głębokie, merytoryczne wrażenie, że matka Michaela zaproponowała jej, by sama zapracowała na swoje wiano jako pomoc domowa. To było wyjątkowe. Moraczewska opiekowała się nią do końca. Gdy Faustyna umierała w szpitalu, matka Michaela przyjechała się pożegnać, czując, że to ich ostatnie spotkanie. To jej Faustyna przekazała informacje o „Dzienniczku”. Po śmierci Faustyny to właśnie Moraczewska jeździła po domach zakonnych i zaczęła dzielić się tym orędziem.
Faustyna umierała, mając zaledwie 33 lata. Wtedy wydawało się, że nic nie jest skończone...
Dokładnie. Żyła 33 lata i w momencie jej śmierci pozorny bilans był taki, że nic nie było gotowe. Sprawy były porozpoczynane, rozproszone, było mnóstwo przeciwności i wrogów. A jednak w ciągu XX wieku pojawiały się kolejne osoby, które czuły, że to jest ważne. Poniosły tę iskrę. To niesamowite, jak z krakowskich Łagiewników to orędzie wyszło na całe zaufane środowisko i rozprzestrzeniło się na cały świat.








![Zawierzyłam Bogu i wygrałam z rakiem [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2025/08/jadwiga-z-rodzina-swiadectwo.jpg?resize=150,150&q=75)




